Fragment powieści “Niewidoczna strona”
Nad ranem obudził ich niski, wibrujący dźwięk silników ciężkich samolotów transportowych przelatujących nad dachami. Nie było mowy o dalszym śnie. Po szóstej Alicja włączyła radio. Głos spikera był dramatyczny:
„…wojska pięciu państw Układu Warszawskiego przekroczyły dziś w nocy granice Czechosłowacji. Prosimy o zachowanie spokoju. Nie tankujcie pojazdów okupantów, nie udzielajcie im żadnych informacji. Jesteśmy z wami, bądźcie z nami…”
Sowieckie i niestety także polskie wojska pod dowództwem generała Floriana Siwickiego dotarły do centrum nad ranem 21 sierpnia, opanowując lotnisko Ruzyně. Do okien mieszkania Martiny dochodził metaliczny zgrzyt gąsienic czołgów zajmujących ulice Pragi.
Alicja szybko przygotowała coś na ząb. Zjedli w pośpiechu, popijając gorącą herbatę. — Idziemy! — rzuciła do Michała i razem wybiegli na ulicę. Na Lublaňskiej stało już kilka pojazdów opancerzonych z czerwonymi gwiazdami. Wieżyczki obsadzone były żołnierzami.
— Nie patrz na nich, pod żadnym pozorem. Nie można ich prowokować.
Szli blisko muru, nie podnosząc wzroku. Przed dziewiątą dotarli na Václavské náměstí. Plac był pełen ludzi. Nagle usłyszeli huk — czołg staranował ciężarówkę blokującą jezdnię. Impakt wzniecił ogień. Płomienie przeszły na barykadę z samochodów i sam czołg. Okupanci otworzyli ogień w stronę Muzeum Narodowego tak, że odłupujący się tynk posypał się na ludzi. Instynktownie rzucali się na bruk, chowając się i zasłaniając głowy rękami.
Alicja pociągnęła Michała za sobą. Wracali inną drogą — Štěpánskou, Žitnou, Sokolskou — do mieszkania Martiny na Lublaňskiej. Z trudem łapali oddech, wydawało się im, że ukończyli bieg o życie. Alicja gorączkowo porządkowała chaos myśli, czując, że będzie musiała podjąć przełomowe decyzje. Złapała słuchawkę i próbowała dodzwonić się do Sezimovo Ústí, ale linia była głucha. Telefon nie działał.
Nie wychodzili już z domu. Wieczorem, kiedy zrobiło się ciemno, z balkonu piętro niżej usłyszeli dźwięk gitary — lekko stłumiony, jakby nie tylko ściany chciały go uciszyć. Charakterystyczny głos śpiewaka był przejmujący, pomimo że do końca nie rozumieli słów piosenki:
Bratříčku, zavírej vrátka,
už se vrací stará máta,
co ti dala na cestu,
aby ses neztratil v tmě.
Alicja przypomniała sobie opowieść Martiny o poecie, piosenkarzu, który bywa gościem w kamienicy. Poczuła, że nie powinni teraz być sami, a może ktoś obok także potrzebował ich obecności. Dała znak Michałowi i razem zeszli piętro niżej. Zapukali cicho. Drzwi uchylił młody mężczyzna w jasnej koszuli, z długimi włosami i przenikliwym, smutnym spojrzeniem. Przez chwilę mierzył ich wzrokiem, jakby zastanawiał się, czy może im zaufać.
Alicja powiedziała szybko:
— Usłyszeliśmy gitarę i śpiew. Przyjechaliśmy z Polski, ale nie jesteśmy okupantami. Jesteśmy z wami.
Mężczyzna zawahał się. Z głębi mieszkania ktoś zawołał
— Niech wejdą!
To otworzyło im szerzej drzwi. W małym pokoju nie było wielu słuchaczy — tylko cztery osoby. Wszyscy młodzi, para siedziała na dywanie pośrodku. Przy oknie stał blondyn o włosach w stylu Beatlesów. Odłożył gitarę, opierając ją o ścianę. Podszedł do nich i podał dłoń z lekkim uśmiechem.
— Siadajcie — rozładował niezręczny moment ciszy. — Jesteście takimi samymi ofiarami jak my.
To był Karel Kryl. Usiadł na krześle, uderzając w struny pełnym akordem. Jeszcze raz wykonał piosenkę, którą skomponował tego wieczoru, wstrząśnięty tym, co zobaczył na ulicach Pragi. Śpiewał cicho, ale z emocjonalną siłą, jakby chciał, żeby jej słowa dotarły jak najdalej. Słowa o zamykaniu bram przed złem, o bracie, którego trzeba chronić przed ciemnością. Kiedy skończył, w pokoju przez moment zapanowała cisza. Ktoś westchnął. Rozległy się niepewne brawa, ale szybko nałożyły się na nią głosy ściszonej dyskusji, w której ani Alicja, ani Michał nie mogli uczestniczyć. Alicja poczuła, że są świadkami dramatu, za który w jakimś stopniu są też odpowiedzialni. To nie było ich miejsce. Nie chcieli napotkać pełnych wyrzutu spojrzeń gospodarzy. Wyszli, unosząc tylko przepraszająco dłonie na pożegnanie. Nikt ich nie zatrzymywał. Na górze długo nie mogli zasnąć.
Aleksander Rybczyński
O autorze:
Aleksander R
ybczyński jest absolwentem historii sztuki na Uniwersytecie Jagiellońskim. Opublikował ponad dziesięć zbiorów wierszy, w tym debiutancki tomik “Jeszcze żyjemy”, za który otrzymał w 1983 Nagrodę im. Kazimiery Iłłakowiczówny. Zajmuje się także krytyką artystyczną, prozą, publicystyką, dziennikarstwem, fotografią, filmem oraz pracą redakcyjną i wydawniczą.
Fot. Hanka Kościelska
.
.
