Tadeusz Komendant, gdy przyjechał by wygłosić laudację książki „Bulgulula” w księgarni „Verso” (a co to takiego? – była kiedyś taka księgarnia z aspiracjami, starzy szczecinianie zapewne pamiętają to i owo, była i nie ma), powiedział z namaszczeniem: a teraz chciałbym zobaczyć ten twój potężny księgozbiór.
Zobaczył kilka przetrzebionych półek i wcale nie usiłował ukryć pogardy, rozczarowania, a nawet politowania. I to jest dużo książek?
Patrzę na półki i niezmiennie wydaje mi się, że wciąż za dużo. Takie moje do książek zniechęcenie. Tak się chyba zawsze kończy stan uwielbienia.
Kiedyś w dalekim dzieciństwie brzydko się bawiłem w bibliotece. Trzeba było znaleźć nie czytaną jeszcze (lub mało czytaną) grubą knypę w miękkiej okładce. Takie bowiem zazwyczaj były klejone tandetnym, by nie powiedzieć: paskudnym, by nie mówić więcej – klejem. Prawdopodobnie ta klejowa substancja nie była odpowiednia dla książkowych grzbietów. Żółte stężałe gluty bardzo często wyłaziły spod okładki na pierwszą (nienumerowaną) stronę i nierzadko, by móc zajrzeć swobodnie do środka, trzeba było tę zastygłą lawę wykruszyć, wydłubać choćby paznokciem. Takie książki, kiedy się rozwarło je pieczołowicie, z premedytacją, rozciągając jednocześnie na boki z bez mała seksualnym namaszczeniem, z sadystyczną zawziętością rozciągając te opierające się uda – strzelały głośno! To pękał sztywny klej na grzbiecie. Książka z hukiem dzieliła się na części. Łączyła ją tylko grzbietowa część okładki, jak cienka skóra łączy połamane kości.
Te straszne zabawy były surowo tępione przez dyżurującą bibliotekarkę. Natychmiast dobiegał zza regałów jej głos jak dziabnięcie szpikulcem: Proszę nie ŁAMAĆ książek!
Łamanie książek brzmiało w moich uszach tak samo okrutnie i na pewien sposób niewyobrażalnie, jak łamanie kołem. Mimo to nie zaprzestawałem polowań i niecnych praktyk, łamanie książek pociągało mnie narkotycznie; bywały takie dni, że nie mogłem się oprzeć poszukiwaniom jeszcze nie złamanego egzemplarza i łamałem bezlitośnie, ściągając na kark gniew bibliotekarki – przeszywające jak zimny szpikulec słowa: proszę nie łamać książek!!
Mam w swoich zbiorach kilka książek połamanych. Ten wysychający na kamień klej stosowano bardzo długo i niektóre książki m u s i a ł y się połamać w trakcie czytania, trudno i darmo, musiały. Niektóre łamały się już w trakcie przeglądania.
Patrzę dziś na nie ze zdumieniem, z niedowierzaniem. Patrzę z tkliwością. Już ich nie łamię.
Dariusz Bitner
O autorze:

Dariusz Bitner, rocznik 1954, gdynianin z urodzenia, szczecinianin przez zasiedzenie. Chciał być pisarzem od szóstego roku życia, do pięćdziesiątego piątego. Potem chciał przestać, ale się nie udało – pisze dalej. Udało mu się napisać dwie dziesiątki książek, z których wymienić można kilka najważniejszych w oczach autora, a więc: „Ptak” (1981), bo to pierwsza powieść, chociaż mikro; „Cyt” (1982), powieść rozwinięta w trylogię wydaną pod tytułem „Pst” (1997), bo w gruncie rzeczy to coś więcej niż powieść; „Kfazimodo (1989), bo jest to pierwsza i ostatnia powieść popularna; „Opowieści Chrystoma” (1992), bo to baśń, adresowana wcale nie do dzieci; „Trzy razy” (1995), bo to dość szalony tryptyk prozatorski, „Bulgulula” (1996), bo to bardzo szalone opowiadania; „Mna” (2000), bo to trzeci z tomów esejów o pisaniu, ujętych w cykl „Chcę, żądam, rozkazuję”; „Psie dni” (2001), bo to niedocenione, a dobre opowiadania; „Mała pornografia” (2005), bo to mała pornografia; „Książka” (2006), bo to zrealizowana, chociaż dyskusyjna, utopia o książce totalnej; „Jesień w Szczecinie” (2011), bo to eseje, ale i jednocześnie powieść, Bóg wie zresztą – co to. Pracował kiedyś jako dziennikarz, zajmował się reklamą, a także składem książek i adiustacją tekstów. W swoim wydawnictwie Basil wydał książkę autorstwa Henryka Berezy pt. „Epistoły”, poza tym powołał do życia i przez 9 miesięcy wydawał rozprowadzane bezpłatnie pismo „BABORAK. Kultura Szczecińska”. Otrzymał kilka nagród literackich, z których najważniejsza to Nagroda im. Edwarda Stachury za dzieło nieistniejące, za maszynopis książki „Sam w śmietniku słów”. Wspomina o tym wyłącznie na okoliczność tego tytułu, bowiem dziś wszystkie te nagrody nie mają już dla niego znaczenia. Ale są miłym wspomnieniem. Właściwie wszystko staje się powoli wspomnieniem.
