This is the last year of my life
Can’t seem to do much more than I’ve done
Gone and used up all the fun
And the alternative is none
This is the first time I’ve realized
I loved believing all your lies
And didn’t mind it when you cried
I plan on living just to die
This is the final year
I’m living out the very last year
The end is flashing on the screen
I’m living in the last year of my life
Stiv Bators – The Last Year
Halucynacje wróciły – znów był gigantycznym nietoperzem przyczajonym na gzymsie budowli. Strzygł uszami a ślepia jarzyły się złowrogim światłem.
Słuchając ”…this is the last year of my life…” – Stiv Bators, powoli włożył lufę rewolweru do swoich ust. Zamknął oczy. Nacisnął spust. Kijek z doczepioną chorągiewką z napisem ”Bang!” ugodził go w gardło. Brocząc krwią zwalił się na zimny beton.
Machał skrzydłami z takim impetem, że wylatywały z nich pióra. Podskakiwał, nieznacznie unosząc się w powietrzu – na zmianę do tyłu i do przodu. Szponami skrobał gałąź na której urzędował. Huczał, kłapał dziobem i świecił oczami. Uwielbiał przybierać swoją sowoidalną formę. Uwielbiał też się ślinić i wyć wniebogłosy gdy w nocy zatrzaskiwał się w komórce na węgiel.
Stał tam, przyciskając do nagiej piersi tomik poezji Majakowskiego – ten w twardej oprawie z wizerunkiem Stalina niosącego portret Stalina. Głowa odchylona do tyłu, nieobecny wzrok błądzący po meandrach bezkresu przestworzy. Jakiż artysta ginie – westchnął jednocześnie połykając garść gwoździ i żyletek. Książka z hukiem uderzyła o podłoże, oczy wyszły mu z orbit a krew buchnęła strumieniami z ust i nosa. Chwytając się za rozprute gardło z łoskotem runął na ziemię. Tuman kurzu wzbił się, po czym opadł łagodnie, pokrywając go niczym całun.
Wyczekująco wpatrywał się w milczący telefon stojący na biurku. Minuty mijały – ciągnęły się w nieskończoność. Czas płynął swoim względnym tempem. Oczekiwanie nieomal doprowadzało go do palpitacji serca. Dryyyyńńńń!!! – aparat zadzwonił, podskakując niecierpliwie. Zerwał się z miejsca, chwycił urządzenie i z całej siły cisnął nim w okno. Wyrywając kabel z gniazdka i z brzękiem tysiąca odłamków telefon spadał błyskawicznie pięć pięter w dół. By u celu swej podróży rozbić łeb lokalnego, bezmózgiego troglodyty szukającego kłopotów o stałej porze w tym właśnie miejscu. Kładąc trupem ścierwojada w brudnym, tandetnym dresie, przyrząd rozpadł się na kawałki.
Z rozlanego atramentu rozpełzły się żuki. Co rychlej, poczęły wygrywać hałaśliwą rumbę oraz dziką, hipnotyzującą cza czę na swych mikroskopijnych tam tamach. Zamknąłem notatnik o grubej oprawie. Rozgniotłem je na miazgę.
Słuchając “Into my arms” Nick’a Cave’a strzeliłem sobie w głowę. Jakoś przeżyłem. Wilkołaki czaiły się za zasłonami okiennymi. Nie odważyły się jednak wystąpić przeciwko mnie. By pochwycić, zaciągnąć nie wiadomo gdzie, rozszarpać, obedrzeć jaźń do gołej kości. Gdy samotne wilki się zgromadzą, wojnę mogą wypowiedzieć.
Było już dobrze po czwartej rano, a do tego gęsta mgła. Spacerowałem po wyludnionym mieście. W okolicy mostu natknąłem się na dwie postacie. Wynurzyli się powoli z mgły i parli z wzrokiem utkwionym przed siebie. Jeden z nich szedł z obnażonym tasakiem w ręce. Gdy mnie mijali, zapytałem:
– Dokąd zmierzacie?
Ten z tasakiem obrócił mechanicznie głowę i z nienaturalnym uśmiechem wycedził przez zęby:
– Idziemy poćwiartować półtusze wołowe.
Splunął. Splunął krwią.
Pluł tak przez godzinę. Pluł tak przez cały dzień. Pluł tak przez tydzień. Pluł tak przez miesiąc. Pluł tak przez rok. Pluł tak wiek cały. Pluł przez tysiąclecie. Pluł przez eony. Następnie umarł. Odrodził się gdzie indziej. Dusza została przyobleczona w zgoła inną skorupę. Bowiem Hen To Pan – jednem jest wszystko.
Szymon Orzędała
O autorze:
Rocznik 1986. Człowiek o wielu obliczach. Człowiek o tysiącu twarzy. Święty i grzesznik. Jestem niczym kot skradający się poprzez wymiary czasu. Pełznę poprzez rzeczywistość. Jestem postacią fikcyjną. Jestem zbiorowa halucynacją. Sztuka jest młotkiem, którym należy okładać publiczność po głowie.
.
.
.
