Dariusz Bitner – Mielenie-palenie

English Books For Sale – Sprzedaż

Kiedy w 1981 roku dowiedziałem się w warszawskim Spatifie – akurat tam się to zdarzyło, tak chciał traf – że nakład ówczesnego numeru „Twórczości”, w którym między innymi był też mój tekst, poszedł na przemiał, z miejsca zapalałem świętym oburzeniem. W moim szlachetnym gniewie przywołałem oczywiście obraz palonych książek, inkwizycję, faszyzm i film Fahrenheit 451, co nawet rozbawiło Renatę Zdanowską i Henryka Berezę, z którymi siedziałem przy stoliku, zajadając i zapijając, i dyskutując, jak to drzewiej bywało, gdym do stolicy zjeżdżał czasem.
Oni już swoje emocje ostudzili, bo też proces „przemiału”, jakkolwiek dynamicznie brzmi ten termin, nie zachodzi znienacka i gwałtownie, a tylko brutalnie. Po prostu skazuje się ileś tysięcy egzemplarzy na unicestwienie.

Cóż za problem – dziś patrzę na to spokojniej, chociaż nie wiem dlaczego. Może zobojętniałem, a może jestem ogólnie łagodniejszy (a jeśli tak, co jednak nieco by mnie zdziwiło, to łagodność ta z całą pewnością nie duchowej natury, a raczej bezpośrednio z racji postępującej złowieszczo atrofii).

Okazało się, że ileś egzemplarzy udało się ocalić przed zagładą. Zostały rozdane pomiędzy autorów i zapewne zaprzyjaźnionych bibliofilów. I mnie trafił się jeden egzemplarz jedynego prohibita, w którym dotychczas publikowałem, skądinąd nieświadomie. Został mi wręczony konspiracyjnie nad talerzami z kotletem schabowym (ja) i sztuką mięsa (Bereza).
Zostałem oczywiście poinformowany, jaki to passus zagrażający sojuszom ludowej ojczyzny został w ostatniej chwili, już po wyprodukowaniu nakładu, zauważony przez nie zasypiające oko cenzora, jednak nie zrozumiałem, co groźnego było w tym, co mi wówczas pokazano i nie zapamiętałem, co to było, i nie wiem, co to było, do dziś.

Pozostało mi tylko wspomnienie żarliwego oburzenia, wymieszanego z wątłym, zagubionym niedowierzaniem. W swej niewinności – lub może raczej: głupocie – byłem przeświadczony, że czasy barbarzyństwa już minęły. A książka jest dobrem nietykalnym. Cenzura? Tak, była. Zakaz publikacji, dobrze, wiedziałem, że jak topór wisi nad pisarzami. Ale książka? Cały nakład na stracenie? Nie, książka w moim wyobrażeniu pozostawała fetyszem. W pewnym sensie przypominałem postać z powieści Eliasa Canettiego. Tyle, że za grosz nie było we mnie sinologicznej wyjątkowości, no i tytuł profesorski jak pozostawał, tak do dziś pozostaje poza zasięgiem moich nawet pijanych wyobrażeń.

Może takie rzeczy zdarzały się i wciąż się zdarzają, by przypominać, że jednak od książek zawsze ważniejsi są ludzie.
Może należałoby jednak, zawołać za Tulim Kupferbergiem: Książki nie są święte!
Nie są? Może nie są, chociaż tych książek, o których mówi się (myśli się, uważa się), że święte jednak są, niszczyć, bezcześcić, palić ani ostentacyjnie znieważać w sposób dowolny – nie można. Czyn taki nie uchodzi na sucho, czy się jest amerykańskim pastorem, czy celebrytką estrady polskiej. Nie ma co więc udawać, że książka jest tym samym co krzesło i filiżanka. Mówiąc „książka”, jednak mówimy o idei. Chociaż jest tylko produktem, jest przedmiotem zrobionym w sposób mechaniczny, jak wszystkie inne przedmioty – w jakimś sensie przypomina lampę Alladyna. W środku jest zamknięty dżin.
Palenie książek, to nie palenie krzeseł.
Można wszak uznać, że krzeseł nie, ale ludzi – już tak.
A idee – co niegdyś brzmiały pięknie, a dziś już zaczynają być ważniejsze od człowieka…

[Napisane kiedyś. I nie skończone.]

 

Dariusz Bitner

 

O autorze:

Dariusz Bitner, rocznik 1954, gdynianin z urodzenia, szczecinianin przez zasiedzenie. Chciał być pisarzem od szóstego roku życia, do pięćdziesiątego piątego. Potem chciał przestać, ale się nie udało – pisze dalej. Udało mu się napisać dwie dziesiątki książek, z których wymienić można kilka najważniejszych w oczach autora, a więc: „Ptak” (1981), bo to pierwsza powieść, chociaż mikro; „Cyt” (1982), powieść rozwinięta w trylogię wydaną pod tytułem „Pst” (1997), bo w gruncie rzeczy to coś więcej niż powieść; „Kfazimodo (1989), bo jest to pierwsza i ostatnia powieść popularna; „Opowieści Chrystoma” (1992), bo to baśń, adresowana wcale nie do dzieci; „Trzy razy” (1995), bo to dość szalony tryptyk prozatorski, „Bulgulula” (1996), bo to bardzo szalone opowiadania; „Mna” (2000), bo to trzeci z tomów esejów o pisaniu, ujętych w cykl „Chcę, żądam, rozkazuję”; „Psie dni” (2001), bo to niedocenione, a dobre opowiadania; „Mała pornografia” (2005), bo to mała pornografia; „Książka” (2006), bo to zrealizowana, chociaż dyskusyjna, utopia o książce totalnej; „Jesień w Szczecinie” (2011), bo to eseje, ale i jednocześnie powieść, Bóg wie zresztą – co to. Pracował kiedyś jako dziennikarz, zajmował się reklamą, a także składem książek i adiustacją tekstów. W swoim wydawnictwie Basil wydał książkę autorstwa Henryka Berezy pt. „Epistoły”, poza tym powołał do życia i przez 9 miesięcy wydawał rozprowadzane bezpłatnie pismo „BABORAK. Kultura Szczecińska”. Otrzymał kilka nagród literackich, z których najważniejsza to Nagroda im. Edwarda Stachury za dzieło nieistniejące, za maszynopis książki „Sam w śmietniku słów”. Wspomina o tym wyłącznie na okoliczność tego tytułu, bowiem dziś wszystkie te nagrody nie mają już dla niego znaczenia. Ale są miłym wspomnieniem. Właściwie wszystko staje się powoli wspomnieniem.

 

Subskrybcja
Powiadomienie
0 Komentarze
Najstarsze
Najnowsze Popularne
Inline Feedbacks
View all comments