Kopenhaga, 10 stycznia 1969. Jimi Hendrix w szczytowej formie.
Czternastoletni Michał, syn polskich emigrantów, który niedawno uciekł z PRL-u, stoi w Falkoner Centret otoczony duńskimi hippies. Elektryzujący dźwięk gitary Jimi Hendrixa rozpala wyobraźnię. To nie Katowice. To nie ponura rzeczywistość realnego socjalizmu.. Szarość ustępuje barwom i dźwiękom nieskrępowanej przestrzeni.
„Niewidoczna strona” to epicki thriller rozgrywający się w Polsce, Czechosłowacji, Danii, Kanadzie i USA w latach 60., 70. i 80. XX wieku. Opowieść o polskiej rodzinie emigrantów uciekającej przed PRL-owskimi służbami – najpierw do Kopenhagi, potem do Kanady. Ale to, czego się dowiedzą, przekracza najbardziej niewyobrażalne scenariusze.
To także historia o kulturze jako oporze wobec totalitaryzmu. O tym, jak muzyka może prowadzić przez życie.
Fragment powieści “Niewidoczna strona”
Koncert
Zaraz po Nowym Roku Michał odnalazł karteczkę z telefonem Thomasa i Sophie. Grupa hippisów zrobiła na nim wielkie wrażenie i często wracał pamięcią do wspólnej podróży przez Niemcy, pędu powietrza z otwartych okien busa, unoszącego skrzydła jego wyobraźni. Hippisi mówili niewiele, ale w ich szczerej prostocie wyczuwał idealizm zbuntowanej młodości i gniew wobec obojętności na zło oraz wobec konformizmu. Ich barwne, niedbałe stroje kontrastowały z szarymi mundurami wojsk, które zdeptały marzenia Czechów i Słowaków. Wykręcił numer i usłyszał w słuchawce męski głos:
— Thomas Christiansen, halo.
Rozmówca zdziwił się, że Michał mówi po duńsku. Opowiada o lekcjach języka, nowych znajomościach i poznawaniu Kopenhagi. Thomas podtrzymywał konwersację, aż wreszcie zawołał:
— Hej, a może poszedłbyś z nami na koncert Jimi Hendrixa?
Michał pamiętał to nazwisko z list przebojów, publikowanych na stronach „Panoramy”, słyszał także kiedyś „Hey Joe” w audycji Radia Luxemburg.
— Hendrix jest fantastycznym gitarzystą, gra rewolucyjne songi, a jego występy z „The Jimi Hendrix Experience” są zupełnie wyjątkowe. Nie sądzę, by twoi rodzice chcieli z tobą pójść na koncert, ale ty powinieneś. Będziesz zachwycony. Utwory z „Hair” to przy Hendrixie piosenki do poduszki! Jak chcesz, kupimy dla ciebie bilet — zachęcał Thomas.
Michał oczywiście chciał.
Spotkali się przed Falkoner Centret 10 stycznia. Thomas i Sophie przyszli w kilka osób, nie wszyscy byli hippisami. Publiczność była różnorodna – od młodych fanów rocka i psychodelii po bardziej dojrzałych miłośników muzyki, którzy przyszli zobaczyć fenomen, o którym mówiła cała Europa.
Michał przeciskał się przez tłum, czując, jak dym z papierosów i zapach kadzidełek szczypią go w oczy. Falkoner Salen, z jasnymi drewnianymi panelami na ścianach i rzędami krzeseł w głębi, pulsowała życiem. Przed sceną kłębił się tłum młodych ludzi – niektórych w kolorowych tunikach, innych z długimi włosami przewiązanymi bandanami. Thomas, Sophie, Lars i Michał stali na uboczu, ale blisko sceny. Wysoki Duńczyk, z brodą jak u prawdziwego Wikinga, klepnął chłopca po ramieniu.
— Patrz, to będzie coś, czego nie zapomnisz! — krzyknął, przekrzykując podekscytowany gwar widowni.
Michał, choć miał dopiero czternaście lat, czuł się, jakby świat wokół niego nagle przyspieszył. Jeszcze nie tak dawno uciekał przed czołgami i szarą „demokracją ludową”, a teraz, w tej kopenhaskiej sali, stał wśród nieznajomych i miał wrażenie, że należy do tego miejsca.
Scena była nisko, niemal na wyciągnięcie ręki. Na niej Jimi, w kolorowej koszuli, z bandaną na czole, pochylał się nad gitarą Fender Stratocaster, wydobywając z niej dźwięki, gwałtowne, jak wybuchające płomienie. Gdy rozległy się pierwsze akordy „Fire”, tłum eksplodował. Podłoga drżała od tupania nóg i rytmicznych okrzyków. Ludzie przed sceną tańczyli z uniesionymi rękami, gotowi szarpać struny gitary razem z Hendrixem. Ci na krzesłach w głębi sali, ubrani bardziej konserwatywnie, wstawali z miejsc, przyciągani magnetyzmem solisty. Balkony, pełne starszych widzów, migotały w psychodelicznych światłach, rzucających na widownię tęczowe refleksy.
Gitara Hendrixa jęczała, jakby opowiadała historię o wolności, której on, czternastolatek z Polski, jeszcze nie doświadczył, ale pragnął z całego serca. Gdy Jimi przeszedł do „Red House”, wolniejszego, bluesowego kawałka, zamknął oczy. Wyobraził sobie, że jest jednym z tych niepokornych duchów, swobodnym jeźdźcem pędzącym przez życie bez zmartwień – kimś, kto realizuje swoje marzenia.
Nagle ktoś chwycił go za rękę i pociągnął bliżej sceny. Gęste od dymu powietrze było naładowane elektrycznością brzmienia i entuzjazmem publiczności, reagującej euforią, gdy Jimi grał zębami na strunach. Wzmacniacze Marshalla dudniły, a Mitch Mitchell na perkusji wybijał rytm, przy którym serce Michała biło w tym samym tempie. Noel Redding, basista, wyglądał na nieobecnego, ale z precyzją trzymał całość w ryzach.
— To rewolucja! — krzyknęła Sophie, unosząc pięść.
Michał nie wiedział, czy mówi o muzyce, czy o czymś ważniejszym, ale czuł, że Kopenhaga, to miasto pełne kontrastów – od spokojnych kanałów Nyhavn po tę wrzącą salę koncertową – naprawdę było nowym początkiem.
Gdy widownia tańczyła w rytmie „Foxy Lady”, zauważył mężczyznę w czarnym płaszczu, stojącego na uboczu, blisko wyjścia ewakuacyjnego. Nie pasował do reszty publiczności – nie miał kolorowego ubrania, bandany ani długich włosów. Jego oczy, ukryte pod rondem kapelusza, zdawały się śledzić każdy ruch i uważnie skanować roztańczoną widownię. Poczuł dreszcz.
— Kto to? — szepnął do Sophie, wskazując głową w stronę nieznajomego.
Sophie zmrużyła oczy, ale zanim odpowiedziała, mężczyzna zniknął w cieniu korytarza.
— Nie wiem, ale lepiej uważaj — rzuciła, a jej głos brzmiał poważniej niż zwykle. — Nie każdy tu przyszedł dla muzyki.
Ta dziwna scena była jedynym zgrzytem całego koncertu. Michał na chwilę spochmurniał i pomyślał: „czyżbyśmy wszędzie byli obserwowani, kontrolowani? Nawet tutaj? W wolnej Kopenhadze, podczas występu króla gitary rockowej?”
Jimi wrócił na scenę z utworem “Voodoo Child (Slight Return)”. Piosenka zaczęła się jak zaklęcie – gitara wzywała duchy, a cienie na ścianie zdawały się ruszać same. Michał spojrzał w stronę korytarza – tam, gdzie zniknął nieznajomy, mrok gęstniał, jakby muzyka go przywoływała.
Widownia poruszała się jak w transie, a psychodeliczne światła rzucały tęczowe refleksy na twarze fanów, ale dla Michała koncert stał się tłem dla narastającego niepokoju. Gdy Hendrix zakończył występ brawurowym „Sunshine of Your Love”, dedykując go „przyjaciołom z Cream”, słuchacze wybuchnęli entuzjazmem. Chłopiec stał jak zahipnotyzowany, czując, że muzyka wlała w niego siłę i odwagę. Nie wiedział, co przyniesie jutro – dla niego, dla mamy czy dla hippisów, którzy stali się jego przewodnikami. Ale w tej chwili, wśród dymu, świateł i dźwięków gitary, postanowił, że dowie się, kim był ten mężczyzna w czarnym płaszczu.
Aleksander Rybczyński
O autorze:
Aleksander R
ybczyński jest absolwentem historii sztuki na Uniwersytecie Jagiellońskim. Opublikował ponad dziesięć zbiorów wierszy, w tym debiutancki tomik “Jeszcze żyjemy”, za który otrzymał w 1983 Nagrodę im. Kazimiery Iłłakowiczówny. Zajmuje się także krytyką artystyczną, prozą, publicystyką, dziennikarstwem, fotografią, filmem oraz pracą redakcyjną i wydawniczą.
Fot. Hanka Kościelska
.
.
