Dariusz Muszer – Przyklejeni odklejeni.

English Books For Sale – Sprzedaż

Nowego świata stare początki

z cyklu:
Notatki na blankietach

Początki zawsze są dokuczliwe, a tym bardziej w przypadku nowego świata, który rości sobie w dodatku pretensje, żeby stać się wspaniałym. Albowiem każdy nowo budowany padół ziemski jest jak stare przedszkole: wszędzie walają się porozrzucane zabawki po starszakach i maluchach, a z kuchni jedzie na całą ulicę przypalonym mlekiem i pani Jadzia krzyczy: „Skaranie boskie, koniec świata!”.
O problemach na starcie przekonał się sam Pan Bóg, gdy pierwszy raz stwarzał Ziemię. Bardzo się przy tym spieszył, gdyż robota miała być wykonana w sześć dni. Taką sobie śmierć-linię wyznaczył. Dnia siódmego postanowił się byczyć, co i nam zaleca. Wieloryby, sosny, czosnek i komary wyszły Mu nawet całkiem, całkiem; grzyby, paprocie i dziobaki również do dziś cieszą oko, podobnie jak pszczoły czy rumianek. Jednak co do korony dzieła stworzenia, mam pewne wątpliwości. Ba, napiszę bez ogródek: z człowiekiem trafił Wszechmogący jak kulą w płot! I pewnie taki właśnie miał zamiar.
Najpierw zbiesili się i wypięli na Niego Ewa z Adamem, wchodząc w koalicję pozarządową z wężem i wtranżalając zakazane owoce. A jak już, po wypędzeniu z raju, założyli stadło i, będąc oboje do bólu heteroseksualni, spełnili swój obowiązek prokreacyjny wobec przyszłej ludzkości, to Kain zasadził się na Abla, potraktował brata z karata i prysnął na zmywak do obcych. Cóż, miało być na obraz i podobieństwo, a wyszło raczej tak, jakby dinozaur ludzika pazurem na sekwoi wydrapał albo Pollock wziął coś, czego nawet malarz wciągać nie powinien, i zabrał się za lepienie garnków. I dlatego też homo sapiens łazi po Błękitnej Planecie kompletnie rozdarty i zapaćkany, a zachowuje się, jakby coś go porąbało. Bo do tego, że sam się porąbał, nigdy się nie przyzna.
Nie dziw zatem, że ci, którzy obecnie planują stworzenie nowego człowieka ze starego, mocno sfatygowanego kodu genetycznego, mają zdrowego pietra, że skoro nawet Panu Bogu, który dla nich dawno umarł, omsknęła się noga, to ich wysiłki i plany związane z globalizacją również mogą wziąć w łeb. Z tej przyczyny zapragnęli zabrać istocie rozumnej wszystko, do czego zdążyła się była przyzwyczaić i co uważa za wartościowe: pracę, papierowy pieniądz i miedziaki, rozdzielnopłciowość w łożu i przy stole, rodzinę, kawałek własnej ziemi i dachu nad głową, mięso, gabloty spalinowe, papierowe gazety, kuchenkę na gaz, długie kalesony i blok czekoladowy. Pomysł dość karkołomny, ale też sprytny. Bo człowiek zdążył przywyknąć do tego, żeby mu ciągle coś zabierano. Gdy nic nie zabierają, chodzi jak struty i zaczyna kombinować. A od kombinowania do siania zamętu jest żabi skok.
Ostatnio pomyślałem sobie: dość tego bezbronnego gapienia się w sufit i rozpaczania, że świat jest brzydki, a ludzie coraz grubsi i nie kochają się tak mocno jak powinni. Wystarczy tego biadolenia, że jestem w stanie spałaszować pół kotleta sojowego za jednym posiedzeniem, a wcześniej mogłem cztery. Postanowiłem coś zrobić. Zmienić swoje nastawienie. Zaprotestować. Przyłączyć się do jakiejś Wielkiej Sprawy. Internet wskazał mi drogę.
Z obliczeń i prognoz europejskiego urzędu statystycznego wynika, że z powodu wieku jestem świeżo upieczonym seniorem, powinienem zatem kupić sobie rozciapane buty i zacząć powoli zwijać żagle. Dla mnie oznacza to, że, jak ulał, pasuję do Ostatniego Pokolenia. A po mnie choćby potop, jak mawiała kochanka Władysława Gomułki, króla Polski Ludowej, teoretycznego państwa, którego nadal jestem wiernym obywatelem.
Poszedłem na zebranie i przelałem przez wirtualną skarbonkę składkę na odpowiednie konto. Nie był to koniec operacji bankowych, jakie wykonać musiałem tego dnia. Można powiedzieć, że w grupie aktywistów ekologicznych przyjęto mnie jak w budzie z przekąskami: ramiona szeroko otwarte, ale za kiełbasę z groszku i soczewicy musiałem wyskoczyć z forsy sam. Powiedzieli mi jednak, że jak się dobrze spiszę, to sypną groszem i na pewno nie będę stratny. Uprzedzając fakty, wyznam, że nie skłamali: za swoją robotę zarobiłem więcej niż za pisanie od czterdziestu czterech lat po polsku.
Do wyboru dano mi oblanie farbą pomnika Gottfrieda Wilhelma Leibniza, naukowca-orkiestry, zatrudnionego przez większość swego twórczego życia na dworze Księstwa Hanoweru, albo przyklejenie się do nawierzchni zachodniej drogi szybkiego ruchu, łączącej okręg administracyjny Stöcken z Linden-Süd.
Jako że akurat miałem pod ręką białą farbą emulsyjną, gdyż trochę mi zostało po ostatnim malowaniu, zdecydowałem się rozpocząć życie rewolucjonisty od pokolorowania świata nudną barwą. Zatem kubełek w łapę i heja!
Gdym jednak stanął przed pomnikiem rodzica nowoczesnego systemu binarnego, ogarnęły mnie wątpliwości. No bo gdyby nie tenże Leibniz, nigdy nie napisałbym niniejszego tekstu, jako że bez kodu zero jedynkowego nie byłoby maszyny, która buczy pod moim biurkiem, i wgranego na niej programu LibreOffice. A poza tym pomnik Leibniza to płaski, odlany z brązu podwójny profil głowy niemieckojęzycznego mądrali, wyglądający jak monstrualny herbatnik maślany Leibniz, wyprodukowany w polskojęzycznym Jaworniku lub w Skawinie. Brakuje mu tylko 52 ząbków, żeby uznać go za oryginał. I jak tu coś takiego oblewać białą farbą emulsyjną?! Nie godzi się!
A jednak oblałem. My, ludzie Ostatniego Pokolenia, robimy zawsze to, co sobie zaplanujemy. I działamy tak precyzyjnie, że nie ma prącia we wsi! W gazetach i internetach pisano wprawdzie, że nie trafiłem w pomnik, tylko lunąłem strugą na samego siebie, ale jak wiemy gazety niemieckie kłamią, a w internecie siedzą sami idioci i antyszczepionkowcy. Ktoś nagrał wideo z mojej akcji i opublikował je w mediach społecznościowych, dzięki czemu dostałem swoje trzynaście sekund i stałem się prominentem wśród malarzy pokojowych. Na filmie wyraźnie widać, jak duże, olbrzymie krople farby spadają w zwolnionym tempie na herbatnikowy czerep Leibniza. Nieprawdą zatem jest, że cała biała jucha poszła na moje spodnie i buty, gdyż polihistorowi od monadologii też się swoje dostało! I to wcale nie tak mało!
Zjawiła się policja i zaczęła ze mną dyskutować. Stali całkowicie po mojej stronie, czego jednak głośno nie odważyli się powiedzieć, bo drżeli o swoje miejsca pracy. Zaproponowałem im, żeby podwieźli mnie do domu; nie będę przecież śmigał w brudnych portkach po mieście, jeszcze ktoś zobaczy i dopiero będzie wstyd. Odmówili stanowczo. Jeden z nich odważył się nawet uśmiechnąć półgębkiem, na arabską modłę. Był to oczywiście pogardliwy uśmiech. Jeszcze mnie sobie popamięta! Kiedyś go opiszę w swoim dzienniczku działacza ekologicznego! Tego drugiego też opiszę, ale z innego powodu: miał tak kubistycznie przyciętą kruczoczarną brodę, że do dziś żałuję, iż nie zapytałem go o adres jego tureckiego balwierza.
Pierwsze śliwki robaczywki, powiedziałem sobie i wziąłem się za załatwianie drugiej sprawy. Tu zaznaczyć należy, że na przyklejanie nie chodzi się w pojedynkę – taka zasada panuje u nas, w Ostatnim Pokoleniu. Ci, który robią to jednoosobowo, a nie brakuje takowych, to podejrzane typy i zdrajcy. My wybraliśmy się w szóstkę, same klimatyczne aktywiszcza, rzecznicza i człończa z dolnej półki, ale ludzie odważni, zdolni zrezygnować z lotu na urlop do Tajlandii, żeby tylko uprzytomnić wszystkim, że Ziemia się nam na naszych oczach pod nogami pali. Wszyscy byliśmy zaopatrzeni w klej błyskawiczny, szybkowiążący cement oraz bumagi poświadczające ukończenie ośmiogodzinnego kursu klejenia, czyli treningu akcji. W torbach trzymaliśmy ponadto plastikowe butle z olejem słonecznikowym i rzepakowym, ponieważ neutralizują lepiszcze i ułatwiają odklejanie, a na tyłki kilku z nas założyło pampersy dla dorosłych. Ja nie miałem w domu pieluchy, toteż musiałem obyć się na dworze bez niej. Wody nie zapakowaliśmy, żeby niepotrzebnie nie kusić losu i nie drażnić pęcherza.
Przyklejanie poszło nam piorunem. Ledwo usiedliśmy i rozciągnęliśmy dwa transparenty z napisami „Mamy dość!” i „Ostatnie Pokolenie”, a już nasze dłonie były posmarowane i połączone z asfaltem na amen. Tylko u tego jednego, co chciał się wyróżnić i użył cementu, wiązanie z nawierzchnią trwało nieco dłużej.
Ruch na trzypasmowej jezdni zamarł. Większość kierowców zachowała spokój, co świadczy o tym, że w pełni popierali naszą słuszną sprawę i uważali, że ochrona środowiska jest zadaniem historycznym dla wszystkich państw Unii Europejskiej i musi stać się na powrót naszym udziałem i priorytetem. Nieliczni wyskoczyli z aut i podbiegli bezładnie, a następnie krzyczeli jak stado koczkodanów białonosych, lżyli nas, szarpali nami, a jeden nawet dwa razy kopnął mnie w nogę, a ja nie odpowiedziałem na jego zaczepkę – pozostałem niewzruszony, podobnie jak wszyscy pozostali uczestnicy akcji. Po zastanowieniu nadstawiłem mu drugą nogę, ale nie zamierzał skorzystać z dziejowej szansy. A symbolika mego czynu umknęła zgromadzonym.
Kiedy kilka godzin później nadszedł czas odklejania i sprawy skomplikowały się jeszcze bardziej, szczególnie dla mnie. Okazało się, że tak skutecznie przywarłem do jezdni, iż dolewanie oleju i podważanie mej dłoni przez policjanta, który sapał jak skrzyżowanie Dartha Vadera z Batmanem i wyrzucał z siebie słowa w bremeńskim dialekcie, spaliło na panewce. Nie był w stanie mnie uwolnić. Musieli zawołać gościa z młotem i dłutem. On też, nieustraszony Rumun, po godzinnej walce wykuł mnie z nawierzchni drogi szybkiego ruchu wraz z kawałkiem tejże nawierzchni, nadal przyklejonym do mej dłoni. Można powiedzieć, że był to rzadki moment w moim życiu, kiedy miałem ciężką rękę. I powinienem był wtedy uderzyć, żeby ruszyć z posad tę zatrutą bryłę świata. Nie zrobiłem tego jednak, gdyż zaschło mi gardle, a spodnie miałem mokre, ponieważ Rumunowi omsknął się dwa razy młot na dłucie.
Odprowadzono mnie za barierki i puszczono wolno, spisawszy uprzednio dane osobowe. Oczywiście fałszywe, gdyż prawdziwe wyleciały mi z głowy. Jako że czerwono-zielony rząd Dolnej Saksonii nie zamierzał rezygnować z odzyskania swej drogowej własności, wpakowano mnie do karetki pogotowia. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu bośniacki szofer ani nie włączył podczas jazdy rogu Marcina, jak tutaj nazywają syrenę, ani też nie jechał z prędkością konweniującą z wagą transportowanego bohatera. Po prostu wlókł się po mieście niczym holenderska krowa po bezściółkowej oborze, nie skręcając pod prąd i nie wciskając gazu do dechy. Poczułem się, jakby potraktowano mnie z buta.
W szpitalu lekarz oddzielił asfalt od mej dłoni. I ani razu przy tym nie zaklął po persku. Pewnie na mój widok zapomniał języka ojczystego w gębie. A guzdrał się przy swojej robocie strasznie, robiąc wiele przerw, gdyż ciągle wołano go do innych pacjentów. W końcu oddał sprawę w ręce siostry oddziałowej. Gdy ta zaklęła cichaczem na widok mojej zmasakrowanej dłoni, postanowiłem nie przyznawać się, że też jestem z Polski. Na pewno zaraz chciałaby się siostrzyć i mi nawtykać. Na taką właśnie wyglądała, na prawicową, nieeuropejską zołzę. Ale bandaż założyła po mistrzowsku.
Dwukilogramowy fragment zachodniej drogi szybkiego ruchu został skonfiskowany i, mam na to twarde dowody, odwieziony przez kuriera prosto do Bundestagu w Berlinie, gdzie wystawiony zostanie na widok publiczny, a ludzie będą przychodzić, żeby się do niego modlić i prosić o wyplenienie raz na zawsze dwutlenku węgla z atmosfery naszej planety. Bo jak zniknie ten przeklęty, znienawidzony przez wszystkich rozumnych ludzi gaz, ten iperyt XXI wieku, to ludzkość migiem znajdzie się na powrót w raju, choć może niektórych wcale tam nie wpuszczą, bo sobie nie zasłużyli. I będzie to raj po stokroć lepszy od tego, skąd ongiś niesłusznie i przebiegle nas wypędzono.
Tak zakończyła się pierwsza faza mojej walki o naprawianie świata i lepsze jutro Europy. Stoimy nad przepaścią, a to dobre, strategiczne miejsce, żeby wykonać następny krok i pójść naprzód. I pamiętajmy przy tym, że walka o nowy początek to nie pole unijnego rolnika – nie może leżeć odłogiem i nie powinno podlegać ugorowaniu. Dziś ruch ekologiczny liczy 22 000 członkiń, człończów i członków, a jutro będą miliony nas, gotowe przykleić się do wszystkiego, do czego tylko przykleić się da albo też i nie da; gotowe oblać zupą pomidorową z puszki każdy obraz i każdą rzeźbę w każdym muzeum tego i drugiego świata. To nie my, lecz wy jesteście odklejeni od rzeczywistości, i to wy, jeśli miłujecie naszą wspólną Europę, powinniście się do niej przykleić. I przestać się wreszcie ruszać.
Na koniec zdradzę, że zwrócono się do mnie z pytaniem, czy nie chciałbym mieć własnego programu w telewizji. Od razu się zgodziłem. Telewizja wprawdzie kłamie, ale kto we współczesnym świecie nie kłamie i wolny jest od winy, niech pierwszy rzuci we mnie plazmą. Właśnie klikam jak wariat, szukając w internetowych sklepach odpowiednich strojów. Bowiem w telewizji mam występować jako drag królowa. Wprost wymarzona rola dla mnie, jako że najlepiej czuję się w perukach, pończochach z podwiązkami i z maską na pysku. I pamiętajcie: wypatrujcie mnie siódmego dnia o zmierzchu, o zmroku patrzcie na zachód. Tam się zobaczymy i usłyszymy. I tam rozpocznie się nasza prawdziwa walka.

.

Dariusz Muszer

.

O autorze:

Dariusz Muszer, ur. w 1959 r. na Ziemi Lubuskiej. Prozaik, poeta, publicysta, eseista, krytyk literacki,
dramaturg, tłumacz. Autor wiele książek. Mieszka w Hanowerze. Prowadzi na YouTube kanał o tematyce
literackiej.

 

fot. autora – Hanna Rex
Strona internetowa: www.dariusz-muszer.de

Subskrybcja
Powiadomienie
0 Komentarze
Najstarsze
Najnowsze Popularne