Grzegorz Kozyra – Bela Bartók

Godziny z Polihymnią (15)

Tymczasem Bela Bartók zaprząta moją głowę, szukam jego płyt, wytężam zmysły, by posłuchać jego melodii w radiu. Nie jest to najprostsze, tak jakby węgierski Mistrz schował się, ukrył i trudno go było odnaleźć. Mimo wszystko są fanatycy tej niełatwej muzyki, którzy ujawniają się także na moim roku. Przewodzi im Tomek, który odróżnia symfonię od opery, a kwartet skrzypcowy od kwintetu fortepianowego. Rozmawiamy więc o muzyce współczesnej często, chociaż wiadomo, że na pierwszym miejscu wciąż w naszych głowach siedzą Miles i Sonny, Keith i Thelonious. Bartók musiał się jednak ujawnić, jego Cudowny mandaryn bowiem skrzy się instrumentalnie, działa na zmysły. Najpierw powstał balet w jednym akcie, potem skrócona muzycznie o 1/3 suita baletowa, kunsztowna, rytmiczna, opowiadająca o ludzkich pożądaniach i namiętnościach.
Może to było dla nas odkrywcze w tej muzyce, że bazowała na rytmie, że klarnet prawie na jazzowo subtelnie wiódł nas na pokuszenie tematem głównym, że tak naprawdę chcieliśmy posłuchać „ciężkiej” muzyki, która tak bardzo uwiodła liderów zespołów rockowych spod znaku progressive music. Dzieło powstałe w epoce ekspresjonizmu jest naprawdę wyraziste i żywe, podobne do Święta wiosny, ale tylko w namiętnościach, w rytmiczności, w uwodzeniu słuchacza dramatem natury. Poza tym wszystko jest inne. Bartok przechodzi od ciemności do światłości z siłą muzycznego maga, a jego liryczne wątki w tej suicie wskazują na umiejętność szybkiej zmiany nastroju od brutalności do liryzmu.

Nie jest to muzyka banalna. Prześwietla ją barwność, nieskazitelna kolorystyka, która dużo zawdzięcza Richardowi Straussowi, ale i Wagnerowi. Bartók stosuje zmienne rytmy, a metrorytmika, przekształcenie taktów jest nowatorskie i zadziwiające. Kusiło mnie poszukiwanie inspiracji w partyturze tego dzieła, ale przecież nie byłem muzykologiem. Lepsze dla mnie było odczytywanie utworu dosłownie, tak jak chciał autor. Namiętności przecież brały górę. Sceny z mandarynem i prostytutką były najbardziej efektowne i liryczne. Nie drażniły słuchacza motywy, ale sam dramat miłosny, i ostatnie niezwykłe spotkanie, które przybliżało bohaterów do śmierci. Czuliśmy, że do rozstania musiało dojść. Ale czy aż takiego?

Są oczywiście wybitniejsze utwory Bartóka, których mógłbym słuchać bez przerwy. Dla mnie były nimi: II koncert skrzypcowy i III koncert fortepianowy, szczyty muzyki XX-wiecznej. Andante tranquilo, druga część koncertu skrzypcowego, to typowa dla Bartóka „muzyka nocy”, ze szmerami instrumentu i gasnącą linią melodyczną. Doskonalsza być może jest część trzecia, ale skrzypek musi dokonywać cudów, by w niepokojących rytmach i dysonansach odnaleźć chociaż zalążek nadziei. W tym koncercie pisanym przed II wojną światową i wyjazdem do Stanów Zjednoczonych, Bartók odczuwa tylko ból. Jego ojczyzna kłania się Hitlerowi, a on antyfaszysta, ma już dosyć uwikłania Węgier w tak znienawidzoną ideologię.

Dla Bartóka będzie to oczywiście życiowa tragedia. Wyjechać za ocean, gdzie wprawdzie jest znany, ale nie na tyle, żeby liczyć na sprzyjający los i odnieść spektakularny sukces. Następne utwory stworzone już na emigracji wyrażają ogromną tęsknotę za ojczyzną. Divertimento na orkiestrę smyczkową, napisane jeszcze przed wyjazdem, w powolnej części drugiej, Molto adagio jest czymś niezwykłym w muzyce owego czasu. I nie chodzi tylko o dramatyzm i posępność charakterystyczną dla tego akurat fragmentu utworu. W partii altówek, a potem skrzypiec, Bartók wykorzystuje melodię opartą na skali cygańskiej, która nie tylko wyraża jakąś niezwykłą tęsknotą, ale w przejmującej kulminacji rozrywa nasze serce. Niektórzy z wielkich kompozytorów XX-wiecznych, na przykład Witold Lutosławski czy Wojciech Kilar, twierdzili wręcz, że jest to jedna z najbardziej poruszających melodii w dorobku Bartóka, niedościgniony wzór muzyki neoklasycznej.

Czy tak jest w istocie, nie wiem. Nawet jeżeli przyjmiemy, że Bartók chciał oddać hołd Haydnowi i Mozartowi, trudno do końca zrozumieć tak subtelnie sparafrazowane przez niego motywy muzyki barokowej, a nie klasycznej, a także atonalne wtręty części drugiej. Część trzecia znów wyraźnie nawiązuje do muzyki cygańskiej, a w ostatniej partii do utworów Richarda Straussa, jednego z ulubionych kompozytorów Beli Bartóka. Słuchałem Divertimenta zawsze z odczuciem jakiegoś dramatycznego deja vu, że jestem w innym życiu przyjacielem węgierskiego kompozytora i mam wrażenie, jakbym uczestniczył bezustannie w jego pogrzebie. Żałoba trwa, a ja nie mogę zapomnieć niektórych dźwięków i poruszam się tylko dlatego, że idę za nimi, że mogę istnieć dzięki nim.
W rozgoryczeniu umacniał mnie jeszcze III koncert fortepianowy, który został ukończony tuż przed śmiercią Bartóka i pisany chyba w nastroju zbliżającego się zgonu. Kompozytor bowiem chorował na białaczkę i jego dni były policzone. W Adagio religioso słyszymy więc nie tylko znajome frazy z symfonii Mahlera, ale także Debussy`ego i oczywiście dramatyczne spięcia Beethovenowskiego III koncertu fortepianowego, jego Kwartetu a-moll op. 132 oraz Tristana i Izoldy Wagnera. Wszystko jest tak doskonale połączone, że nie mamy wątpliwości, że Bartók jest geniuszem. Ostatnie fragmenty II części naśladują nawet świergot ptaków i znów skojarzenia wydają się jednoznaczne – to przecież Olivier Messiaen!

Koncert był dedykowany żonie, która do końca towarzyszyła kompozytorowi. To ona zrobiła najwięcej dla niego po śmierci i to jej zawdzięczamy zmartwychwstanie jego muzyki. Bartók zmarł w biedzie, na jego pogrzeb przyszło 10 osób. Sława przyszła szybko, ale niestety już po odejściu autora Mikrokosmosu. Najpierw w Stanach Zjednoczonych, gdzie z entuzjazmem przyjmowano każdy utwór kompozytora. Później był triumfalny powrót do Europy. Jego kompozycje grały największe orkiestry i najwybitniejsi soliści. Znana jest legenda, że Duch Bartóka i „muzyka nocy” krążyły po Europie, by na nowo kontynuować wielką symfoniczną tradycję od Bacha, Mozarta i Beethovena po Mahlera, R. Straussa i Debussy`ego. Czy tak było naprawdę? Czy wielkość geniusza rozpoznajemy dopiero po śmierci? Dlaczego Bartók umarł w zgryzocie i biedzie, kiedy tak naprawdę był jednym z największych kompozytorów XX-wiecznych? A może najwybitniejszym?

.

Grzegorz Kozyra

…..,

Nowa książka autora
“Podróży z Orfeuszem”
i “Mojego jazzu”,
współpracownika witryny
POLSKA CANADA
Wydawnictwo
POLIHYMNIA
Lublin 2018
.
Do nabycia w Wydawnictwie
“Polihymnia”
ul. Deszczowa 19,
20-832 Lublin
.
lub przez internet, kontakt:
,
,
.

O autorze:Screenshot 2015-04-29 00.31.42

Grzegorz Kozyra: eseista, poeta, dziennikarz. Autor czterech tomów eseistycznych: W CZASIE NIEDOKOŃCZONYM (2005), DUCH SŁOWIAŃSKI (2009), CIEŃ I MAGNOLIE (2013), PODRÓŻE Z ORFEUSZEM (2016), MÓJ JAZZ (2017), Pieśni dla Żywych i Umarłych (2018), Godziny z Polihymnią (2018)

 

Newsletter

Chętnie przeczytam najlepsze teksty.

WESPRZYJ NASZ PORTAL KUPUJĄC NA “AMAZON”

Books for Sailors

Be the first to comment

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*