Aleksander Fredro – Trzy po trzy

English Books For Sale – Sprzedaż

Fragmenty

Dziewiętnastego października, ostatniego dnia czterodniowej, najkrwawszej, jaka może kiedy była i będzie, walki pod Lipskiem [1], między dziesiątą godziną a południem, staliśmy, oficerowie sztabu księcia Neufchatel [2], pod drzewami, które ulicą otaczają miasto. Czekaliśmy rozkazów — słuchaliśmy nie wystrzałów, bo tych trudno już było rozróżniać, ale raczej grzmotu mniej więcej ryczącego, który nas wokoło opływał. Już wtenczas i szary koniec wiedział, jak rzeczy stoją. Z upadkiem potęgi francuskiej upadły i nadzieje Polaków.

Ale mniemaliśmy, że dopiero pod Lipskiem tracimy powtórnie Ojczyznę, nie wiedzieliśmy, że Napoleon najłatwiej zawsze przyjmował warunek wrócenia jej w potrójne jarzmo niewoli.
Piekielna obłudo!
Szatańska polityko!
Tyle poświęcenia, tyle krwi przyjmować za nadzieje, których w głębi serca nie myśli się spełnić. Skrępował nas tym Księstwem Warszawskim, tym królem saskim i kiedy pozbawił wszelkiej samodzielności, jak martwą swoją własnością był zawsze gotów rozrządzić.
Biada człowiekowi, którego los zawisł od drugiego, ale dwakroć biada narodowi, co zawisł od interesu innego narodu. Narody sumienia nie mają.
Smutne rozmowy biednych nas, Polaków, w lipskich alejach przerwała kula armatnia, która zaszumiała, jak gdyby kto wentyl samego piekła uchylił, i potem ucięła kozła między nami.

Słuchacie mnie, a ja pletę trzy po trzy, zwyczajnie jak stary, ale jednak nie będę wam dzisiaj powtarzał, co wczoraj wyczytałem. Nie chcę także wyliczać wam wszystkie moje utarczki, ataki i odwroty, cięcia w prawo i w lewo, na koniu i pod koniem, muszę jednak wspomnieć dziwne jakby przeznaczenie, że z czterech razy, w których, ile sobie przypomnieć mogę, śmierć najbliżej w oczy mi zajrzała, rozumie się od kuli armatniej, bo karabinowych któż spamięta, co brzęczą, gwiżdżą, szumią jak chrząszcze na wiosnę, że z czterech razy, mówię, wszystkie miały miejsce nie dalej jak pięćdziesiąt kroków od Napoleona — a jednak w kampaniach 812, 813 i 814 na kulach, granatach, kartaczach nie zbywało wcale.

Pierwszy raz było to szesnastego pod Lipskiem. Pędzącemu od marszałka Marmonta, jenerał Bertrand, jak wspomniałem, dał mi ustne zlecenie. Zastaję Cesarza chodzącego z w tył założonymi rękoma; opodal za nim stał batalion młodej gwardii, trochę dalej na prawo służbowe szwadrony. Zbliżyłem się do niego i powiedziałem, że mam rozkaz donieść mu, że czoło kolumny czwartego korpusu wchodzi do Lipska.
— „Czwartego?” — więcej powtórzył, niż zapytał. — „Oui Sire, du quatrième corps”.
Chciałbym był przeciągnąć rozmowę, ale nie było podobieństwa, tym więcej, że Najjaśniejszy Pan raczył odwrócić się ode mnie. Wracałem więc do konia, którego puściłem za frontem wspomnionego batalionu, ale zaledwie obszedłem lewe skrzydło, kula armatnia kładzie trupem dwóch żołnierzy. Tak jak stali za sobą w drugim i trzecim szeregu, padli na wznak. Jeden krok dalej, a byłbym trzecim. Następnego dnia staliśmy w miejscu. Osiemnastego byłem znowu na służbie. Posłano mnie uwiadomić króla neapolitańskiego, że brygada młodej gwardii wzmocniła księcia Poniatowskiego [3]. No, już to wyznać muszę szczerze, że kto w czasie boju szukał Murata, temu zimno być nie mogło. Ten człowiek lazł w ogień i szukał guza con amore. Przejechałem poza front artylerii konnej gwardii i jeszcze jakiejś drugiej baterii; z pół godziny stałem przy królu, kul tam więc różnego rodzaju nie brakło, a jednak dopiero minąwszy Cesarza, stojącego koło wiatraku, i zwracając konia ku memu bratu Sewerynowi, który komenderował służbowymi szwadronami, mało co nie beknąłem. Kula armatnia obrzuciła mnie błotem. Od tego wiatraku do baterii gwardii, od której dopiero co byłem wrócił, był pewnie dobry wystrzał armatni; jakąż więc ogromną przestrzeń, ledwie do uwierzenia, kula ta przelecieć musiała, aby ze trzydzieści kroków za Napoleonem, pana Fredrę tylko co nie sprzątnąć. Wyraźnie nie służyło mi sąsiedztwo Wielkiego Człowieka.

Los jeńców wojennych za Niemnem w 1812 roku był wyjątkowym. Niewola nie była internowaniem rozbrojonych, ale była nędzą głodu, zimna i choroby, posuniętą, szczególnie w Wilnie, do najokropniejszej ostateczności. Tam odegrała się ostatnia scena długiego i bezprzykładnego dramatu.

Zacząwszy od Mało-Jarosławia[4] aż do Berezyny odwrót nasz był odwrotem wojska, otoczonego wprawdzie zbytnią masą pociągów[5], rannych i trainardów[6], ale ta niesforna masa, acz zatrzymywana, spierająca się, nawet tratująca się w każdym ciaśniejszym przejściu, miała jednak przed sobą długą, wolną przestrzeń, którą upływała powoli. Ale Berezyna wszystko to skoncentrowała, co się na cztery, sześć, a może i więcej mil szczegółowo rozciągało.

Od Berezyny ku Wilnu coraz bardziej szeregi szczuplały, a liczba bezbronnych, samopas idących wzrastała. Na kilka mil długa ciągnęła się czarna wstęga po śnieżnej przestrzeni. Nie było może tyle spierania się na mostach, jak z tamtej strony Smoleńska, bo ubyło wiele artylerii, wozów i wózków, ale za to widziałeś kilkadziesiąt tysięcy ludzi niechcących, niemogących już innego pojmować wroga, jak głód i zimno. Zimno wzrastające do dwudziestu stopni nie tylko wytrącało z ręki karabin, ale uderzało już przedśmiertnym uderzeniem. Nie tylko bowiem trzeba było cały dzień maszerować w mundurze okrytym surdutem bez podszewki, ale trzeba było gdzieś i spocząć, zdrzymać się choćby na chwilkę. Biada tym, co za wiele zaufali zaświeconemu ognisku. Ogień często gasł, a z nim i życie. Okropnie tam było, okropnie, moi państwo! Widziałem padających pod koła, a nikt nie pomyślał, aby koła zatrzymać, łamiących lody, tłukących się w otwartych toniach, a nikt ręki nie podał. Widziałem konie gryzące z bólu skamieniałą ziemię, którym jakiś Szylok[7] nowy wykroił z uda parę funtów mięsa — skąpił jednego uderzenia nożem i to właśnie wtenczas, kiedy dobrodziejstwem było. Widziałem, jak uporczywie broniono przystępu do ognia, nie temu, co wpółzmarznięty chciał ogrzać się na chwilkę… to się rozumie samo przez się… ogień tam był życiem… życiem nikt się nie dzieli, ale broniono żebrzącemu odrobinę płomienia, który by swoją słomą przeniósł do własnego barłogu. Niejeden na oświeconym tylko śniegu wlepił oczy w ciepło, do którego nie śmiał się zbliżyć, a poranek zastał go bryłą lodu. Widziałem rannych rzuconych na drogę, bo zdrowszy, silniejszy zapragnął jego szkapy i powózki. Widziałem jeńców strzelanych, jeżeli który osłabł i dalej iść nie mógł. Widziałem budynki podpalone ze złości i zawiści, że inni w nich pierwej znaleźli przytułek. Widziałem… tak widziałem siebie, kiedy kolega, niby przyjaciel, przedał futro ze mnie, które mi był pożyczył, bo ich dwa zdobył w Moskwie. I ja głupi myślałem, że cudze oddać trzeba, nie napiętnowałem go przynajmniej hańbą, zmuszając, aby mnie własną obnażył ręką. I teraz nie rzucę jego nazwiska wzgardzie poczciwych ludzi. Nie był zły. Nie wiedział, co czyni. Umarł — niech mu Bóg przebaczy, jak ja mu przebaczam — jak przebaczam z duszy serca i innym, co mnie odstąpili w ciężkiej potrzebie.

Aleksander Fredro

 

O autorze:

 

Aleksander Fredro (1793–1876) Urodzony w Surochowie koło Jarosławia, w rodzinie szlacheckiej herbu Bończa. Jako szesnastolatek wstąpił do wojska Księstwa Warszawskiego i przez kilka lat brał udział w kampaniach napoleońskich – najpierw jako ułan, później jako oficer ordynansowy w sztabie samego cesarza. Przeżył odwrót spod Moskwy, bitwę pod Lipskiem i niewolę. Po wojnach osiadł w majątku, ożenił się i zajął literaturą. Stał się najwybitniejszym polskim komediopisarzem XIX wieku – autorem Zemsty, Ślubów panieńskich, Pana Jowialskiego i wielu innych sztuk, które do dziś gra się na scenach. Pisał z lekką ironią, humorem i głęboką znajomością ludzkiej natury. Pod koniec życia, z dystansu, spisał wspomnienia z lat wojennych zatytułowane Trzy po trzy – tekst pełen goryczy, anegdot i trzeźwego spojrzenia na „wielką historię”. Zmarł we Lwowie w wieku 83 lat.

Aleksander Fredro, Trzy po trzy, w: Dzieła Aleksandra Fredry, tom XI, Warszawa: Gebethner i Wolff, 1880.(Pierwodruk fragmentów: „Gazeta Polska”, 1877).

portret Aleksandra Fredry: Aleksander Raczyński,  (1822–1889)

ilustracja: Horace Vernet, Death of Prince Poniatowski, (fragment), 1816

 

Przypisy:

[1] bitwa pod Lipskiem (16–19 października 1813) — zwana „bitwą narodów”, w której wojska francuskie pod dowództwem Napoleona Bonapartego poniosły klęskę w starciu z wojskami koalicji antyfrancuskiej złożonej z Austrii, Prus, Rosji i Szwecji; największa bitwa w kampaniach Napoleona i jego najcięższa porażka. [przypis edytorski]

[2] Berthier, Louis Alexandre, książę Neufchâtel i Wagram (1753–1815) — wojskowy francuski, szef sztabu Napoleona Bonapartego, dwukrotnie minister wojny, pierwszy z marszałków Cesarstwa mianowanych przez Napoleona. [przypis edytorski]

[3] Poniatowski, Józef (1763–1813) — polski książę, generał, wódz naczelny wojsk polskich Księstwa Warszawskiego, marszałek Francji; bratanek króla Stanisława Augusta Poniatowskiego; zginął w bitwie pod Lipskiem.

[4] bitwa pod Małojarosławcem (24 października 1812) — stoczona podczas wojny francusko-rosyjskiej o miasto Małojarosławiec w środkowej Rosji, ok. 120 km na płd-zach. od Moskwy; podczas zażartych walk miasto ośmiokrotnie przechodziło z rąk do rąk; starcie zakończyło się utrzymaniem Małojarosławca przez Francuzów, jednak przewaga armii Kutuzowa, która po przybyciu nie podjęła walki, lecz obsadziła linię obrony pod Kaługą, skłoniła Napoleona do zmiany planów i wyboru trasy odwrotu przez zdewastowany kraj, drogą przez Możajsk na Smoleńsk. [przypis edytorski]

[5] pociąg (daw.) — wóz, tabor wojskowy.

[6] traînard (fr.) — guzdrała, maruder, osoba, która się ociąga podczas marszu i pozostaje w tyle za grupą; tu być może w znaczeniu traîneur: maruder, żołnierz samowolnie odłączający się od oddziału, włóczący się, często w celach rabunkowych.

[7] Szylok, popr.: Shylock — jeden z bohaterów Kupca weneckiego Williama Shakespeare’a: podstępny lichwiarz, który zgadza się udzielić nieoprocentowanej pożyczki na dużą sumę, stawiając warunek, że jeśli dłużnik nie spłaci jej w terminie, wówczas on jako wierzyciel będzie miał prawo do funta jego ciała; kiedy inwestycja dłużnika kończy się katastrofą, Shylock żąda przed sądem dotrzymania umowy.

Całość czytaj na: Wolne lektury

 

Subskrybcja
Powiadomienie
0 Komentarze
Najstarsze
Najnowsze Popularne