Sabina Wawerla-Długosz – Biznes is biznes

Każdy z nas robi zakupy. Spożywcze, bo coś trzeba jeść, tekstylne, bo coś trzeba ubrać, ale są i tacy dla których zakupy stanowią formę relaksu i przyjemności. Weźmy za przykład taką- konieczność. Porzebujecie piżamy, wchodzicie do sklepu i po kilku sekundach jesteście pytani:

– W czym mogę pomóc?

Mówicie o co wam chodzi, wybieracie piżamę i zmierzacie do kasy, jednak za plecami czujecie mocny podmuch powietrza, to pędzący do was sprzedawca z krzykliwym głosem:

-A może jeszcze dresik? Mamy ładne nowe welurowe z lamówkami, w różnych kolorach, no mówię pani hit!

Odpowiadacie-Nie, dziękuję.

Głos was ignoruje, biegnąc w kierunku lady wkłada do torby, gdzie jest już piżama, dres.

– Majteczki 100% bawełna. Macha przed waszym nosem majtakami, jakby to były ciepłe jeszcze pączki, które warto powąchać. Poirytowani odpowiadacie.

-Nie, dziękuję. Głos nie ustępuje  i sięga po kolejny produkt.

-To są skarpetki, z włókna bambusowego, bezszwowe, oddychające (i na jednym wdechu ciągnie dalej), biustonosze też mamy z fiszbinami i bez, z piękną koronką, przywiezione prosto z Włoch, klientki są zachwycone, nie musi pani mierzyć, widzę, że miseczka B, pewnie 70 pod biustem (pcha biustonosz do torby), jak nie będzie rozmiar odpowiedni, przyjdzie pani, wymienimy, nie ma sprawy, o widzi pani i teraz te majteczki, co proponowałam będą pasowały idealnie.

Otwieram szeroko oczy ze zdumienia. Kiedy to wszystko mam już spakowane do torby głos leci jeszcze na tył sklepu i wlecze za sobą szlafrok.

-Zapomniałabym, przecież do tej błękitnej piżamki mam szlafrok, z najnowszej kolekcji, wersja sportowa, z kapucą, schodzą u nas na pniu, nigdzie indziej pani takich nie znajdzie (Chyba, że w sklepie za rogiem- cicho myślę) będzie pani zachwycona!” -Chichocze i wkłada kolejną rzecz do eko torby.

Spotkała Was podobna sytuacja? Nachalny sprzedawca, który obskakuje  niczym pies chcąc sobie zrobić dobrze. Machacie nogą, przepędzacie ręką, o on nieustępliwy, naciera ze zdwojoną siłą, napalony wizją pochwały szefa. Klasyka, prawda? Jeśli jesteście asertywni, przepędzacie do skutku, wychodzicie z piżamą i kodujecie w głowie: „Tego sklepu już nie odwiedzać”. A jak to wygląda „od kuchni”? Nie uwierzycie, doświadczyłam i teraz mogę się z Wami podzielić trudną, jednakże bardzo pouczającą historią.

Czasy mamy niełatwe, to wiemy. Wielu artstów, działaczy kulturalnych musiało się przebranżowić, wśród nich znalazłam się również ja. Pełna optymizmu stałam się sprzedawcą artykułów bieliźnianych.

W udziale przypadła mi scheda po pani, która była pracownicą ze stażem lat 10 i w wieku emerytalnym. Po pomyślnym przejściu  „procesu rekrutacji” i dodatkowym wzmocnieniu: „Taka pełna uśmiechu, energii, radości życia”. Poczułam to! Będę bieliźnianym guru! John Lennon miał swego Maharishiego, ja miałam swoją osobistą nauczycielkę fachu i jak się później okazało również życia- Panią B.

Te koronki, satyna, delikatne wykończenia, prześwity, dotyk aksamitu. Bez dwóch zdań. To moja przyszłość! Wchodzę w to! Początki były pełne przyjaznych gestów: takich jak: klepanie po plecach, przybijanie „piąteczki”, spożywanie drożdżówek i pizzy, w celu ogólnego wzmocnienia. Zdarzały się momenty, że Pani B. stawała przede mną, łzy ciekły po jej alabastrowej twarzy i rzucając mi się w ramiona, mówiła: ”Sabina tak się cieszę, że cię mam, jestem z twojej pracy taka zadowolna, rozkręcimy firmę! I pieczętowała słowa przyciskając  mnie do swej piersi, niczym rozbrykana suka gumowego kurczaka. Przyznaję już wtedy włączyła mi się lampka ostrzegawcza. Jednak wiecie jak to jest, nowa praca, człowiek się cieszy, myśli o pozytywach. Z czasem usyszałam, że jestem świetnym sprzedawcą, że warto zacieśnić więzy i powinniśmy teraz stanowić drużynę, a nawet więcej- „rodzinę!” Przeszedł mnie dreszcz, jednak byłam tak nastawiona na działanie, że i to zignorowałam.

-Skoro „rodzina”,  to możemy się czasem odwieźć do domu, porozmawiać o tym, co nas boli, o życiu prywatnym- mówiła Pani B. Przecież komu jak nie „rodzinie” możesz się zwierzyć. Jesteś tak dobra i inteligentna, że z czasem zostaniesz kierownikiem sklepu, będziesz robiła zamówienia, cała ekonomiczna strona spadnie na twoją głowę, telefony, dostawcy, paczki, wycena, ewentualne zwroty. A nawet, bo jeszcze nie mamy, strona na fb, sklep internetowy, będziemy kręcić „lajfy” i kąpać w szampanie jak Zenek- kojarzysz? Nie? To nie szkodzi, w każdym razie, wszyscy zrobimy sobie dobrze. Łapiesz ?

-Jasne, że łapię…tylko zamiast Zenka wolałabym…

-No, to fajnie, że się rozumiemy!

Mijał dzień za dniem. Lubię pracę z ludźmi, tak więc rozmowy z klientami zbliżały nas, a wtedy sprzedaż była czymś więcej niż tylko „obsługą”. Niektórzt kojarzyli mnie jeszcze z teatru, co było miłe i prowadziło na chwilę w inny przedpandemiczny czas. Miałam swoją  stałą  klientelę, zaglądali by kupić i porozmawiać. Czasem otwierały się drzwi i słyszałam od progu: „Dziękuję! Super, jestem zadowolony/zadowolona”.

Takie spontaniczne, radosne okrzyki upewniały mnie, że dobrze wykonuję swoją robotę. Jednak jak to w bajkach i życiu bywa, musi pojawić się negatywny bohater. W mojej opowieści jest nim, moja „mentorka i guru”- Pani B. Waścicielka trzech sklepów odzieżowych,  trzęsąca od 30 lat wraz  z mężem- Panem J. lokalnym biznesem. Ludzie, którzy niczego i nikogo się nie boją. Znają prawie wszystkich mieszkańców Piotrowic (tam właśnie, w dzielnicy Katowic toczy się moja historia) i chętnie mówią o tych, którzy im „podpadli” ( ku przestrodze oczywiście). Na handlu „zjedli zęby” i poświęcili się mu bez reszty, gdzie brak rodziców w domu i osamotnienie dzieci, to jak usłyszałam „Koszt, który trzeba zapłacić by osiągnąć sukces”.

Z początku zaczęło się „niewinnie”, delikatne podszturchiwanie, pytania: „Jak tam sprzedaż? Besztanie: „Oj, coś kiepsko, ludzi nie ma?”.

Faktycznie, były dni,że weszły dwie osoby i jeszcze zaglądały do portfela i płakały, że na chleb nie mają, a potrzebują piżamę do szpitala, bo zabieg czeka i co mają zrobić? Pocieszałam, współczułam, mówiłam, że niestety takie ceny…

Nieco później doszły jak to nazwałam- „naloty”. Pani B. wpadała i pytała: „Jak tam dzisiaj u ciebie? Co tak kiepsko, musisz się bardziej starać, może ty się po prostu do tego nie nadajesz, to nie dla ciebie”.

Przekaz był jasny: „łap każdą wchodząca osobę,  musi wyjść co najmniej z kilkoma rzeczami i pamiętaj, wciskaj ile się da!”. Gwoli ścisłości, Pani B. po drugiej stronie ulicy, gdzie pracowałam, ma drugi sklep, z płaszczami, kurtkami, sukienkami itd…a trzeci  w kolejnej dzielnicy Katowic. Dostałam wytyczne, które miały odmienić mój samotny żywot w królestwie bielizny, a brzmiały one tak: „W ramach integracji mam przychodzić do sklepu po drugiej stronie ulicy na ploteczki. Zdawać relację, jakiego to najśmieszniejszego klienta miałam, czy jakiejś babci udało mi się wcisnąć sporo towaru, bo przecież one to mają dopiero emerytury, takie to najlepszy kąsek! A co najważniejsze, mam pamiętać, że przecież jesteśmy „rodziną”! „.

Czułam jak uchodzi ze mnie powietrze…

Pamiętacie panią w wieku emerytalnym na której miejsce przyszłam? Wspomnianą panią pozałam, a i owszem, kiedy przyszła do sklepu roztrzęsiona, mówiąc łamiącym głosem:

-Brała pani udział w tym spisku, tak? Jak można w ten sposób potraktować człowieka. Patrzę na panią emerytalną, rozdziawiona ze zdumienia zastygam na chwilę, po czym mówię

-Ale o co chodzi…nie bardzo rozumiem, jakim spisku

-Jakim spisku?- powtarza za mną- a takim, że ja poszłam na urlop, wracam po 2 tygodniach, a tu słyszę, że nie pracuję już! I pani tu jest, siedzi na moim miejscu, gdzie ja….- łzy napływają jej do oczu, jednak dzielnie je powstrzymuje i mówi:

-Jeszcze pani zobaczy jaka ona jest, jak potrafi człowieka traktować!- W tym czasie zbiera swoje rzeczy spod biurka mówiąc to  do mnie, to do siebie- Jeszcze się pani przekona, tak mnie potraktować, po tylu latach…wyrzucić jak psa, kim trzeba być, żeby takie rzeczy robić? Tak bez uprzedzenia…!-Znów widzę jak  walczy ze słonym kroplami.

Nie wierzę w realność tej sytuacji, udzieliły mi się emocje emerytowanej, jestem w jakimś pieprzonym „Matrixie” i zaraz wejdzie „Wyrocznia”. Chcąc uspokoić, zwracam się łagodnie:

-Najmocniej panią przepraszam, jednak nie wiedziałam, że tak to się odbyło, zobaczyłam ogłoszenie przyszłam i tak zostałam.

Emerytowana patrzy na mnie nieufnie, chociaż chyba dostrzega moje zaskoczenie i zmieszanie.

Otwiera drzwi. Na odchodne słyszę:

-Życzę pani wszystkiego dobrego, mam nadzieję, że pani się uda- wychodzi.

Cała ta sytuacja siedziała we mnie, tak więc mówię Pani B. że była pani, która pracowała przede mną i opowiadam o przebiegu akcji, na co słyszę:

-Dlaczego zaraz do mnie nie dzwoniłaś, ta kobieta nie ma tu wstępu! Trzeba było zaraz mnie zawiadomić! Czy zabierała jakieś zeszyty?

-Nie wiem, co zabierała, byłam tak zaskoczona, że nie zwracałam na to uwagi

-No właśnie! W takich sytacjach trzeba zaraz mnie zawiadamiać!

Powtórzyłam w myślach: ” W takich sytuacjach” czyli, co, było ich więcej? Będzie?

Bardzo odważnie zapytałam:

-A nie boi się pani, że ona to gdzieś zgłosi…- B. zachichotała

-Może próbować, jej syn ma działalność, wie, że mogę go załatwić- w jej oczach dostrzegłam dziką satysfakcję- poza tym jak się z człowiekiem pracuje 10 lat, to się o nim wie wszystko, o dzieciach, kochankach, kontach bankowych, ciemnych interesach.

Tak, już wtedy miałam wyjść, podziękować i pogodzić się, z tym, że jednak nie zostanę bieliźnianym number one.

Wróciłam do domu i nie dawało mi to spokoju, przed oczami miałam twarz emerytowanej, a w głowie dźwięczał głos: „Jeszcze się pani przekona”.

Za „dobrych czasów”, chciałam zakładać konto na FB, sklep internetowy ( wedle zamysłu guru). Zapaliłam się do pomysłu  i przyniosłam laptopa by wykorzystać czas gdy nie ma ruchu i realizować plan unowocześniania firmy. Otrzeźwiło mnie bardzo szybko, gdy usłyszałam : „Po co mi hasło do wi-fi”,  a później aluzje, że „będę sobie grała w pracy.”. Dalej było jeszcze „lepiej”, członek mojej rodziny zachorował na koronawirusa, kontaktowałam się z nim ja i moje dziecko. Postanawiłam to zgłosić, bo czułam się źle: bóle mięśni, głowy, rozwolnienie, osłabienie totalne.

Zadzwoniłam do Pani B. i przedstawiam sytuację, a ona na to: „Będziemy z mężem u ciebie za 30 minut”. Kazali mi wyjść z domu, wsiąść do ich samochodu, gdzie zostałam pouczona, że przecież „Wiem, że jesteśmy „rodziną” a „rodzina”. trzyma się razem.”. I w ogóle to, „co ja odstawiam za szopkę”. Mam też zaraz skontaktować się z sanepidem i powiedzieć, że nie miałam żadnej dłuższej styczności z osobą zakażoną, co najwyżej było to 5 minut w maseczce i rękawiczkach. Mam siedzieć dwa, trzy dni w domu i się wykurować.”.

Po powrocie zostałam wezwana na rozmowę  „pionizującą” podczas której zostało mi zadane pytanie:  „Czy zależy mi na pracy, czy może ta praca mi nie odpowiada, może to jednak nie dla mnie, ( już to mówiła), bo ja taka z teatru, z kultury jestem przecież, a tutaj ciężka praca, życie trudne takie”.

Pani B. rozkręcała się, u jej boku stał Pan J. tak więc czuła wsparcie, moc była po jej stronie.

– A co zrobisz jak syn zachoruje, kto się nim zajmie? Pamiętaj, u nas nie ma czegoś takiego jak L4 każdy dzień chorowania jest odebrany z urlopu. A może soboty Ci nie odpowiadają, pewnie chciałabyś z synem pobyć, prawda? Bo ty taka emocjonalna, wrażliwa. ( Praca odbywała się 6 dni w tygodniu, od poniediałku do soboty, bez jakiegokolwiek dnia wolnego) Mocno zastanawiamy się z mężem nad twoją postawą, która jest nie do przyjęcia. My już znamy te numery, najpierw chory syn, poźniej ty, za chwilę jeszcze ktoś z rodziny. Wbij sobie do łba, nie jesteśmy instytucją publiczną do jakich przywykłaś, tylko prywatną firmą, gdzie nie ma miejsca na sentymenty. Ty w ogóle rozumiesz, co się do ciebie mówi? Patrzysz jakby nie bardzo!

Fakt, patrzyłam na nich wielkimi oczami, w głowie kołatała się myśl: „Wstanę, wykrzyczę im w twarz, co myślę i trzasnę drzwiami, dosyć tego upokarzania!”.

Nie zrobiłam tego. „Za co opłacę mieszkanie? „Co dam synowi jeść…? Te myśli nie dawały mi spokoju. Miała mnie w szachu i dobrze o tym wiedziała.

Mijały kolejne dni, a ja coraz częściej kładłam się spać z bólem brzucha, nudnościami,  jednak i sen nie dawał ukojenia, nękały mnie koszmary, po których budziłam się zlana potem i suchością w gardle. W ciągu dnia nie dawały spokoju potworne bóle głowy, w pracy nie mogłam złapać tchu. Zapewne stresowe skutki uboczne jak i niedoleczony covid. Przyszedł moment krytyczny, czułam się tak źle, że idę do Pani B. i mówię:

– Dziś ledwo dotarłam do pracy, bardzo boli mnie głowa, jestem osłabiona…nie zdążyłam nic więcej dodać. Pani B. skutecznie zamknęła mi usta:

-Ja to dopiero fatalnie się czuję, pije już trzecią kawę z rana i nic.Weź, tam masz klucze, działaj! Sprzedaj dużo, powodzenia!- wyszczerzyła twarz w uśmiechu. Poszłam do sklepu i modliłam się żeby się nie udusić, oddech miałam płytki. Otworzyłam drzwi, wpuściłam powietrze, zrobiłam sobie herbaty, popiłam tabletkę. Dotrwałam.

Jakiś czas później musiałam się poddać zabiegowi ginekologicznemu  po którym wiele kobiet przynajmniej 2 tygodnie ma „wyjęte z życia”. Ja  już przed zabiegiem byłam pytana, kiedy wrócę, bo przecież „rodzina” nie może czekać. Sytuacja nabierała tempa.  Nie obyło się bez uwag, że: „jestem lawirantem i stawiam ją i pana J. w bardzo trudnej sytuacji i teraz to oni sami nie wiedzą co mają robić, szukać kogoś nowego?”.

Dni zwolnienia odebrano mi z urlopu. Jednak nie usłyszeliście najlepszego! Moje zatrudnienie odbywało  się bez jakiejkolwiek umowy o pracę. A podczas rozmowy kwalifikacyjnej zostałam zapewniona, że taką dostanę. Mijał miesiąc, trzy, pięć i nic, słyszałam wciąż, że umowa jest w przygotowaniu i wszystkie papiery są u księgowej. Pani B. ze zdziwieniem pytała mnie: „Po co mi w ogóle ta umowa?”. Zapytałam jeszcze raz, kiedy ta umowa będzie…i nie wierzyłam, co słyszę:

– A Ty mi w ogóle dawałaś jakieś CV? Ja uśmiechając się, myśląc naiwnie, że to dobry żart, odpowiadam jednak poważnie i rzeczowo: że tak, dawałam, przyjmując się do pracy, wraz z moim ostatnim świadectwem pracy, z dokumentami co do wykształcenia itd…Pani B. w odpowiedzi:

-Serio? Jesteś pewna? Schyla się pod ladę, skąd wypada sterta pozostałych CV zupełnie luzem i  papierów z tzw. „wrażliwymi danymi”

-No, nie mam, marszczy się Pani B. i ja się marszczę patrząc na nią. Nie wytrzymuję tej jakże żenującej sytuacji i kategorycznym tonem mówię:

– To proszę jak najszybciej znaleźć, tam są wszystkie moje dane, adres, pesel, numer telefonu…

-Oj tam, oj tam, gdzieś pewnie są i się znajdą.

Stać mnie na więcej, ale rzucam:

-Oby ! I idę „na bieliznę”. Odczekałam trochę, jednakże zapewnienia Pani B. okazały się płonne, o czym miałam się przekonać, zostając siłą wypchnięta ze sklepu słysząc za plecami: „ A Ty wciąż o tej umowie…!”

Po długim główkowaniu Pani B. wpadła na pomysł, że wezmę udział w projekcie stażowym, ma znajomą w Powiatowym Urzędzie Pracy, a ta postara się o staż dla mnie i wtedy będę miała umowę o pracę, na której mi tak bardzo zależy ( tyle że z UP, a nie z nią). Tak więc po kilku dobrych miesiącach, stałam się stażystką.  Dostawałam pieniądze z urzędu i tak to się kręciło. Wymogiem po zakończeniu stażu jest to by mnie pracodawca zatrudnił na umowę o pracę. Usłyszałam: ”Widzisz dziewczyno  jak to się robi. Nas dymają ich też trzeba dymać” Wtedy też dotarło do mnie, że Pani B. po stażu „z radością” przystanie na podpisanie umowy.

Oczywiście teraz stałam się obiektem żartów, że jako stażyska będę biegała, robiła kawę i wycierała podłogi. Taki współczesny Kopciuszek ku uciesze macochy.

W końcu zaczęłam się „stawiać”, mówić otwarcie, że nie podoba mi się jak jestem traktowana, wtedy dopiero się zaczęło…”Naloty” stały się coraz częstsze…i pytania powtarzane kilka razy dziennie jak mantra: ”Ile wcisnęłaś?  Dlaczego nie wciskasz? Może się nie nadajesz? U nas wciąż ciągły ruch, a ty tu radyjko, kawusia, kaloryfer podkręcony, no żyć nie umierać! Nie przychodzisz do nas do drugiego sklepu plotkować, może masz jakieś problemy, chcesz o nich nam powiedzieć? Masz tam cieplutko w tym sklepie, cichutko, prawada? A my tu po drugiej stronie zapieprzamy. Ile wyprasowałaś dziś, dwie pary spodni? Aż tyle? My z K. ( Druga dziewczyna sprzedawca, w pełni podporządkowana Pani B. ( typ lizusostwa w wersji „hard”), spełniająca wszelakie zachcianki. W zamian otrzymuje zniżkę na ciuchy, odwożenie do domu-  jak to w „rodzinie”, kawałki pizzy, drożdżówki,  czasem ciasto. Od święta kwiatki od Pana J. ) nóg nie czujemy, taki ruch. ( Pamiętacie piosenkę Pogodno „Pani w obuwniczym”? Tak właśnie)

Patrzę głęboko w oczy Pani B. i mówię:

-To może K. pójdzie „na bieliznę”, odpocznie, albo pani, a ja pomogę tutaj, nie ma sprawy…

Odpowiedź była szybka i zwięzła:

-Idź już lepiej! No to poszłam i tak po drodze nachodziły mnie myśli: „Nie wytrzymam, nie dam rady, przecież mam jakieś prawa, przecież czuję, jestem, żyję, oddycham, jeszcze…”.

Wiecie jak to jest, tama kiedyś musi puścić. Złożyło się na to jeszcze kilka sytuacji.

Stałam naprzeciw Pani B. ta, celowo skraca dystans, wchodząc mi prawie w twarz i mówi:

-Wkurwiasz mnie! – Czerwona od złości, koloru cegły jak śpiewał swego czasu Rysiek Riedel wkłuwa się we mnie jak w laleczkę voodoo. Zaciskam  zęby, tym razem mantrę stosuję ja: „Dasz radę, dasz radę, dasz radę. Jesteś silna, jesteś silna, nie dasz się wyprowadzić z równowagi, nie dasz…”.

W popołudniowy czas, odwiedził mnie w parcy syn. Cichutko usiadł w rogu czytając książkę. Miło, spokojnie, ja pracuję, dziecko obok podróżuje w wyobraźni, czegóż chcieć więcej. Nirwana. I…Plusk! Lustro łagodnej wody zburzyła wpadając Pani B. krzycząc od progu:

-Sabina! Miałaś przynieść puste kartony!. Ja na to:

– Tak, wszystkie puste przełożyłam do jednego, jest ciężki bardzo, pan J. weźmie po pracy, bo przeważnie mnie pyta czy jest coś do zabrania. Twarz Pani B. znów ceglasta, na wierzch wychodzą wszystkie najmniejsze żyłki, szyja pulsuje,  „tłoki” idą w ruch,  otwiera usta i… czuję jak burzowa chmura zagarnia moją twarz. W sumie nie bardzo potrafię ocenić, co się dzieje, bo zostaję zmieciona z powierzchni, zrównana z ziemią. Słyszę tylko trzask drzwi.

Patrzę na syna, ten patrzy na mnie, poźniej  przez szybę na zewnątrz sklepu i mówi: –

– Mamo, ta pani walczy z kartonami

Pomyślałam: „Szkoda, że nie z wilkami” A do syna mówię:

-Tak synu, ta pani widać tak lubi.

Agresywna postawa Pani B.której przypadkowym uczestnikiem stał się mój syn, przebrała miarę.

Dzień ostateczny, nadszedł zupełnie niespodziewanie. Aura powitała deszczowa, jak mawia syn: „aniołki plują” zdalne lekcje, spacer z psem, śniadanie, telefony bliskich osób, życzące: „dobrego dnia”. Przed wejściem do „świątyni” -mantra i już można zacząć „taniec z diabłem”.

Z czeluści sklepu wyłania się Pani B. Krok ma szybki, ruchy nerwowe,twarz…już wiecie jaką…

-Jak się dziś czujesz? Zagląda mi w oczy niczym okulista w poszukiwaniu niepokojących plamek. Rozciągnięta w uśmiechu twarz jak z gabinetu figur woskowych nie zwiastuje niczego dobrego. Zresztą jak już od dawna .Chcę być dziś twarda, tak więc mówię:

-Bardzo dobrze, dziękuję

-Aaaa, dobrze mówisz….dzisiaj zostajesz tutaj w sklepie ze mną i myślę, że jeszcze przez najbliższy tydzień lub dwa, zastanowię się

-A dlaczego tak?

-Bo tak postanowiłam. Coś niedobrego dzieje się ostatnio z tobą, nie jesteś tą uśmiechniętą dziewczyną, którą przyjęłam– ciekawe dlaczego- myślę- Niepokoję się o ciebie, dlatego też będziemy miały teraz dużo czasu żeby ze sobą rozmawiać. Powiesz mi o wszystkim, co ci  siedzi w głowie.

A w mojej głowie była teraz tylko jedna myśl: Escape!

I obraz z „Matrixa” jak Smith chce wejść w umysł Neo. To się nie może udać, muszę wybrać któreś drzwi…

„Nic nie pozbawia nas sił równie skutecznie jak strach” pisała w jednej ze swych książek B.A. Paris. Trudno nie zgodzić się z tym cytatem. Dopiero teraz zdaję sobie sprawę, że wejście w „układ” z Panią B. to było jak związek z psychopatą. Wsiadasz na karuzelę i kręcisz się tak długo aż nie wypadniesz. Opowiadasz o tym rodzinie, znajomym, nawet im trudno uwierzyć, że taka miła pani…Takie „miłe panie” możemy spotkać wszędzie, ja na domiar złego, akurat w  czasie pandemicznym.Jednak zwykło się też mawiać, że każde doświadczenie buduje, wzmacnia.To prawda, moje stało się inspiracją do napisania tego tekstu. „Patrzeć nie znaczy widzieć”. Może następnym razem jak wejdziecie do sklepu po piżamę zrodzi się myśl, że częścią tej opowieści, mogłeś stać się również Ty. A „wciskający” sprzedawca…może warto zapytać jak się czuje?

Ja wybrałam drzwi. Ocaliłam siebie. Zapewne pozostanę dla Pani B. Anomalią. Ona pozostanie dla mnie mątwą. I chociaż nie jestem „Wybrańcem” ( tak naprawdę każdy nim jest), to będę broniła swojego „Syjonu”. Ostatniego bastionu człowieczeństwa.

 

Sabina Wawerla-Długosz

.

O autorce:

Screenshot 2016-01-20 22.14.00

Sabina Wawerla-Długosz – rocznik ‘78, katowiczanka, absolwentka Uniwersytetu Śląskiego w Cieszynie ze specjalnością Edukacja filozoficzno-społeczna.
Od ponad 18 lat publikuje w prasie społeczno-kulturalnej i na portalach internetowych: „ŚLĄSK”, „ARKADIA”, „Opcje”, „Wyrazy”, „e-Faust”, „Instynkt”, pisarze.pl, „Nowa Gazeta Literacka”. Audycja poetycka w Radiu Katowice, wywiady w lokalnych rozgłośniach i prasie. Otrzymała wyróżnienia w konkursach poetyckich oraz zajęła III miejsce w XXI Ogólnopolskim Konkursie im. Rafała Wojaczka. W roku 2015 ukazał się w Krakowie jej debiutancki tomik wierszy „Sprawozdania z obserwacji”.
Stale współpracuje z internetowym pismem kulturalnym „WOBEC”, publikując tam recenzje krytycznoliterackie.
Jest pomysłodawczynią i prowadzi Forum Literackie w MDK „Południe” w Piotrowicach. Pracuje jako wolontariuszka w stowarzyszeniu „Dress For Success Poland”.

 

Subskrybcja
Powiadomienie
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze Popularne
Inline Feedbacks
View all comments
Adam Sternal
3 years ago

Dzień dobry,
Przeczytałem tekst Pani Sabiny Wawerla-Długosz – “Biznes is biznes”. Jestem akurat z drugiej strony barykady i muszę przyznać, że przykro się takie teksty czyta. Jeszcze smutniejsze jest to, że tacy “przedsiębiorcy” rzeczywiście istnieją. Chciałbym jednak dołożyć swoją małą cegiełkę do tego dość jednostronnego i poetycko ckliwego tekstu. Pochodzę ze starej rodziny, od pokoleń w prywatnym biznesie. Sam prowadzę firmę od ponad 30 lat i naprawdę się napatrzyłem. Biznes to złożony organizm, w którym (w dużym skrócie) uczestniczy aktywnie wiele stron: przedsiębiorca, pracownicy, firmy współpracujące, dostawcy, urzędnicy itd. Za każdym takim elementem składowym są konkretni ludzie: ze swoimi słabościami, wadami, wiedzą lub jej brakiem. Nie chciałbym się rozwodzić, ale twierdzę, że pracodawcy (zwłaszcza dziś) nie są najgorszym elementem tej układanki. Powiedziałbym, że są najlepszym, upragnionym i przysłowiowym chłopcem do bicia. Wyhodowane za komuny kadry i politycy, wciąż trwają przy starannie kreowanym wizerunku: pracodawca=krwiopijca i złodziej. Oczywiście, dziś nikt tego wprost nie powie, ale autorka dość wybiórczo i (jestem o tym przekonany tendencyjnie) koloryzuje i patynuje komunistyczny obraz “biznesmena”. Ostatnio, znajoma urzędniczka informowała mnie, że urzędnicy sami na siebie zarabiają opłatami skarbowymi! Elementarna wiedza ekonomiczna i troskliwie powielane stereotypy, nie służą ani rozwojowi Polski ani tym bardziej pracobiorcom. Teatralna wrażliwość autorki, która z ( warsztatu chronionego jakim jest teatr) trafiła do prawdziwej i co tu ukrywać brutalnej rzeczywistości, musiała skutkować podobnym paszkwilem. Ludzie są różni: tak po stronie pracodawców jak i po stronie pracobiorców. Doświadczam tego (często bardzo boleśnie) na codzień. Nie przyszłoby mi jednak do głowy, aby publicznie się użalać nad sobą, zwłaszcza, że kogo to obchodzi? Co innego biedny, wykorzystywany i poniżany pracownik, tu naprawdę można znaleźć i posłuch i współczucie. Jak rozumiem, gdy już wrócimy do jakiejś normalności i autorka powróci do zawodu w teatrze, mogę się spodziewać, że jej “smutne, tragicznie i bolesne doświadczenia”, znajdą swoje odbicie w jakiejś sztuce na deskach teatru ( tekst do scenariusza już jest napisany). Za pieniądze podatnika, obraz krwiopijcy i złodzieja z prywatnego biznesu zostanie ponownie wyniesiony na kolejne ołtarze.

Z poważaniem

Adam Sternal