Dariusz Bitner – Mówię [3]

English Books For Sale – Sprzedaż

W zakamarkach dziurawych kieszeni trafiam na tekst-wypowiedź z lat 80.

 

Fizjologia

Tym terminem krytyka wspomaga się do dziś, omawiając każdą moją kolejną książkę. Tymczasem ja, w tym co robię, staram się tylko nie dopuścić, aby cokolwiek mnie ograniczało. Jeżeli przypięto mi łatkę świntucha, to teraz aby udowodnić, że nim nie jestem, musiałbym ograniczyć swoją ekspansję bez względu na twórcze potrzeby. W tym przypadku sprzeniewierzyłbym się sobie i swojemu artystycznemu działaniu. Nie na tym polega twórczość — sztuka to nie sztuczka, a magik to nie mag. Literatura jest dla mnie magią, baśnią, fantazją i snem. Jest wielką niewiadomą, pewną tajemnicą. Skądinąd cenię sobie sztukmistrzów, ale iluzjonistyczne zabiegi zostawiam na działania użytkowe, takie jak choćby pornografia.

 

Podmiotowość

Literatura nie jest zwierciadłem, nie jest reportażem. To, że pisząc eksploatuję swoje ego nie znaczy, że piszę o sobie. Myślę, że jeśli pisałbym o sobie, nikt pewnie nie chciałby tego czytać. Pisząc o świecie wcale nie muszę przedstawiać go takim, jaki jest. Nie muszę opisywać ani świata ani siebie, aby powiedzieć o tym, że jest problem, który może dotykać wielu. Literatura jest podmiotowa ze swej natury i zawsze będzie mówiła o autorze wszystko, choć autor będzie się krył za postaciami, tak i krytyk analizując cudze dzieło będzie pokazywał siebie. Sprzedaję się do końca, bowiem w tym wszystkim nie można robić uników, nie można grać czy tworzyć wbrew sobie. Niezależnie od tego czy mój bohater jest herosem czy jest tchórzem, czy też kimś miłym czy złym, na pewno w jakimś sensie jestem to ja. Ale to wcale nie znaczy, że jestem dosłownie tym człowiekiem. Oczywiście w jakimś sensie obnażam się, obnażam zakamarki, których być może ktoś inny nie chciałby lub boi się obnażyć. To wydobywanie na światło dzienne można nazwać twórczością. I jeżeli będąc wegetarianinem, który nie akceptuje przemocy, ze strachem obserwuję w sobie, jak coraz więcej we mnie pojawia się pierwiastka mordercy… odkrywam w sobie coraz większą potrzebę przemocy i zabijania… czy w takim przypadku jestem już mordercą, tylko dla tego, że myśli o morderstwie przestają być mi straszne? W tym co robię musi być jakiś wspólny, uniwersalny mianownik, który powoduje, że są to dylematy nieco szersze, niż moje prywatne.

 

Wulgarność

Wulgarność, jakiej używam w swoich książkach, nie ma na celu wstrząsania czytelnikiem, zawsze występuje w określonym kontekście i staram się, aby nigdy nie byłą wartością samą dla siebie. Oczywiście jak każda konwencja, również i ta rodzi pewne ograniczenia, z których staram się wyzwalać. Najogólniej rzecz biorąc, wszelkie mówienie o wulgarności jest nieporozumieniem. Wulgarność bierze się z niewłaściwego dla kontekstu słowa, a nie ze słowa jako takiego. Bardzo wielu niewinnym słowom użytych niewłaściwie można zarzucić wulgarność. Nie robi się tego, bo przyjęto, że wulgarne jest „pierdolić”, a nie to, co słowo to znaczy. Tymczasem najczulsi kochankowie potrafią posłużyć się tym słowem z odpowiednią miłosną konsekwencją. Z innej strony powiedzieć: „pierdolisz” o czyimś gadaniu, jest tylko dosadnością. Powszechność występowania wulgaryzmów w życiu współczesnego człowieka jest tak oczywista, że potępianie ich jest w jakimś stopniu oczyszczaniem się w imię estetycznych wyobrażeń. Ale mętność ludzkiej natury to już temat na inną wypowiedź.

 

Baśń

Kwestia baśni jest kwestią mojego interpretowania cudu tworzenia. Wybrałem baśniowość jako uniwersalną konwencję. Możliwe, że dla tego, aby uniknąć płaszcza religijności czy nauki (która również jest swego rodzaju religią). Patrząc szerzej na literaturę, każdy z autorów ubiera swoją twórczość w jakiś kostium. U mnie jest to baśń. Nie jest to ani klucz, ani reguła, myślę, że o baśniowości mojej twórczości można powiedzieć: smak. Ja zresztą w ogóle wyznaję swego rodzaju wiarę w baśniowość (czyli cudowność) naszego życia. Dlatego stać mnie na postępowanie niezgodne ze zdrowym rozsądkiem. Rozum mi mówi, że literatura ma małe szanse wygrania z innymi, agresywniejszymi środkami przekazu. Nie zraża mnie to jednak. Zawsze twierdziłem, za Bułhakowem, że rękopisy nie płoną… one jednak rozpadają się w pył. To jest niewiarygodna cecha papieru, która przytrafiła się naszej kulturze. Myślę, że będzie to proces postępujący, a w związku z tym cała sztuka pisarska idzie na marne. Pisząc mam świadomość, że papier nie jest cierpliwy — kiedyś się rozpadnie. Współczesne nośniki elektroniczne są znacznie trwalsze i poprzez naturalny proces rozwoju muszą przejmować rolę papieru. Z pewnością papier ostanie się w jakiejś unikalnej formie. Jednak nie jestem pewien czy znajdzie się na nim miejsce na druk literatury. Prawdopodobnie książka w niedalekiej przyszłości będzie miała wielkość karty kredytowej, którą po włożeniu do osobistego komputera będzie można odtworzyć w dowolnym języku w różnej formie, na przykład mówionej głosem autora i z odpowiednim serwisem zdjęciowym lub filmowym. Oczywiście, mam nadzieję, że tego nie dożyję, ale nawet jeśli dożyję to nie sądzę, żebym się tym załamał. Przecież słowo pisane jest największą wartością kulturotwórczą, ono nie znika w próżni.

 

Dariusz Bitner

 

O autorze:

Dariusz Bitner, rocznik 1954, gdynianin z urodzenia, szczecinianin przez zasiedzenie. Chciał być pisarzem od szóstego roku życia, do pięćdziesiątego piątego. Potem chciał przestać, ale się nie udało – pisze dalej. Udało mu się napisać dwie dziesiątki książek, z których wymienić można kilka najważniejszych w oczach autora, a więc: „Ptak” (1981), bo to pierwsza powieść, chociaż mikro; „Cyt” (1982), powieść rozwinięta w trylogię wydaną pod tytułem „Pst” (1997), bo w gruncie rzeczy to coś więcej niż powieść; „Kfazimodo (1989), bo jest to pierwsza i ostatnia powieść popularna; „Opowieści Chrystoma” (1992), bo to baśń, adresowana wcale nie do dzieci; „Trzy razy” (1995), bo to dość szalony tryptyk prozatorski, „Bulgulula” (1996), bo to bardzo szalone opowiadania; „Mna” (2000), bo to trzeci z tomów esejów o pisaniu, ujętych w cykl „Chcę, żądam, rozkazuję”; „Psie dni” (2001), bo to niedocenione, a dobre opowiadania; „Mała pornografia” (2005), bo to mała pornografia; „Książka” (2006), bo to zrealizowana, chociaż dyskusyjna, utopia o książce totalnej; „Jesień w Szczecinie” (2011), bo to eseje, ale i jednocześnie powieść, Bóg wie zresztą – co to. Pracował kiedyś jako dziennikarz, zajmował się reklamą, a także składem książek i adiustacją tekstów. W swoim wydawnictwie Basil wydał książkę autorstwa Henryka Berezy pt. „Epistoły”, poza tym powołał do życia i przez 9 miesięcy wydawał rozprowadzane bezpłatnie pismo „BABORAK. Kultura Szczecińska”. Otrzymał kilka nagród literackich, z których najważniejsza to Nagroda im. Edwarda Stachury za dzieło nieistniejące, za maszynopis książki „Sam w śmietniku słów”. Wspomina o tym wyłącznie na okoliczność tego tytułu, bowiem dziś wszystkie te nagrody nie mają już dla niego znaczenia. Ale są miłym wspomnieniem. Właściwie wszystko staje się powoli wspomnieniem.

 

(Pierwodruk w „Twórczości”).

 

Subskrybcja
Powiadomienie
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze Popularne
Inline Feedbacks
View all comments
Zbigniew
27 days ago

Przeczytałem i zastanawiam się, czy autor zamiast słowa na “p” nie powinien używać na “j” teraz modne bo 8 gwiazdkowe😀