Dariusz Bitner – Miasto urojone

Z dziurawych kieszeni [6]

.

„Nie zapomnę swego wzruszenia sprzed lat, gdy szedłem z małym wówczas Mikołajem przez plac Orła Białego, potem ulicą Łaziebną do Tkackiej – nie wiem zupełnie, dlaczego właśnie w tamtych okolicach dopadło mnie wzruszenie. Zacząłem opowiadać synkowi, jak to bywałem tu w dzieciństwie, podczas szczeniackich wypraw z ulicy Kaszubskiej, gdzie spędziłem całe swoje młode życie. Nie wiem dlaczego czułem się tak, jakby cała ta okolica była moją schedą dla syna, jakbym przekazywał mu całe miasto tylko dlatego, że wcześniej oswoiłem je swoimi krokami, swoją obecnością. Opowiadałem mu o wyprawach do, wtedy jeszcze zrujnowanej, katedry na ulicy Wielkiej – była to atrakcja dla większości chłopaków z miasta; grupki zawadiaków co jakiś czas wpadały na siebie, co prowadziło do awantur. W środku można było znaleźć czaszki, jakieś metalowe szczątki, a po dość ryzykownym wdrapaniu się na wieżę można było wziąć we władanie oczu rozległą panoramę Odry, zaś szczytem popisów było przejście po belce biegnącej w poprzek wieży, na samej górze, pod sklepieniem. Że nikt nie spadł, cud to chyba. A teraz… – opowiadałem synkowi – teraz ty idziesz tu ze mną… No i co? – spytał Mikołaj, całkiem bezwiednie wprawiając mnie w zakłopotanie. A teraz to wszystko twoje – powiedziałem w końcu, uznawszy, że nie zauważy śmieszności tych słów” („Jesień w Szczecinie czyli majaki cynamonowe”).
Cóż za pycha! Nie mówię o tym, co powiedziałem wtedy, a co wydarzyło się naprawdę.
Czułem się uprawniony do wygłoszenia tej bałamutnej obietnicy, na mgnienie oka poczułem się dumnym dziedzicem tej części świata, byłem jednak zaledwie dziedzicem wspomnień.
Mówię o fakcie, że o tym napisałem.
Teraz, gdy przytaczam ten fragment, pozostała tylko konstatacja. Trochę autoszyderstwa. Napisane nabiera własnych cech i odrywa się od stwórcy, by nierzadko z niego szydzić i drwić.
Miasto towarzyszyło mojej pisarskiej pracy od początku, nawet wtedy, gdy pomijałem jego obecność, wstydząc się go, jak zaniedbanej, postarzałej matki. Potem było namiętną kobietą, obiecującą rozkosz, by w końcu stać się zawistną, wyrafinowaną sekutnicą.
Oto, synu, kobieta, Może dać ci rozkosz, ale może też okrutni upokorzyć, będziesz ją kochał i nienawidził jednocześnie, jest twoja, a ty jesteś jej. Ale to jednak tylko miasto.
„Ten plac Grunwaldzki na mapie Szczecina jest samym pępkiem, środkiem miasta, można rzec: środkiem, pępkiem, okrąglutkim, pustym na przestrzał, pięknym, z tego środka osiem promieni się rozchodzi na wszystkie strony, to osiem ulic jest, bliźniaczych kartograficznie, a w rzeczywistości zupełnie różnych: aż się wierzyć nie chce, że z jednego placu, tego samego pępka wychodzą. Na mapie jawi mi się talizman, rysunek posiadający może swoją skomplikowaną symbolikę, może tylko zasadność wielkomiejskiej struktury: nie chcę zgłębiać takich tajemnic: albo zbyt wydumanych, albo inżynieryjnie pragmatycznych. Po co”. („Na strychu”)
Więc wszystko już zostało powiedziane, opisane w tekstach lepszych i gorszych, w artykułach prasowych i w książkach. W książkach w dużym stopniu bezwiednie, bezświadomie, niech będzie, że bezmyślnie, w artykułach — z całą publicystyczną świadomością, ze złością człowieka osaczonego, z konsekwencją szaleńca. Niech będzie, skoro już było, po cóż mi wymyślać nowe sensy i bezsensy, definiować dawno zdefiniowane namiętności.
Uporządkowałem już swoje emocje i spojrzałem na całość z namiętnością odcedzoną przez różnorakie filtry, w tym też filtr literatury, w tym i filtr przeżytych lat (a wierzcie, chłopcy i dziewczęta, nie jest to bez znaczenia, nie jest to bez wielkiego, pieprzonego — jak by powiedział Brunon Tode — znaczenia). Mój cynizm, moje wyrachowanie, moja stetryczała dezynwoltura i parę innych zalet zawodowego pisarza sprawiły, że rozprawiłem się ostatecznie ze stanem — rodowodu bez mała kafkowskiego — uwikłania.
Dopiero teraz, z oddali, widzę, jak bardzo miasto mnie wplątało w swój misterny organizm, miasto, ten twór urojony, rak rzeczywisty, zmaterializowana magma koszmarnego snu, urzeczywistniona beznadzieja człowieka…
Żadne słowa nie będą tu patosem, jeśli spojrzeć na ten problem z pozycji nadmuchiwanej przez bożą słomkę żaby. I być może żadne inne miasto nie nadaje się do tego tak, jak Szczecin, gród-widmo, gród-wrzód, urbanistyczna karykatura Paryża, z którą nikt nigdy nie wiedział, co zrobić.
Przez większą część mojego życia była to „najdalej na Zachód wysuniętą placówką socjalizmu” (dowiedziałem się tego od towarzysza Edwarda Gierka) i to się czuło na każdym kroku.
Tu żyło się byle jak i ze wszystkich sił próbowało się stąd uciec. Ja też próbowałem, nie jest przecież tak, że ten stan nie odciska na duszy swego piętna. Jakby na ironię losu i dość bezmyślnie, opowiadano o wielkich zesłanych tu jak do GUŁ-agu — Gałczyński, Andrzejewski, Bóg raczy wiedzieć kto jeszcze, ci wszyscy, którzy mieli Szczecin nobilitować, a którzy wiali stąd, aż gięły się przydrożne topole. Tu nikt nie robi kariery, nikt nie wyrasta ponad gminne pępki, tu nie ma lepszych, swoich czy sprawiedliwych.

.

Dariusz Bitner

..

O autorze:

Dariusz Bitner, rocznik 1954, gdynianin z urodzenia, szczecinianin przez zasiedzenie. Chciał być pisarzem od szóstego roku życia, do pięćdziesiątego piątego. Potem chciał przestać, ale się nie udało – pisze dalej. Udało mu się napisać dwie dziesiątki książek, z których wymienić można kilka najważniejszych w oczach autora, a więc: „Ptak” (1981), bo to pierwsza powieść, chociaż mikro; „Cyt” (1982), powieść rozwinięta w trylogię wydaną pod tytułem „Pst” (1997), bo w gruncie rzeczy to coś więcej niż powieść; „Kfazimodo (1989), bo jest to pierwsza i ostatnia powieść popularna; „Opowieści Chrystoma” (1992), bo to baśń, adresowana wcale nie do dzieci; „Trzy razy” (1995), bo to dość szalony tryptyk prozatorski, „Bulgulula” (1996), bo to bardzo szalone opowiadania; „Mna” (2000), bo to trzeci z tomów esejów o pisaniu, ujętych w cykl „Chcę, żądam, rozkazuję”; „Psie dni” (2001), bo to niedocenione, a dobre opowiadania; „Mała pornografia” (2005), bo to mała pornografia; „Książka” (2006), bo to zrealizowana, chociaż dyskusyjna, utopia o książce totalnej; „Jesień w Szczecinie” (2011), bo to eseje, ale i jednocześnie powieść, Bóg wie zresztą – co to. Pracował kiedyś jako dziennikarz, zajmował się reklamą, a także składem książek i adiustacją tekstów. W swoim wydawnictwie Basil wydał książkę autorstwa Henryka Berezy pt. „Epistoły”, poza tym powołał do życia i przez 9 miesięcy wydawał rozprowadzane bezpłatnie pismo „BABORAK. Kultura Szczecińska”. Otrzymał kilka nagród literackich, z których najważniejsza to Nagroda im. Edwarda Stachury za dzieło nieistniejące, za maszynopis książki „Sam w śmietniku słów”. Wspomina o tym wyłącznie na okoliczność tego tytułu, bowiem dziś wszystkie te nagrody nie mają już dla niego znaczenia. Ale są miłym wspomnieniem. Właściwie wszystko staje się powoli wspomnieniem.

 

Fragment z książki „Wciąż jesień”, © Copyright by Dariusz Bitner, 2016

close

1 Comment

  1. Szczecin to także stocznie i PŻM. Wszystkie niemieckie liniowce o czterech kominach były stąd, od Vulcana. O PŻM sporo wiem, i to raczej na tak, niż na nie. Miasto nad Odrą wydaje mi się bardziej morskie od Gdańska, mimo położenia daleko od Bałtyku. No, i te szczecińskie tramwaje, te widoki, ach!…

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*