Zobacz

Marek Baterowicz – LATAJĄCE RYBY

Wiosna w Perlandii była tego roku kapryśna i zimna. Maj, zwykle ciepły i zdradliwy, miesiąc zakochanych, nie tylko siąpił przelotnymi deszczami, ale przysypał nawet śniegiem tradycyjne pochody ku czci bóstwa Guapu. Deszcze rozpadały się potem na dobre, a większość rzek wystąpiła z brzegów, zatapiając pola i osady. Wszystko to nie wróżyło pomyślnych siewów i zbiorów tego lata, a kraj od dawna borykał się z rozmaitymi kłopotami i nie szczycił się dostatkiem plonów. Z pewnością klimat Perlandii był u źródła wszystkich nieszczęść, jakie spadały na głowy jej mieszkańców.

Dwaj przyjaciele, Glon i Wilg, szli właśnie najbardziej okazałym mostem stolicy, narzekając na fatalną pogodę, gdy spotkali tego dziwnego człowieka pochylonego nad rybą, leżącą na jezdni. Brał ją ostrożnie za skrzydła i ciągnął w stronę chodnika. Wzruszył ich ten dowód troski o martwe już stworzenie, zatrzymali się więc przy nim.
– Dobry człowieku, to zdarza się często! Latające ryby wpadają czasem na most, a kiedy zderzą się z ciężarówką, już po nich! – wyjaśnili nieznajomemu. Ten popatrzył na nich bladoniebieskimi oczyma, które miały niemal barwę akwamaryny.
– Ach, tak? Nie wiedziałem – odparł cicho – przyjechałem z daleka…W moim kraju nie było latających ryb…- dodał prostolinijnie.
– Ooo…- zdziwili się obaj – to pan nietutejszy ? A skądże to wiatry przywiały ?
– A z daleka…Jak już powiedziałem, nie tylko z innego kraju, ale i innego kontynentu!
Może panowie zgadną ?
Glon i Wilg spojrzeli po sobie niepewnie – zgadywać czy nie ? Nie byli mocni w geografii jak większość Perlandczyków uważających ich ogromny kraj za pępek świata.
– Aaa …Poddajemy się z góry! Nie lubimy zgadywanek…
– No dobrze, pochodzę z Kurlandii…
– No popatrz – zażartował Glon – powiedziałbyś, że facet jest z Kurlandii ?
– Nie, skądże! A gdzie to jest ? Tam chyba mają skośne oczy ?
– O, nie! Coś się panom pomyliło, nie w naszym kraju!
– Mój przyjaciel Glon lubi żarty…- rozładował sytuację Wilg.
– Aha, rozumiem…-rzekł nieznajomy i położył rybę na chodniku – nazywam się Bert. A ślepy lot tej ryby przypomina mi mój własny…
– Fajnie, Bert, zostaw ją tam. Na pewno się nie zmarnuje. Znajdzie ją jakiś włóczęga i usmaży sobie pod mostem…Podobno są smaczne…
– A bezrobotnych coraz więcej! – dorzucił Glon.
I poszli dalej w kierunku północnej strony miasta. Bert szedł trochę wolniej, w tyle za nimi. Chodnik był zresztą wąski, najwyżej dla dwóch osób idących obok siebie. Nad szeroką jezdnią unosiły się stalowe zworniki mostu. Dzień był wietrzysty, co nie sprzyjało rozmowie. Kiedy przeszli na drugą stronę, Bert ujrzał na brzegu ogniska. To bezdomni smażyli ryby. Bert nie mógł pojąć dlaczego w tym wielkim kraju, obfitującym w tyle bogactw naturalnych, spotyka się ludzi bez pracy i bez dachu nad głową. Spytał o to swych nowych przyjaciół.
– To dlatego, że wielu woli łowić ryby albo po prostu zbierać te latające…- objaśnił Wilg.
– A na łowienie ryb nie trzeba zezwolenia ? – zapytał Bert.
– Zezwolenia? Skądże, Perlandia jest krajem doskonałej wolności!
– I ojczyzną pereł! – dodał Glon – iluż to ludzi zajmuje się tylko szukaniem pereł! I jakoś żyją z tego…Sprzedają je potem różnym kompaniom, co prawda nie płacą one najlepiej, ale poszukiwacze jakoś sobie radzą…
– Zapomniałeś – wtrącił Wilg – że ostatnio się postawili i założyli związek zawodowy, który broni ich interesów.
– Fakt, teraz poszukiwacze pereł dyktują ceny! Masz rację…
Po paru krokach odezwał się Bert:
– Była opera pod tytułem „Poławiacze pereł”…Widziałem ja jeszcze w Kurlandii…
– To wy też macie swoją operę ? – zaśmiał się Glon.
– Myślę, że jest ona nawet ciut starsza od waszej!
– Coś takiego! – westchnął Glon – nigdy bym nie przypuszczał…A zresztą opera to dzisiaj przeżytek…W trzecim tysiącleciu zastąpimy ją innymi formami rozrywki! Mnie do opery nie zapędzą ani kijem od golfa!
Bert słuchał tych słów ze zdumieniem w oczach. Zauważył to Wilg i wtrącił pojednawczo:
– Nie słuchaj go, to kawalarz! Do opery to on pójdzie jak go zaproszą…Bo sam to nie ma na bilet!
Bert odetchnął i nawet zaśmiał się głośno. Dotarli już do centrum miasta. Zaczął padać drobny deszcz, otworzyli parasole. Na jednym z rogów ulic błyszczał kolorowy szyld piwiarni. Weszli do środka, zamówili trzy kufle i usiedli przy oknie. Piwo było lodowate i Bert wzdrygnął się przy pierwszym łyku. Pił więc powoli, ogrzewał płyn w ustach i – ze zdziwieniem – patrzył jak Glon i Wilg opróżniają swoje kufle. Bert odzywał się rzadko, krępował go własny akcent w obcym dlań języku. Słuchał utyskiwań Glona, który miał jakieś pretensje do Wilga. Obaj mówili szybko i Bert nie mógł wyłowić sensu ze zdań jakby posiekanych slangiem. Zbyt krótko żył w Perlandii, by zrozumieć potoczną rozmowę autochtonów. Samogłoski wirowały mu w uszach niczym jasne bąbelki piwa, a spółgłoski lepiły się wzajemnie w mętne zawiesiny sciemniając znaczenie wyrazów, które krążyły w powietrzu jak mydlane bańki – przezroczyste i puste w środku, pozbawione rdzenia. Rozwiewały się w dodatku prawie natychmiast, a na ich miejsce wdzierały się nowe dźwięki pomnażając iloczyn bezsensu. Bert potrafił nawiązać kontakt w tym języku, gdy rozmawiano powoli używając podstawowych zwrotów. Gubił się jednak w strumieniu zbitych fonemów, tutejszych skrótów i idiomów. Siedział jak na tureckim kazaniu, a zimne piwo nie skłaniało go do euforii.
Bert przypomniał sobie jezioro w porzuconej ojczyźnie, wśród pól i lasów. Jeździli tam latem z Mariką, na rowerach. Kąpali się w chłodnej wodzie tak jak ich Bóg stworzył, a potem suszyli w rozgrzanych od słońca łanach żyta, To były najszczęśliwsze dni w życiu Berta. Niestety nic nie trwa wiecznie. Kiedyś – gdy zbyt długo leżeli w zbożu – skradziono im rowery. Wracali pieszo. Potem pokłócili się, Marika nie chciała opuszczać kraju. Była przeciwna emigracji, choć narzekała na swój los. A może miała rację ? – pomyślał Bert – może wystarczyło wybrać tylko emigrację wewnętrzną ? Czy teraz jest szczęśliwy, choć osiągnął stan absolutnej wolności ? Czy wolność jednak bywa naprawdę absolutna ? I czy wolność bez Mariki jest szczęściem ?
– Hej! – przerwał mu rozmyślania Glon – co ty bracie siedzisz taki osowiały? Coś nie gra? Mówmy sobie po imieniu!
– Odwal się…- mruknął Bert i dodał głośniej – okropny hałas w tej piwiarni!
– Widzicie go? Ale delikacik…Bolą cię uszy? To idź do lekarza…
– Glon studiował medycynę – wtrącił Wilg – ale nie skończył. U niego lepiej się nie badaj!
– Jasne! – odparował Bert – widzę, że częściej bywa w piwiarniach!
Glon skrzywił się i zapalił papierosa.
– A ty, bracie, nie pijesz ? Nie smakuje ?
– Zimne. W moim kraju o tej porze roku pijemy grzane piwo! I z cukrem, a czasem z koglem moglem. To jest coś!
– Aha, to mamy ci podgrzać z tym tam jakimś koglem ? A może masz chore gardło ? Ty faktycznie musisz pójść do lekarza…
Bert uznał, że czas skorzystać z tej rady i opuścić niemiłe towarzystwo.
– Rzeczywiście, mam wizytę za pół godziny i za chwilę was pożegnam…
– Jaka szkoda! – odezwał się Wilg – tyle chciałoby się jeszcze pogadać…Nie spotkałem dotąd faceta z Kurlandii! Może kiedyś ?
– Z pewnością, okazji nie zabraknie, a spotkamy się znowu na moście! Miło było poznać…Do zobaczenia!
Bert wyszedł zostawiając niedopite piwo. Otworzył parasol, mżyło. Ruszył przed siebie, zadowolony, że nie siedzi już w oparach chmielu i nikotyny. Ulicą szedł jakiś włóczęga z całą siatką latających ryb. On też wydawał się szczęśliwy, choć mijali go wypasieni urzędnicy, paradujący w garniturach i w białych koszulach.
– Bezdomni albo poławiacze pereł! – pomyślał Bert – ci dopiero łowią perły na intratnych posadach! I szedł dalej w stronę podziemnej kolejki. W padającym deszczu powrót pieszo przez most byłby pomysłem straceńca.
– Poławiacze pereł! – i nagle przypomniał sobie, że opera Bizeta kończy się zagładą całego narodu. W płonącej puszczy giną wszyscy, nie wyłączając pary kochanków – tak wielki był gniew boga Brahmy. A jak skończy się historia tego lądu ? – zastanawiał się Bert – może podobnym kataklizmem ? Osiedli tu ludzie wyznają tylu różnych bogów, że suma ich gniewu przerosłaby najśmielsze rachuby. A jednak możemy spać spokojnie…- zdecydował – bogowie się nie śpieszą, a przy tym i oni pozostają w odwiecznych konfliktach. Trudno im będzie zdobyć się na wspólna krucjatę przeciwko ludziom…Nie, ze strony bogów nic nam nie grozi, cios raczej przyjdzie od nas samych. Tak, możemy spać spokojnie i smażyć te latające ryby!

Marek Baterowicz 

 

O autorze:

M Baterowicz

Marek Baterowicz ( ur. 4 marca 1944 r. w Krakowie ) – debiutował jako poeta na łamach „Tygodnika Powszechnego” i „Studenta” w roku 1971. W kraju wydał trzy zbiory wierszy: „Wersety do świtu” ( W-wa, Iskry, 1976) – tytuł był aluzją do panującej w PRL-u nocy, „Od zieleni do rdzy” ( Kraków, WL 1979) oraz tomik powielony poza cenzurą – „Łamiąc gałęzie ciszy” ( 1981). W Paryżu opublikował tomik wierszy pisanych w języku francuskim – „Fée et fourmis” ( Ed.Saint-Germain-des-Prés, 1977). W roku 1977 wychodzi też jego powieść „futurystyczna” – „Rękopis z Amalfi” ( Kraków,WL) będąca groteskową kroniką wydarzeń po trzeciej wojnie światowej. Jej przekład  ukazał się w Australii w r.1991,a w roku 2000 we Włoszech.

Ukończył romanistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim ( 1971) broniąc magisterium z twórczości Lautréamont’a ( u prof.Marii Strzałkowej), a fragment tej pracy opublikowano w „Kwartalniku Neofilologicznym”. W Sydney uzyskał stopień doktora na Uniwersytecie NSW ( w r.1998) tezą „Les apports espagnols chez les poètes français aux XVIe et XVIIe siècles”, rozdziały tej pracy ukazały się we Francji, Australii, Nowej Zelandii i Nowej Gwinei.

   W r.1996 wydał w Sydney antymarksistowski esej „Widmo”, napisany jeszcze w Krakowie i przemycony na Zachód w r.1985.

   W kraju opublikował  wiele antologii poezji krajów romańskich ( Vicente Aleixandre, Umberto Saba, Egito Goncalves), latynoamerykańskich ( Jorge Carrera Andrade, Eliseo Diego) czy poetów Québec’u,  a również zbiór opowiadań René de Obaldia.

  W roku 1983 zdążył wydać jeszcze swoje opowiadania „Pułapka pod księżycem” ( Kraków, WL), ale kiedy w tym samym roku komunistyczny reżim rozwiązał Związek Literatów Polskich, dawne myśli o emigracji doszły znowu do głosu. Od maja 1985 ( po czterech latach starań o paszport) Marek Baterowicz przebywa na Zachodzie ( Włochy, Francja, Hiszpania), a od sierpnia 1987 w Australii. Został członkiem Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie, a od 2000 r. Stowarzyszenia Pisarzy Polskich w kraju. W Sydney wydał tomik „Serce i pięść” ( PCA, 1987) obejmujący wiersze dawne odrzucane przez cenzurę, wiersze ze stanu wojennego oraz pisane już na emigracji. Następne tomiki wydane w Australii to kolejno: „Dama z jamnikiem” (Sydney,Akapit 1989), wybór wierszy „Z tamtej strony drzewa” ( Melbourne, Puma 1992), „Miejsce w atlasie” ( Sydney, Wild&Wooley,1996), „Cień i cierń” ( Sydney, Vide 2003), „Pan Retro” ( Sydney, 2004)  oraz „Na smyczy słońca” ( Sydney, Vide 2008).

  W roku 1985 kilkanaście jego wierszy przełożono na angielski w USA, wyszły drukiem w „Mid-American Review”. Blisko sto wierszy w tłumaczeniu angielskim czeka na wydanie. We Włoszech ukazał się wybór jego wierszy  „Canti del pianeta” ( Roma, Empiria, 2010) w przekładzie Paolo Statutiego.

   W roku 1992 wydał w Sydney powieść o stanie wojennym – „Ziarno wschodzi w ranie”. W przygotowaniu zbiór opowiadań z Polski, Hiszpanii oraz Australii.

   W r.2003 otrzymał za poezję nagrodę  Białego Pióra, a w r.2012 był laureatem nagrody Stowarzyszenia Pisarzy Polskich za Granicą za całokształt twórczości (vide „Ekspresje”, Londyn, t.III 2012, laudacja prof. Wojciecha Ligęzy).

   W kraju publikował  m.i. w „Tygodniku Powszechnym”. „Znaku”, sporadycznie w „Przekroju”,”Życiu Literackim” ( tylko w 1980/81) a po wyjeździe w „Arce”, potem w „Arcanach”, „Kresach” ,„Twórczości”czy „Frazie”, a w r.1992 zerwał z „Tygodnikiem Powszechnym” na znak protestu przeciwko poparciu przez to pismo grubej kreski ( list o tym ogłoszony był w „Arce”). Publikował też artykuły w periodykach uniwersyteckich jak „Romanica Cracoviensia”, Studia iberystyczne” ( UJ), „Estudios Hispanicos” ( U.Wrocławski ) czy „Literaria Copernicana” ( U.Toruński).

   W roku 2014 w Toronto ( Kanada) wydano zbiorek jego wierszy „Status quo”, poświęcony głównie ofiarom „katastrofy” smoleńskiej.

   We Francji ukazał się  zbiór opowiadań – „Jeu de masques” ( Nantes, 2014).

   Swoje felietony publikuje na naszych blogach.pl, na Solidarnych 2010, na Marszu Polonii i na Pulsie Polonii, a także w wielu pismach polonijnych w Australii, USA, Kanadzie, w tym katolickich ( „Przegląd Katolicki”, Sydney i „Mi-cha-el CSMA”, roczniku michaelitów na Nowej Gwinei.

Podaj dalej!
Share on Pinterest
Share with your friends








Submit

Biuletyn – bezpłatna prenumerata

PAPIERY FOTOGRAFICZNE