Szymon Orzędała – Płacz nietoperza

English Books For Sale – Sprzedaż

[…]
Bóg powstaje w zgromadzeniu bogów,
pośrodku bogów są odbywa
[…]
Ja rzekłem: Jesteście bogami
i wszyscy – synami Najwyższego.
Lecz wy pomrzecie jak ludzie,
jak jeden mąż, książęta, poupadacie.
[…]
Psalm 82

[…]
Odpowiedział im Jezus: «Czyż nie napisano w waszym Prawie: Ja rzekłem: Bogami jesteście?»
Ewangelia św. Jana (10,34)

I spit in the eye of Satan
And I will spit in thine
The Devils that surround thee
Liveth only in thine eye

Motörhead – Bad Religion

 

Nie mogłem zasnąć. Całą noc stado Piktów wyło na placu pod kamienicą. Obserwowałem ich przez lunetę. Harcowali jak szaleni, tłukąc w bębny i cymbały oraz dmąc w piszczałki. Upojeni ambrozją i winem, wymalowali swe ciała, podskakując jak na sprężynach, wymachując włóczniami. Przed świtem salwowali się ucieczką, gdy okazało się, iż nawet Jupiter miał dość tych jazgotów i trzasnął piorunem w środek ich obozowiska.
Kamienica z płaskorzeźbą płaczącego nietoperza nad bramą była najprawdopodobniej opuszczona. Choć nie do końca. Jacyś mieszkańcy? Pająki i szczury. Doborowe towarzystwo. No i jeszcze ten facet w kostiumie puchacza. Ale z nim to nie wiadomo.
– Wrony i gawrony!!! Buhuuu!!! Haa!! Aaa!!
Słyszałem jego wrzaski przez ścianę. Niektórzy powiadali iż okolica jest prawie kompletnie wymarła. Albo raczej, nie-umarła. Taa, to by było trafniejsze określenie. Plotki o nekromancie rezydującym w pobliskiej wierzy ciśnień krążyły od lat. Ktoś coś widział, albo tak twierdził. Jacyś ożywieńcy tu i tam. Całe hordy tych cudaków. Jakieś przemykające szkielety w pełnym rynsztunku. Ktoś za to wszystko musiał odpowiadać! Ktoś za tym stał! To nie działo się samo z siebie!
Jednak będę musiał iść działać. Coś czynić! Po kiego diaska on wskrzeszał te czorty? Tylko hałasują… Jak Piktowie!
Żyrafy urzędujące w mej głowie znów zaczęły wystawiać szyje przez moje uszy. Rozglądają się. Są ciekawe świata na zewnątrz. Nic specjalnego się nie dzieje. Kręcą swoimi główkami na wszystkie strony. Jak patrzę wtedy w lustro, trochę to śmiesznie wygląda. Ktoś mógłby powiedzieć, że zwariowałem. Niech gada! Rzeczywistość bywa dużo bardziej zaskakująca niż fikcja. Ta w, której się obecnie znajduję jest wyjątkowo pokręcona. To wskrzeszanie umarłych to wyjątkowa groteska – irytująca mnie coraz bardziej. Zebrali się pod domem, okropnie skowycząc i hałasując. Otworzyłem okno, wyszedłem na parapet, wywrzasnąłem:

Wieczorami umarli wstają z grobów
wychodzą na ulice
siadają na przystankach
i
grają w pokera
Ja też z nimi grałem
ale jeden oszukiwał
więc wziąłem młotek
i przypierdoliłem
mu
w te jego bryle!

Z dołu dobiegły mnie ich ryki. Zrozumieli. Macie, pstrokate patafiany. Macie za swoje. Poezja potężniejsza od miecza i bomby atomowej. Sami nie wymyślą kontr wiersza, więc wieczna hańba im, a mnie laur triumfatora. Zaśmiałem się do siebie.

Czy słyszałeś kiedy płacz nietoperza?
Taki oto koncept do mej głowy uderza!
Czy słyszałeś kiedy płacz pelikana?
– gdy wstajesz z rana!?

Odwróciłem się gwałtownie. To był on. Człowiek w kostiumie puchacza. Ale jak u licha się tu dostał? Przecież zaryglowałem drzwi na skobel.
Sprawiał nieco przygnębiające wrażenie. Kostium wisiał na nim. Postrzępiony, podarty, utytłany jakąś sadzą, skrzydła były naderwane.
– Jak u licha się tu dostałeś? – warknąłem do niego.
Ewidentnie zignorował pytanie i bez słowa dał susa w moim kierunku.
Uskoczyłem przygotowując się na wszystko. Nawet nie spojrzał w moją stronę, tylko wskoczył na parapet, który uprzednio zajmowałem. Przytrzymał się okiennic i wybuchnął donośnym, sarkastycznym, obłąkańczym śmiechem, wymierzonym w nieumarłych z dołu. Trwało to dobre kilka minut. Te bestie zrozumiały o co chodzi; dawały wyraz swemu niezadowoleniu wyjąc wściekle wniebogłosy. Poza tym, jednakże nic nie mogli uczynić. Ewentualnie poskrobać pazurkami we wierzeje kamienicy. Te zaś były dość solidne. W związku z zaistniałą sytuacją zaczęły mną targać ambiwalentne uczucia. Z jednej strony cieszyłem się z nerwacji stworów, z drugiej zaś nie chciałem by nawet one łączyły mnie w jakiś sposób z postacią puchaczopodobnego. W konkluzji tych dywagacji musiałem zadać sobie leninowskie pytanie – co robić?
– Jakżeś się tu u licha znalazł? – ponowiłem więc pytanie.
– Mysy, mysy z latarenkami mnie przeprowadziły przez ichnie dziury – a gdy to oznajmiał jego oczy kręciły się w kółko.
Wprawdzie to wytłumaczenie nie było do końca aż tak absurdalne jakim się zdawało, ale żyrafy zaczęły się wiercić i zachowywać mocno niespokojnie.
To był zły znak. Chyba zdał sobie sprawę ze znaczenia zachowania żyraf.
– Wyszczerz się od ucha do ucha bezzębnym uśmiechem – rzucił kompletnie bez sensu, po czym uczyniwszy to samemu, rozłożył ręce w jak mu się pewnie zdawało przyjacielskim geście.
– Czego tu chcesz? – nic lepszego nie przyszło mi do głowy.
W odpowiedzi założył sobie na oczy coś, co przypominało wypukłe gogle spawalnicze. Tym razem tylko spojrzałem pytająco. Staliśmy jakiś czas w milczeniu, patrząc się na siebie. W końcu on dał znak skinieniem głowy by ruszyć za nim. Skierował się do wyjścia. Sam nie wiem co mną pokierowało w tym momencie. Udałem się za nim.
Znaleźliśmy się na klatce schodowej. Wszystko obdrapane, tynk odlatywał w większej ilości miejsc…odlatywał tam gdzie jeszcze coś z niego zostało. Na wszystkich ścianach był po prostu zdarty jakby przez ogromne szpony. Nikt tego nigdy nie sprzątał, więc zalegało to małymi hałdami na podłodze i schodach. Kilka szczurów zbiegło w dół, popiskując. Mieszkał piętro wyżej.
Wdrapaliśmy się tam. Sobie tylko znanym sposobem otworzył drzwi bez klamki, zamka ani niczego co wskazywałoby, że są otwieralne. Albo, że są drzwiami, a nie surogatem firanki. Przez głowę przeleciała mi myśl, że skoro puchacz, to powinien żyć w dziupli.
Znaleźliśmy się w środku. Naprawdę nie wiem czego się spodziewałem, ale to…
Pomieszczenie teoretycznie miało gołe ściany. Teoretycznie, ponieważ wszystkie były oblepione zdjęciami i portretami papieży. Zupełnie bez jakiejś wyraźniejszej logiki, zdjęcia zachodziły jedne na drugie, nie była również zachowana chronologia względem ich panowania, a umiejscowieniem. Poza dwoma wyjątkami. Zaraz naprzeciw wejścia wisiały dwa największe portrety. Symforian XII, który ogłosiwszy ex cathedra, że Boga nie ma – został rażony piorunem z jasnego nieba. Oraz jego następca Hiacynt V, znany z tego iż na bardzo ważnym raucie, przy setce osób, pijany, ogłosił łżem i wobec, iż jest agentem Mossadu. Po czym udał się na pielgrzymkę do Mekki. Jednakże zauważyłem iż brakowało Tytusa VII, który z sobie tylko znanych powodów nawrócił się na prawosławie. Takoż – o zbiegu okoliczności – jego bratanka Hilarego XVIII, który po dwóch latach panowania postanowił zostać prezbiteriańskim pastorem. Brak tej ostatniej dwójki mógł być do pewnego stopnia zrozumiały…chociaż…ehh…papiestwo jako instytucja przechodziło w ostatnich latach spory kryzys.
Człowiek-puchacz kazał mi się rozgościć, po czym rozpoczął serię wywodów, przypowieści oraz dykteryjek. Czego tam nie było. Cuda niewidy. Cuda na kiju. Opowiadał o swoich wyprawach do Grecji, gdzie brał udział w Misteriach Eleuzyńskich. Następstwem tego, Pontifex Maximus go ekskomunikował. Wspominał plugawy Kult Gorgony. Prawił o Ozyrysie, Serapisie oraz Apollonie. W międzyczasie obsępił mnie z papierosów, a niedopałki rzucał gdzie popadnie. Żyrafy aż się wzdrygnęły. Po co on mi to wszystko opowiadał!? Chciałem działać przeciwko tłoczącym się na dole, wszędobylskim ożywieńcom! Spojrzał na mnie badawczo. Żyrafy niespokojnie się poruszyły. On czytał w moich myślach!
Puchaczopodobny rozłożył ręce. Jego oblicze nabrało kapłańskiego dostojeństwa.
– Pójdź za mną – rzekł.
I poszedłem.
Czego on ode mnie chciał, tak naprawdę? Jaka była moja rola w tym wszystkim? Wkrótce miało się okazać.
Przeszliśmy do mansardy, a stamtąd na dach. Nadciągnęły srogie, ciemne chmury i wiał przyjemny, chłodny wiatr. Wyjce wyły, wiatr zawodził, chmury się kłębiły. Wspaniała dramaturgia.
Poprowadził mnie ku przedziwnemu instrumentowi ustawionemu w pobliżu skraju dachu. Rozpoznałem krzykofon, znany również jako theremin. Zamiary Człowieka-puchacza zaczęły być dla mnie jasne. Kazał przywdziać mi czapkę frygijską, oraz wręczył mi dwie gałązki jemioły.
– Będziesz wiedział co czynić – oznajmił.
Sam ustawił się po drugiej stronie instrumentu, a z zakamarków swego kostiumu dobył Rękę Sabazjosa, którą począł operować przy antenach horyzontalnych oraz wertykalnych machiny.
– Entele pentele! Entele pentele! Entele pentele! Entele pentele! – intonował miarowo i hipnotycznie.
– Żaba tańczy z Chrząszczem! Chrząszcz tańczy z Żabą! – wtórowałem, potrząsając gałązkami jemioły.
Dźwięki rozprzestrzeniły się z niesamowitą siłą. Nasz rytuał zadziałał. Z pobliskiego lasu nadleciały przyzwane wibracjami kruki i gawrony. Całe ich sfory przesłoniły niebo. Ptaszyska czorne z niesłychanym łoskotem sfrunęły na kłębiących się na ulicach ożywieńców. Rozdziobały ich bezlitośnie i łakomie. Towarzyszyła temu przeszywająca kakofonia. Została dokonana totalna anihilacja nieumarłych.
Upojony zwycięstwem spojrzałem ku niebiosom. Z chmur deszczowych nadleciały cheruby nakręcane, w trąby dmące, oraz sowy mechaniczne ogłaszające nasz triumf nad plugastwem wszetecznym.
Jednak jest sprawiedliwość na tym świecie. Na tamtym, mam nadzieję, że też. Czyż słońce nie wschodzi na wschodzie, a zachodzi na zachodzie?
Amen.

Szymon Orzędała

 

O autorze:

Rocznik 1986. Człowiek o wielu obliczach. Człowiek o tysiącu twarzy. Święty i grzesznik. Jestem niczym kot skradający się poprzez wymiary czasu. Pełznę poprzez rzeczywistość. Jestem postacią fikcyjną. Jestem zbiorowa halucynacją. Sztuka jest młotkiem, którym należy okładać publiczność po głowie.

.

.

.

Subskrybcja
Powiadomienie
0 Komentarze
Najstarsze
Najnowsze Popularne
Inline Feedbacks
View all comments