Wojciech Wachniewski – Komnata, zwana Ósmym Cudem Świata

English Books For Sale – Sprzedaż

Sławne, XVIII-wieczne dzieło sztuki bursztynniczej ma dziś ponad trzysta lat. Jest ‘owocem’ kaprysu Fryderyka Hohenzollerna,(1657-1713), który w dniu 18.01.1701 koronował się na pierwszego króla Prus, jako Fryderyk I. Bardziej niż polityka, interesowało go wszystko, co piękne, a zwłaszcza wyroby z bursztynu. To on wpadł pomysł ‘wytapetowania’ ścian jednego z pomieszczeń swego pałacu rzeźbionymi, bursztynowymi panelami.
.
Dopiął swego, lecz zbyt długo cieszyć się nową ‘zabawką’ nie było mu dane, bowiem już w roku 1713 opuścił ziemski padół, pozostawiając bursztynowe arcydzieło swemu synowi i następcy, Fryderykowi Wilhelmowi (1688-1740), który w odróżnieniu od ojca ‘bardziej miecza i zbroje’ niż sztuki pilnował. Bardziej, niż bursztynowe cacka interesowali go na przykład Dłudzy Chłopcy, tworzący Gwardię, ulubiony oddział armii Króla Żołnierzy.
.
Obok pieniędzy na armię Fryderyk potrzebował też silnego militarnego sojusznika, bowiem niespokojne były czasy, w których przyszło mu panować. Bardzo szybko takiego sojusznika znalazł w osobie sławnego cara Piotra, zwanego Wielkim (1672-1725), którego z kolei fascynowała Europa z jej kulturą. Założywszy w 1703 roku u ujścia Newy, na europejską modłę, nową stolicę dla rosnącego już w siłę państwa, Piotr równocześnie otworzył swej ‘Moskowii’ okno na Bałtyk i na morską Europę.
.
Kiedy Piotr w roku 1716 zawitał z wizytą do trzeźwo myślącego i dalekiego od zachwytów nad sztuką króla Fryderyka Wilhelma – ten ostatni bez chwili namysłu postanowił obdarować swego gościa ‘tym czymś’, co w swoim czasie omal nie doprowadziło do bankructwa (!!) jego ojca i rządzonych przezeń Prus, przypuszczając zapewne, że w ten sposób zyska na dłużej sprzymierzeńca.
.
Piotr powrócił do swego ‘Petersburga’ o wiele bogatszy, niż zeń wyjechał. Skarb Fryderyka dotarł do nowego ‘domu’ pod wojskową eskortą, by tam… popaść na czas pewien w zapomnienie, bo Car-Odnowiciel Rosji nie miał pod ręką artystów godnych zlecenia im zajęcia się pozyskanym skarbem.
.
Dopiero za panowania Katarzyny II (1729-96) nadeszły dla bursztynowego gabinetu Fryderyka lepsze czasy. Arcydzieło zostało wtedy bardzo udatnie i trafnie ulokowane w jednej z komnat pałacu wspomnianej Katarzyny w Carskim Siole pod Petersburgiem.
Przy tej okazji, jako że komnata Katarzyny była znacznie większa rozmiarami od gabinetu Fryderyka, Cesarzowa rodem ze Szczecina poleciła rzecz rozbudować tak, by wypełniła ona sobą trzy z czterech ścian tego sporego pomieszczenia.  Powiększone i wzbogacone dzieło zmieniło się z ‘gabinetu’ w Komnatę.
.
Piotrowi Wielkiemu nie było dane zobaczyć, jakie to cudo był otrzymał za śmieszną zapłatę w postaci 55 ekstra-wysokich mężczyzn, idealnie pasujących do Fryderykowej Gwardii.
.
Cudo owo, po przeprowadzonej z polecenia Katarzyny rozbudowie, stało się olśniewające. Zdobiło ściany komnaty pałacu Imperatorki (przepraszam, ale ja NIENAWIDZĘ słowa ‘caryca’!) Katarzyny przez lat blisko dwieście, aż do pamiętnego lata 1941 roku, kiedy w niedzielę 22 czerwca o 3.15 nad ranem (!) na ZSRS runęły lądem, morzem i powietrzem siły zbrojne Trzeciej Rzeszy.
.
Znacznie przereklamowany Wehrmacht III Rzeszy nigdy nie zdobył Petersburga, zwącego się już wtedy ‘Leningradem’, ale zdobyto różne miejscowości koło Leningradu, w tym także dawne Carskie Sioło, teraz Puszkin,  przedmieście byłej stolicy.
Grupa wybranych podoficerów niemieckich (TAKIEGO zadania nie można było powierzyć byle komu!) spisała się na medal. W ciągu 36 godzin, sprawnie i ostrożnie, zdjęto ze ścian wszystkie panele, starannie zapakowano je do około trzydziestu skrzyń i  powieziono na zachód, do stolicy Prus Wschodnich – Królewca.
.
Jawną i bezczelną grabież skarbu nazwano  ‘powrotem dzieła do domu’.
We wciąż pięknym (i póki co spokojnym) mieście nad Pregołą, w jednym z pomieszczeń na trzecim piętrze miejscowego  Zamku, część paneli udostępniono do zwiedzania mieszkańcom miasta.
.
Człowiekiem, który od początku sprawował w stolicy wschodnich Prus pieczę nad  skarbem był dyrektor muzeum w południowym skrzydle zamku, dr Alfred Rohde (1892-1945[?]). Człowiek ten wiedział o bursztynie i o  Komnacie ‘wszystko, a może więcej’.
Znalazł się w siódmym niebie, gdy Komnata trafiła pod jego skrzydła z polecenia Gauleitera Prus Wschodnich Ericha Kocha (1896-1986).
.
Kiedy arcydzieło znalazło się w Królewcu, dyrektor Rohde napisał w 1941 lub 1942 roku pean w periodyku historyków sztuki o ‘powrocie klejnotu sztuki bursztynniczej na łono ojczyzny w najpełniejszym sensie tego wyrażenia’. Pisząc go, pan doktor zapomniał o tym, że klejnot ów od ponad dwóch wieków nie był już pruską własnością (wszak ‘kto daje i odbiera, ten się w piekle poniewiera!’)
Z drugiej strony dr Rohde, historyk sztuki z wykształcenia i zawodu, nie był wojującym nazistą i – jak prawdziwy naukowiec – miał do Rzeszy stosunek raczej chłodny. Był jednak niemieckim urzędnikiem, ze wszystkimi tego konsekwencjami.
.
‘Pokój w piekle wojny’ skończył się dla Królewca nagle, w sierpniu 1944 roku, kiedy ponad półtorej setki bombowców w ciągu jednej nocy obróciło w gruzy historyczne centrum słynnego miasta, zabijając przy tej okazji wielu jego Bogu ducha winnych mieszkańców.
.
Na polecenie (przewidującego i nie w ciemię bitego!) dr. Rohde bursztynowe panele zawczasu pozdejmowano ze ścian wspomnianego pomieszczenia na trzecim piętrze Zamku, zapakowano je na powrót do skrzyń i zniesiono dla bezpieczeństwa ‘dokądś w dół’ po schodach.
.
I ODTĄD JUŻ NIKT SAMEJ BURSZTYNOWEJ KOMNATY NIE WIDZIAŁ NA OCZY.
.
Od czasu do czasu, niczym diablik z pudełka, uwagę opinii publicznej przykuwają tylko pojawiające się tu i tam DREWNIANE SKRZYNIE Z OKUCIAMI, w liczbie około trzydziestu sztuk.
.
ZAWSZE SZCZELNIE ZAMKNIĘTE.
.
Pytanie: co to znaczy ‘DOKĄDŚ W DÓŁ?’… Do piwniczki pod parterem, z ceglaną podłogą i powałą? A może ZNACZNIE GŁĘBIEJ, do solidnych podziemi, paręnaście albo i parędziesiąt metrów w głąb?
.
Królewiecki zamek był budowlą pokrzyżacką, a pod takimi zwykle znajdowało się coś więcej, niż tylko wspomniane piwniczki z cegieł. Jeśli skrzynie z panelami Komnaty schowano naprawdę głęboko, to lotnicy imci Harrisa, hasający w sierpniu 1944 roku nad Królewcem, mogli ‘ze skóry powyłazić’, a i tak nie byli w stanie zaszkodzić bursztynowemu arcydziełu swoimi ‘pigułami’ – nawet tymi zapalającymi! Kilkutonowych Tall Boys, o ile pamiętam, na Królewiec jeszcze nie zrzucano, a tylko one stanowiłyby jakieś realne zagrożenie, tym mniejsze zresztą, im głębiej znajdowało się pomieszczenie na specjalne skarby: bez okien, niezaznaczone na oficjalnych planach, a po wszystkim starannie zamaskowane.
.
W tym stanie rzeczy zarówno dr Rohde, jak i jego polityczny zwierzchnik, wspomniany już gauleiter-kolejarz Erich Koch, mogli spokojnie przyjąć za pewnik to, że Bursztynowa Komnata jest bezpieczna na dłużej. Ktoś z nich mógł też nie dopuścić do otwarcia zapieczętowanego niczym kapsuła czasu pomieszczenia w podziemiach, co oznacza, że skarb przez parę następnych dekad pozostawał w swojej skrytce, z dala od świateł rampy i wzroku ciekawskich.
.
Zważywszy to, co stało się w ostatnich miesiącach wojny z oblężonym od połowy stycznia 1945 roku Królewcem, decyzję o niewydobywaniu skarbu na powierzchnię należy uznać za właściwą.
Opowiastki spokojnie (po udanej ucieczce śmierci spod kosy) odsiadującego dożywocie pana Kocha, którymi były gauleiter częstował co jakiś czas przesłuchujących go w zakładach karnych przedstawicieli polskich władz oraz dziennikarzy, miały zapewne na celu utrzymywać niepowołane osoby i instytucje na rozsądny dystans od miejsca składowania skarbu, które przebiegły Koch doskonale znał i którego nigdy i nikomu nie zdradził.
.
Jedną ze wspomnianych opowiastek znudzonego ‘pensjonariusza’ polskiego zakładu karnego była historia o rzekomej ewakuacji skarbu z Królewca na zachód drogą morską, w ładowni frachtowca o nazwie ‘W. Gustloff’. W tym akurat przypadku podejrzanie brzmi dla mnie słowo ‘frachtowiec’, jako że w niemieckiej Handelsmarine czasów wojny frachtowca o nazwie ‘W. Gustloff’ NIE BYŁO.
.
Podejrzane (i zamknięte) skrzynie, w tajemnicy (?!) ładowane tuż przed wyjściem w morze na pokład TEGO ‘Wilhelma Gustloffa’, niegdysiejszej 25.500-tonowej dumy floty KdF, mogły zawierać wszystko inne, Z WYJĄTKIEM BURSZTYNOWYCH PANELI KOMNATY. Te ostatnie znajdowały się najspokojniej w swojej skrytce pod zamkiem i przeleżały tam aż do 1979 roku.
.
Wg oficjalnej wersji wydarzeń, pod koniec 1945 roku oboje państwo Rohde zmarli na dyzenterię lub tyfus. Po otwarciu (zapewne dla jakichś celów urzędowych?) grób obojga małżonków na królewieckim cmentarzu ukazał się jednak pusty, a stosowne dokumenty stwierdzające zejście dr. Alfreda i jego żony, okazały się ‘lipne’.
Czy niemiecki naukowiec i urzędnik rozpłynął się wraz z żoną w powietrzu, czy może raczej państwo R zdecydowali się ‘zmienić barwy klubowe’ i zamienić się w obywateli Związku Sowieckiego?
.
Rohde był jednym z dwóch ludzi z kręgu Bursztynowej Komnaty, którzy mieli pełną wiedzę co do miejsca jej ukrycia, i mógł tę wiedzę ujawnić sowieckim władzom.
Nie widział w tym jako naukowiec niczego zdrożnego, a dodatkowo dowiedziawszy się o różnych niemieckich wyczynach wojennych na obszarze Europy, mógł być po ludzku wściekły na swój (podobno cywilizowany) kraj i jego władze.
Takie postępowanie można by zrozumieć!
.
Wartość Bursztynowej Komnaty z czasem rosła. Samo jej wykonanie przywiodło przed ponad trzema wiekami Prusy Fryderyka I na skraj ruiny finansowej; dziś Komnata warta jest pół miliarda dolarów.
.
Sowieci przed nikim nie pochwalili się pozyskaną (być może od dr. Rohdego) wiedzą, tylko w końcu siódmej dekady ub. stulecia przystąpili do porządkowania Królewca, zwanego teraz Kaliningradem.
W ramach tych prac zlikwidowano m.in. pozostałości po spalonym w toku walk o miasto zamku i zajęto się gruntownie wspomnianymi podziemiami, przy okazji wydobywając z nich to i owo, na przykład wszystkie skrzynie z panelami Komnaty.
.
Podczas kiedy cała Europa gorączkowo szukała osiemnastowiecznego skarbu, sowieccy bursztynnicy przystąpili do sanacji, restauracji i konserwacji wydobytych kosztowności, na których trzy dekady ‘waletowania po lochach’ musiały pozostawić ślady.
.
Rozmaite (i również przereklamowane) tajne służby oraz cała czereda cywilnych poszukiwaczy hasali pospołu po sztolniach i chodnikach, nurkowali na wraki na dnie Bałtyku i każdego niemal dnia narażali się na śmierć pod ziemią lub wodą, gdy tymczasem gdzieś w ogromnym ZSRS w najlepsze trwały prace konserwatorsko-renowacyjne. Dla niepoznaki prace te nazywano ‘odtwarzaniem Komnaty od zera’.
.
Bursztynnicy naszych czasów są o dwa nieba lepiej wyposażeni w dużo lepsze narzędzia, niż byli ich osiemnastowieczni poprzednicy. Nie są też ani trochę gorsi poziomem, ale wydaje się, że ‘odtworzenie’ Komnaty w skali 1:1 to zadanie ponad ich siły. Skoro panele po dawnemu zdobią ściany jednej z komnat puszkińskiego pałacu Katarzyny – znaczy to, że wspomniani bursztynnicy MUSIELI dysponować czymś więcej, niż tylko jednym barwnym i szeregiem czarno-białych zdjęć arcydzieła.
.
NA PRZYKŁAD – WYDOBYTYM SPOD ZIEMI ORYGINAŁEM.
.

Wojciech Wachniewski

 

O autorze:

Urodził się w 437 rocznicę wyjścia pięciu statków słynnej flotylli Magellana w morze z portu Sanlucar de Barrameda.  W świat żeglugi wpłynął w 1966 roku, a w świat języków zabrali go ze sobą… NIEMCY, choć pierwszy poznał rosyjski, a potem angielski. Mieszka w rodzinnym mieście Heinricha von Stephana (Słupsk, to dawny pruski Stolp-in-Pommern). Jest wielkim fanem Sherlocka Holmesa, Mistrza i jego Małgorzaty i ostatnio Excentryków. Lubi czytać, również na głos. Z zawodu tłumacz, obywatel Polski, Europy i świata.

.

Subskrybcja
Powiadomienie
0 Komentarze
Najstarsze
Najnowsze Popularne
Inline Feedbacks
View all comments