Dariusz Bitner – Rip

Oto, pomyślałem, niezwykłe wydarzenie – spadł śnieg w samym środku lata. To wyjaśniało, dlaczego zmarzłem w nocy.

Nic mnie już nie zdziwi. A skoro tak, to zgasł we mnie twórczy duch, który wszak karmi się i poi zdziwieniem. Przede wszystkim zdziwieniem. Czasem tylko zachwytem ulotnym, czasem pospolitym gniewem.

Oto, pomyślałem, jesteś świadkiem jednego z tych niezwykłych wydarzeń, w jakie obfituje rok 2034. Zdumiało mnie, że pomyślałem o sobie w drugiej osobie, pierwszy raz w życiu. Jesteś, stoisz i patrzysz, zupełnie, jakbym oddzielił się od siebie, dokumentnie, bardzo wyraźnie.

Można by pomyśleć, że wydarzyło się już wszystko, co tylko mogło się wydarzyć – wielka zawierucha ekonomiczna w Europie, rozpad Stanów Zjednoczonych na nieprzyjazne sobie republiki, żółty mór, czyli zaraza, która dała się we znaki krajom uprzemysłowionym, chińska okupacja Afryki, a tu śnieg w sierpniu. Apokalipsa w zarodku. Można też pomyśleć, że i w moim życiu wydarzyło się już wszystko, a tu… „jesteś świadkiem” – nie ja jestem, ale ty. Czyli „ja”. Zdecydowanie przestałem być sobą. Byłem i nie byłem jednocześnie, w dwoistości, w podwójności. Więc być może, w rzeczywistości, nie było mnie już po prostu.

Powiedzmy, że tak stałem, nieco zadziwiony. Nieco jednak obojętny. Nadszedł ten czas, kiedy nic albo, ostrożnie mówiąc, niewiele łączyło mnie ze światem zewnętrznym. Żadna nowina.

Oto zatem (wchodzę, nie wiem dlaczego, w narrację trzecioosobową) niezwykłe wydarzenie, jakiego dożył. Nieoczekiwane. To wyjaśniło, dlaczego zmarzł w nocy. Nie wystarczyła cienka, zużyta kołdra, właściwie pled. Po ciemku odnalazł przewieszony przez oparcie krzesła szlafrok i położył go na wierzchu, jako dodatkowe okrycie. Troszkę pomogło, chociaż drżał do rana. Nic jednak nie wyjaśniało, dlaczego śnieg pokrył ulice. Grubą warstwą. Patrzył przez okno z kuchni, biała zaspa leżała na parapecie, napierała o okienną szybę.

Patrzyłem przez okno z kuchni, biała zaspa leżała na parapecie, śnieg pokrył ulice grubą warstwą. Dlatego zmarzłem w nocy. Położyłem dodatkowo na kołdrze szlafrok ale niewiele pomógł. Drżałem do rana. Dziwnie jasno w tej kuchni.

Niezwykłość wydarzenia przypomniała mi opowieść o niejakim Rip Van Winkle, chociaż bardzo możliwe, że w odróżnieniu od niego, spałem tylko pół roku. Zasnąłem latem, obudziłem się w zimie, w dodatku takiej, jak za czasów młodości. Zim przecież od lat nie było, tylko przewlekła jesień, parująca ze studzienek kanalizacyjnych. Z drugiej strony – nie wiadomo. Równie dobrze mogłem, tak jak bohater opowiadania Irvinga, spać dwadzieścia lat, a nadto dodatkowe sześć miesięcy. Dopuszczałem, w tym nieprawdopodobieństwie, taką możliwość.

Od kilkudziesięciu lat zanurzony byłem w uciążliwym śnie, którego nie chciałem przerwać. Sny, nawet najgorsze, są dobrym usprawiedliwieniem przed życiem. Więc patrzyłem na ten zimowy krajobraz przez kuchenne okno bez zdziwienia, jak na trwający wciąż ten sam sen.

Ostatnie lata obfitowały w wydarzenia szczególne, ludzie popadali w zbiorowe ekstazy, krążyły niepokojące wieści o nadchodzącym końcu świata, niektórzy twierdzili, że zaraza wkrótce powróci ze zdwojoną siłą, spadnie na kraj i wygubi rodzaj ludzki. Docierało do mnie to i owo, chociaż starannie unikałem wszelkich wiadomości. Nie potrzebowałem ich, nie miałem z nimi co zrobić. Zewnętrzność mnie już nie dotyczyła. Dla własnego spokoju, lub raczej dla kaprysu, chciałem jednak wyjaśnić, czy to zima przeskoczyła w czasie, czy mój sen trwał nieobyczajnie długo.

Pamiętam wszystko, pamiętam dokładnie i wyraźnie, jakby to było dziś, jakby to było wczoraj. Wspomnienia skoczyły na mnie ze wszystkich stron. Ochoczo.

Zrobił herbatę z ostatnich listków i pyłu zalegającego na dnie blaszanej puszki. Przez chwilę patrzył na biegnącą po lewej stronie, prostopadle do okna, białą ulicę. Pamiętał, że kiedyś była to ulica Bohaterów Warszawy. Nieliczne samochody co i rusz wpadały w poślizg, ludzie szli pochyleni, ubrani w kurtki i swetry, okutani w chusty, z szalami na szyjach i głowach. Też chyba pogoda ich zaskoczyła.

Zjadł dwa kawałki wyschniętego chleba, twardego jak kamień. W gorącej herbacie zmiękł jednak i można go było przeżuć rozchybotanymi zębami i połknąć, bez zbędnego smakowania, z prostego rozsądku. Jak od lat.

Pamiętam więc, jakby to było dziś, jakby dziś, jakby. A przecież pamięć zwodzi mnie od dawna, płata figle od młodzieńczych lat, tymczasem – pamiętam przebudzenie. Jestem w przebudzeniu, otulony wyszmudranym szlafrokiem, drżę przed matową od brudu okienną szybą. Spływa na mnie chmura pamięci, gęste nici wspomnień owijają się dookoła głowy łapczywie, delikatne włóczki srebrzyste, jednocześnie miękkie i chropowate, kolczaste.

Czy to już szaleństwo, Eligiuszu? Czy wręcz przeciwnie – jestem już poza wszelkim możliwym ekscesem.

Śnię?

Zapewne.

Śnię?

Bynajmniej.

(…)

 

Dariusz Bitner

 

O autorze:

Dariusz Bitner, rocznik 1954, gdynianin z urodzenia, szczecinianin przez zasiedzenie. Chciał być pisarzem od szóstego roku życia, do pięćdziesiątego piątego. Potem chciał przestać, ale się nie udało – pisze dalej. Udało mu się napisać dwie dziesiątki książek, z których wymienić można kilka najważniejszych w oczach autora, a więc: „Ptak” (1981), bo to pierwsza powieść, chociaż mikro; „Cyt” (1982), powieść rozwinięta w trylogię wydaną pod tytułem „Pst” (1997), bo w gruncie rzeczy to coś więcej niż powieść; „Kfazimodo (1989), bo jest to pierwsza i ostatnia powieść popularna; „Opowieści Chrystoma” (1992), bo to baśń, adresowana wcale nie do dzieci; „Trzy razy” (1995), bo to dość szalony tryptyk prozatorski, „Bulgulula” (1996), bo to bardzo szalone opowiadania; „Mna” (2000), bo to trzeci z tomów esejów o pisaniu, ujętych w cykl „Chcę, żądam, rozkazuję”; „Psie dni” (2001), bo to niedocenione, a dobre opowiadania; „Mała pornografia” (2005), bo to mała pornografia; „Książka” (2006), bo to zrealizowana, chociaż dyskusyjna, utopia o książce totalnej; „Jesień w Szczecinie” (2011), bo to eseje, ale i jednocześnie powieść, Bóg wie zresztą – co to. Pracował kiedyś jako dziennikarz, zajmował się reklamą, a także składem książek i adiustacją tekstów. W swoim wydawnictwie Basil wydał książkę autorstwa Henryka Berezy pt. „Epistoły”, poza tym powołał do życia i przez 9 miesięcy wydawał rozprowadzane bezpłatnie pismo „BABORAK. Kultura Szczecińska”. Otrzymał kilka nagród literackich, z których najważniejsza to Nagroda im. Edwarda Stachury za dzieło nieistniejące, za maszynopis książki „Sam w śmietniku słów”. Wspomina o tym wyłącznie na okoliczność tego tytułu, bowiem dziś wszystkie te nagrody nie mają już dla niego znaczenia. Ale są miłym wspomnieniem. Właściwie wszystko staje się powoli wspomnieniem.

 

(początkowy fragment z najnowszej powieści, Szczecin 2019)

 

close

1 Comment

  1. Bitner w życiowej formie. Bardzo wysoki poziom. Proszę o więcej.

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*