Dawne znajomości literackie świadomie zaniedbał. Od dawna nie odpisywał na listy, od dawna nic nigdzie nie wysyłał. Zapomniano o nim. Najpierw w jego mieście, gdzie odetchnięto z ulgą, potem w jego kraju, gdzie nikt o niego się nie upomniał. Więc to jednak była dobra decyzja. Poczuł ulgę. Nie minęło kilka miesięcy, a spłynęła na niego ciepła i delikatna jak muślin, jak welon… Jak całun. Niech będzie. Dobra decyzja. Lepiej mu się oddychało w tym mieście, bezpieczniej poczuł się na ulicach. Nikomu już nie wadził, nikogo nie drażnił wydawanymi w renomowanych oficynach Krakowa czy Warszawy książkami. Mogli o nim mówić: skończył się przecież. Nie żył. Nowych znajomości unikał, w redakcji stronił od imprez towarzyskich. Koledzy dziennikarze irytowali go i nudzili. Większość z nich to byli studenci, którzy w gazecie stawiali pierwsze kroki, pozostali to zalkoholizowani emeryci, wyrzuceni z innych pism, różnych gazetek zakładowych, redakcji niewydarzonych broszur i jednorazówek. W tej menażerii był w sumie całkiem na miejscu – on, zdetronizowana nadzieja polskiej literatury. Ktoś przyniósł o nim jakieś informacje i młody reporter, chodzący w glorii po napisaniu cyklu artykułów o wyprawie na tratwie po jakimś morzu lub oceanie, zaczął go nękać o książki. Bardzo jestem ciekaw, naprawdę – stroił mądre miny. Sam noszę się z zamiarem napisania i tak dalej. A kto się nie nosi. Każdy, jak jeden mąż, nie wyłączając sekretarki Marzanny, pisał książkę, właśnie ją kończył lub skończył już, ale jeszcze trzeba było nad nią posiedzieć. A on był autorem uznanym już, tymczasem. I zapomnianym, ale wszak był. Młody reporter łaził za nim krok w krok – reporterzy tak łażą – i łaknął jego prozy. Chciał zakosztować dobrej literatury i tak dalej. Wyrobić sobie zdanie, poznać i tak dalej. Czy można odmówić młodszemu koledze po piórze? Nie tylko można było, ale wręcz należało. Reporter wziął jego książkę, kłaniając się w pas. Usiadł w kącie i zaczął czytać, pokładając się ze śmiechu od pierwszych zdań. A on patrzył na to w niemym zdziwieniu. Że tak można, tak bezceremonialnie… Nie mogę, nie mogę – machał nogami reporter – słuchajcie! – czytał jakieś zdanie, chociaż częściej zwrot, zbitkę kilku wyrazów, i wył z dzikiej rozkoszy, powtarzając z lubością: grafoman! grafoman! A najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że on dopiero w tym momencie uświadomił sobie, że ktoś, kto pisze dwustronicowe reportaże do gazety codziennej, o tratwie, o zmaganiu z żywiołem wody (wiecie, co to znaczy? – oko w oko ze śmiercią! samo jądro życia! tylko ty i dzika przyroda i nie ma zmiłuj, albo ty wygrasz, albo zginiesz marnie, jeden twój błąd i jesteś pokarmem dla ryb, wracasz do obiegu biologicznego, znikasz bez śladu, i to jest dopiero prawdziwe doświadczenie, kapujecie? – miąższ, miąższ życia!) – taki ktoś nie będzie najlepszym czytelnikiem jego książek. Zwłaszcza jeśli zamierza, jak to głosił na prawo i lewo, napisać książkę prawdziwą, reportażową do bólu, bo Kapuściński to wydmuszka i trzeba to wreszcie światu udowodnić. Podszedł do niego, zaśmiewającego się do łez, z czerwoną od ekspresji twarzą i spoconym czołem, wyjął z jego rąk swoją książkę, ruchem miękkim i łagodnym – tamten zupełnie jej nie trzymał, leżała na jego dłoniach jak coś niemiłego w dotyku, w pewien sposób obrzydliwego. Miał ochotę walnąć nią w tę śmiejącą się gębę, ale byłby to przecież gest ledwie poufały, można rzec: czuły. A bić się z kimś o taką manifestację rwącej jak górski potok głupoty?… Odwrócił się na pięcie. Ale nie odszedł. Reporter złapał go za ramię. – O, rany! I tobie to wydrukowali? – Otrząsnął się, odepchnął natręta, aż ten się zatoczył i upadł na krzesło. Nie przestając rechotać. – Misiulek! Misiulek, cha, cha, cha… a ty masz misiulka? Bawisz się jeszcze misiem? Cha, cha, cha, nie mogę… Stary chłop… Redakcja gazety nie była dobrym miejscem na zadzierzganie nowych znajomości. Mogła być jedynie doskonałym karcerem dla słów. Przyglądał się, jak marniały pod jego piórem, przyglądał się z obojętnością, ale też w piątkowe wieczory, gdy zamykał magazynowe kolumny na sobotę – dopadało go zwątpienie. Nie musiał być w tym miejscu i patrzeć na kaźń, nie musiał dokładać się do tej zbrodni. W jego życiu słowa nie były niczemu winne. Przeciwnie, dzięki nim osiągnął wszystkie najpiękniejsze stany ducha. One pomogły mu zdobyć Weronikę, one były przy nim zawsze, wierne. Inni niech robią co chcą, niech mordują je stadami – na to przecież nie mógł mieć żadnego wpływu – jednak jemu nie wolno było tego robić. Nawet nie spostrzegł kiedy, a przestał słowa szanować, przestał czuć z nimi więź. Kiedyś był magiem, słowa rozkwitały pod jego spojrzeniem, garnęły się do niego, ufały mu. A on sprawiał, że stawały się ciałem. I każde kolejne słowo poświadczało istotę innych słów. Niektóre, po kolejnych objawieniach, stawały się słowami pierwotnymi, najważniejszymi. Prawdziwie magicznymi. Wprost niewyobrażalnymi w swej pierwotnej naturze. Inne słowa powstawały z niczego, z iskrzeń pomiędzy słowami, z napięcia między nimi, z różnych wieloznaczności albo z braku jakiegokolwiek znaczenia. Słowa żyły. Wtedy, kiedyś. W redakcji dziennika słowa tylko umierały. Zaczęło go to boleć. Zwolnił się z dnia na dzień. Z wszelkimi konsekwencjami takiej decyzji. Żegnała go pogarda redaktora naczelnego i obojętność całego zespołu.
Dariusz Bitner
O autorze:

Dariusz Bitner, rocznik 1954, gdynianin z urodzenia, szczecinianin przez zasiedzenie. Chciał być pisarzem od szóstego roku życia, do pięćdziesiątego piątego. Potem chciał przestać, ale się nie udało – pisze dalej. Udało mu się napisać dwie dziesiątki książek, z których wymienić można kilka najważniejszych w oczach autora, a więc: „Ptak” (1981), bo to pierwsza powieść, chociaż mikro; „Cyt” (1982), powieść rozwinięta w trylogię wydaną pod tytułem „Pst” (1997), bo w gruncie rzeczy to coś więcej niż powieść; „Kfazimodo (1989), bo jest to pierwsza i ostatnia powieść popularna; „Opowieści Chrystoma” (1992), bo to baśń, adresowana wcale nie do dzieci; „Trzy razy” (1995), bo to dość szalony tryptyk prozatorski, „Bulgulula” (1996), bo to bardzo szalone opowiadania; „Mna” (2000), bo to trzeci z tomów esejów o pisaniu, ujętych w cykl „Chcę, żądam, rozkazuję”; „Psie dni” (2001), bo to niedocenione, a dobre opowiadania; „Mała pornografia” (2005), bo to mała pornografia; „Książka” (2006), bo to zrealizowana, chociaż dyskusyjna, utopia o książce totalnej; „Jesień w Szczecinie” (2011), bo to eseje, ale i jednocześnie powieść, Bóg wie zresztą – co to. Pracował kiedyś jako dziennikarz, zajmował się reklamą, a także składem książek i adiustacją tekstów. W swoim wydawnictwie Basil wydał książkę autorstwa Henryka Berezy pt. „Epistoły”, poza tym powołał do życia i przez 9 miesięcy wydawał rozprowadzane bezpłatnie pismo „BABORAK. Kultura Szczecińska”. Otrzymał kilka nagród literackich, z których najważniejsza to Nagroda im. Edwarda Stachury za dzieło nieistniejące, za maszynopis książki „Sam w śmietniku słów”. Wspomina o tym wyłącznie na okoliczność tego tytułu, bowiem dziś wszystkie te nagrody nie mają już dla niego znaczenia. Ale są miłym wspomnieniem. Właściwie wszystko staje się powoli wspomnieniem.
(wyimek z powieści Mała pornografia)
