Robert F. Barkowski – Lewe ucho Chaszczola

English Books For Sale – Sprzedaż

Smagnięci nagłą, zimną wrogością Thietmara, wybiegli niemal spiesznie z biskupiej rezydencji i podążyli do zajazdu. Zasiadłszy wspólnie ze Srogoszem, Wojomirem i Bernardem, delektowali się napitkami w obszernej karczemnej izbie wypełnionej po brzegi merseburskim ludem. Nieopodal nich przy długiej ławie gromada połabskich podgrodzian zapijała się na umór, słuchając w milczeniu przemowy jakiegoś człeka. Niskiego wzrostu, pulchny, z czujnymi małymi oczkami jak u prosiaka, perorował zawzięcie głosem nad podziw doniosłym, przebijającym wrzawę dziesiątków gardzieli trzęsących karczmą:

– Na co wam Polacy? To dzicz opętana mordowaniem i grabieniem. Jak tu przyjdą, to obedrą was ze wszystkiego i do ciężkich posług zagnają albo sprzedadzą w niewolę…
– A Niemcy lepsi? – wtrącił któryś ze słuchaczy.
– Niemcy to dobre pany, ludzkie pany – odpowiedział z zacięciem mówca. – Porządek zaprowadzają, chronią was przed napadami, zajęcie dają… – w tym tonie przemawiał dalej, nie zostawiając suchej nitki na Polakach.
– Ty przecież też Polak – zaoponował ktoś.
– Jaki Polak? – zacietrzewił się mówca. – Ja ze Śląska, Polanie nas kiedyś napadli, te przeklęte Piasty, i niewolę narzuciły.
Tak toczyła się dyskusja, gdy tymczasem grupa Gromosława, siedząc nieopodal, chłonęła każde słowo. Czambor, Gromosław i Srogosz kręcili w milczeniu głowami z narastającym wzburzeniem. Gromosław powstał, przecisnął się do szynku, położył przed karczmarzem srebrnego talara i rzekł:
– Masz tu zapłatę za jadło, napitki i dzisiejszy nocleg za mnie i moich ludzi. Jutro z rana wyjeżdżamy, to nie zapomnij przedtem koni oporządzić. – Odczekał, aż karczmarz nacieszy się widokiem srebra i dodał: – Co to za jeden tam za naszą ławą, co tak zajadle ujada?

Karczmarz, nie odpowiedziawszy, wzruszył jedynie ramionami, wpatrując się łakomie w talara.
– Albo mi powiesz – zaznaczył Gromosław – albo rozpłatam srebro i dostaniesz tylko jedną czwartą, czyli tyle, ile się należy. Za całą monetę mów, co wiesz o tym człowieku.
Karczmarz po krótkiej chwili namysłu przykrył dla pewności talara szmatą do zmywania, a na szmacie położył rękę.
– Wołają nań Chaszczol, on Polak. Przynajmniej tak go przezywają, nie wiem, jakie jego prawdziwe imię. Podobno za waszego poprzedniego księcia, Mieszka, gdy jeszcze Niemcy z Polakami w zgodzie żyły, wasz Mieszko nakazał niektórym swoim wojownikom, by oddali synów na nauki do Magdeburga i do naszego Merseburga. Chaszczol trafił do szkółki przyklasztornej, lecz po kilku latach wyrzucono go na zbity pysk jeszcze przed wygoleniem tonsury na głowie. Nie wiadomo, co on tam przewinił, jakich zberezeństw się dopuścił, ale plotki plugawe później kursowały. Od tego czasu wysługuje się saskiemu burgrabiemu i biskupowi, a po wybuchu wojny cesarza z Bolesławem agituje wśród nas na rzecz Niemców przeciw Polakom.
– Wyjeżdżamy jeszcze dzisiaj – rzekł mu Gromosław. – Nakaż stajennym natychmiast oporządzić konie.
Powrócił do swoich ludzi i poinformował krótko o Chaszczolu, po czym zarządził natychmiastowe opuszczenie Merseburga.
– Przed wieczorem w drogę? – zaprotestował Randulf.
Gromosław przerwał stanowczo wszelkie dalsze dyskusje:
– Jedzenia w torby napakować, już zapłacone, a odpoczniemy przy ognisku, byle jak najdalej od miasta. Ciasno tu dla nas.
Wyjechali czym prędzej z Merseburga, nie zważając na nadchodzący zmierzch. Planowali udać się bezpośrednio do Brenny, podążając przez zdobyte w tysiąc siódmym roku przez Bolesława Czerwiszcze. Gród zniszczony działaniami wojennymi nadal świecił pustką, żadnego garnizonu, mieszkańców. Dopiero na trzecim postoju, gdzieś na styku Miśni ze Stodoranią, zaczęli przed noclegiem omawiać wyniki pobytu w Merseburgu.
– Opowiedz wszystkim, co wyczytałeś w biskupiej kronice – zagaił rozmowę Gromosław, zwracając się do Randulfa. – Spróbujemy zebrać dotychczasowe wiadomości.
– A mi cały czas w głowie to, coś mówił o Chaszczolu… – zaczął podchwytliwie Randulf.
– Chaszczol nas nie interesuje – przerwał mu stanowczo Gromosław. – Nie jesteśmy tu dla wypleniania zdrajców i szpiegów.
– Jednak byłoby lepiej dla was, gdybyście wyplenili zawczasu – zaperzył się niespodziewanie Wojomir. – Dla waszego dobra, zanim ta zaraza nikczemna nie rozleje się na całego po waszym kraju.
– W Polsce by sobie na to nie pozwolił, ubiliby go za takie ujadanie. Nie wiem, Wojomirze, skąd raptem ta gorycz…
– Bo to prawda. – Wojomir nie dał dokończyć Gromosławowi. – Połabie zgubili sami Połabianie, nie obcy. Zdrajcy, donosiciele, sprzedawczyki. Sprzedają siebie, rodzinę, sioło, plemię, gród, wszystko. Za srebro, konia, zbroję, stanowisko, obojętnie. Sąsiada się pozbyć? Brata wyrugować ze stanowiska? To w te pędy na skargę do Niemca lub Polaka. Przyjdą, pomogą, a przy okazji wszystko wokół zagarną. A jak nie do Niemca czy Polaka, to do zaślepionych żerców, co na jedno wychodzi. Zginęła dawna świetność, rozpadła się jedność plemion.
Gromosław milczał, nie miał ochoty na dalsze prowokowanie Wojomira, choć korciło go wypomnieć Połabianinowi, że przecież sam z siebie zaoferował służbę Polsce. Zmieniając temat, ponownie zwrócił się do Randulfa:
– U Thietmara coś o Radogoszczy?
– Znalazłem bardzo dokładny opis świątyni Swarożyca, okraszony wieloma szczegółami panujących tam obyczajów i rytuałów. Zdążyłem nawet sporządzić naprędce odpis. Tak jak ja to zrozumiałem, to sama Radogoszcz jest wielkim grodem o podstawie trójkąta, położonym pośrodku nieprzebytych lasów, przez tubylców nimbem świętości naznaczonych. Do grodu prowadzą z zewnątrz dwie bramy. Natomiast we wschodniej ścianie grodu znajduje się jeszcze trzecia, najmniejsza brama, która otwiera przejście na wąską ścieżkę. Ścieżka wychodzi bezpośrednio na długą groblę wrzynającą się w położone nieopodal, owiane grozą jezioro. Na końcu grobli, pośrodku jeziora, znajduje się wysepka, a na niej oważ tajemnicza świątynia. Przytoczę mniej więcej z pamięci fragment opisu Thietmara: „…zbudowana misternie z drzewa i usadowiona na fundamentach z rogów dzikich zwierząt”. Wewnętrzne ściany świątyni zdobi galeria licznych wizerunków przeróżnych bóstw pogańskich, bogiń i bogów. Najprawdopodobniej są to niezwykle artystycznie wykonane płaskorzeźby, na co nieświadomy Thietmar nie znalazł określenia. Natomiast wnętrze świątyni zapełniają posągi bogów, każdy uposażony w straszliwe uzbrojenie i podpisany imiennie. Ciekawe, w jakim lub w jakich językach? Największym i najważniejszym wśród tego słowiańskiego panteonu jest Swarożyc. Oprócz tego w świątyni znajdują się sztandary bojowe. Dzielne lutyckie woje za każdym wymarszem na wojnę zabierają ze sobą te sztandary. Terenu świątyni strzeże kasta kapłanów. To chyba tyle. Wynika z tego, że aby dostać się do świątyni, trzeba najpierw wtargnąć do grodu i skorzystać z trzeciej, wschodniej bramy. Chyba że popłyniemy łodzią i z brzegu jeziora dostaniemy się bezpośrednio na wyspę. Ale to chyba niemożliwe, w opisie Thietmara jezioro ukrytą zgrozą owiane. Może brzegi są szczelnie strzeżone?
– Wojomirze – spytał Gromosław – przypomnij, coś mówił przedtem o możliwym położeniu Radogoszczy, czy aby nie wspominałeś jakichś jezior?
– No, wspominałem. Według tego, co przez lata o uszy mi się obiło, stolica Redarów leży gdzieś w okolicy dwóch jezior, z których jedno na pewno zwie się Dołęże. Kilkaset metrów na południe od niego leży mniejsze jezioro zwane Lipowym. Natomiast kilkadziesiąt mil na zachód od Dołęży leży największe jezioro tamtego regionu, zwane Morzyckim. Nie wiadomo, ile w tym prawdy i czy Radogoszcz leży pomiędzy tymi jeziorami. Zresztą, którymi? A może w odległości paru mil od nich? Cały ten obszar pokryty jest licznymi jeziorami i rzeczkami powbijanymi w gęste lasy. Nad brzegami Morzyckiego usadowili się Morzyczanie, to już nie jest teren Redarów. Tyle wiem. Czyli wyspa ze świątynią znajduje się na którymś z dwóch jezior, Dołęże lub Lipowe.
– Poczekamy, co przyniesie nam wizyta w Brennie – zawyrokował Gromosław. – Nie chce mi się wierzyć, by Sławigost lub któryś z jego ludzi nie znali drogi do Radogoszczy, przecież Sławigost poślubił przed wieloma laty córkę Pakosza, najwyższego żercy Lutyków. Co, nie pamiętacie, jak nam Randulf w Kopaniku z zapisków Stodora czytał?
– To po cośmy w ogóle jechali do Merseburga, skoro Stodoranie znają drogę do Radogoszczy? – zapytał Czambor.
– Bo tak się uparł Bolesław – odparł Gromosław. – Tuni wmówił księciu, że kronika Thietmara zawiera dokładny opis świątyni. Poza tym Bolesław chciał, byśmy wybadali nastroje wśród Niemców, szczególnie zachowanie Thietmara, czy może wiedzą coś o kradzieży włóczni.
– Gromo – wtrącił się Bernard z podchwytliwą wesołością w głosie – a nie chciałbyś wyskoczyć najpierw do Kopanika, prawie po drodze…
– Hej! – przerwał mu gwałtownie Gromosław, wskazując jednocześnie głową na zajętego obgryzaniem pieczeni Srogosza.
Bernard zamilkł. No tak, Srogosz. Za bardzo nie wiedzieli, jak go traktować. Starszy od nich chyba trzykrotnie, owiany sławą zapomnianych bitew, małomówny. A do tego niewątpliwie bliski zaufany Bolesława. Nie wiadomo, co przy nim można powiedzieć, a co nie, jak się zachować, bo o wszystkim doniesie później księciu. Bernard przysiadł się bliżej do Gromosława i coś mu tam szeptem tłumaczył. Srogosz, podobnie jak Randulf i Czambor, zapamiętale skupił się na jedzeniu. Nikt nie zwrócił uwagi na niespokojne zachowanie Wojomira. Raptem Połabianin powstał z wolna od ogniska i podążywszy w północnym kierunku, zagłębił się w ścianę lasu. Po jakimś czasie z przeciwnej strony lasu, przeciwległej do kierunku, w którym udał się Wojomir, dobiegły do nich wrzaski i okrzyki. Zerwali się na równe nogi, chwytając za oręż. Spomiędzy drzew wychynął wkrzański wojownik, ciągnąc za sobą na sznurze miotającego się… Chaszczola.
Oniemieli.
– Co tak spoglądacie? – spytał spokojnie Wojomir i rzucił Chaszczola kopnięciem na ziemię. – Mówiłem, że zrośnięty jestem z otaczającym mnie światem. Czuję każde drgnięcie lasu. To łajno tropiło nas od Merseburga, czekałem tylko na dogodny moment, by go chwycić.
Chaszczol bez tortur wyznał, że działał z rozkazu Thietmara, miał ich śledzić niepostrzeżenie i donieść biskupowi o ich zamiarach.
– Pismo miał przy sobie – zauważył Wojomir – ale zdążył zjeść, zanim go związałem.
– To już w kiszkach zmielone. – Bernard podrapał się po głowie.
– Może nie – zauważył Wojomir. – Całe strzępy odrywał jak zając płaty sałaty i łykał bez przeżuwania.
– Na to jest rada. – Czambor wyjął miecz. – Brzuch rozprujemy.
– Trzeba go ukarać – zadecydował Gromosław. – I to przykładnie.
– U nas szpiegom obcinają języki – podsunął pomysł Randulf.
– Oczy wydłubać. – Niespodziewanie Srogosz stał się rozmowny. – Za patrzenie nie na swoje sprawy, a do tego obciąć język, żeby więcej nie donosił.
– To i dłonie trzeba odrąbać – rzekł Czambor – żeby nie napisał, co widział i słyszał, bo przecież w gospodzie się chwalił, że piśmienny.
– Kiedyś Henryk, sunąc zbrojnie na Polskę przez Połabie, posłańców ze Stodoranii do Bolesława na drzewach powiesił, pomimo że szlachetnie urodzeni byli – wtrącił Bernard.
Wojomir był odmiennego zdania.
– Do drzewa przywiązać, brzuch otworzyć i niech czeka z wyprutymi kiszkami na wilki.
– Po co od razu zabijać? – obruszył się Bernard. – Wystarczy uszy obciąć za podsłuchiwanie.
– Tak, właśnie – zawyrokował Gromosław. – Obetniemy mu uszy i puścimy wolno. Niech go Thietmar ukoi głaskaniem. Który chętny?
– Ty jesteś dowódcą. – Wzruszył ramionami Bernard. – Do ciebie należy wykonanie wyroku.
– My nie Sasy ani wikińskie Duńczyki – odparł mu Gromosław. – U nas dowódcy rozkazują, a bronią machają na polu bitwy. No, co jest? Nagle opuścił was zapał ukarania Chaszczola? Czambor, może ty? Słyszałeś, jak na nas, Polaków, ujadał?
– Ja tam odmawiam. – Czambor rozkraczył się i splótł ręce na piersiach. – Mogę go najwyżej ściąć toporem lub mieczem.
– Wojomir? – nalegał Gromosław
– On Polak, co mi do niego – odparł Połabianin. – Sami między swymi sprzątajcie.
– Randulf? Srogosz? – pytał dalej Gromosław.
– Ja mu obetnę uszy – rzekł niespodziewanie Bernard, wprawiając pozostałych w osłupienie.
– Ty?! – Gromosław oniemiał.
– Ano właśnie ja – odparł Bernard. – Z czystej złośliwości.
Pochylił się nad wijącym się na ziemi i jąkającym Chaszczolem. 
 – Saskiemu biskupowi się wysługujesz? Na własnych rodaków sarkasz, polskiej krwi się wypierasz? Saski biskup dobry pan, co? Ludzki pan, rękę z pierścieniem guzowatym do polizania poda, srebrem wynagrodzi? To ci teraz rodowity saksoński rycerz służbę wynagrodzi!
– Benno, pożyczyć ci mój sztylet? – spytał usłużnie Randulf.
– Mam własnego saksa, po przodkach odziedziczonego – odmówił Bernard i wyjął z pochwy długi szeroki nóż.
Chaszczol darł się wniebogłosy, gdy Bernard unieruchomił mu głowę między kolanami i przymierzał się do wykonania wyroku:
– Nieee! Niee! Zrobię dla was wszystko, darujcie mi uszy!
Nie zważając na wrzaski Chaszczola, Bernard odciął mu sprawnie jednym cięciem lewe ucho. Nieszczęśnik nie stracił przytomności, tylko darł się dalej:
– Ty też zdradzasz! Swoich Sasów! Żeby ci tak twoi kiedyś uszy obcięli!
Wtedy Bernard zamarł. Po chwili wypuścił szamotającego się Chaszczola z uścisku kolan, wsunął saksa do pochwy i wyrzekł tylko:
– Rozmyśliłem się, jedno ucho wystarczy. Wasza sprawa, co z nim dalej zrobicie.
Stanęło na tym, że Chaszczol zachował i życie, i prawe ucho. Po wszystkim Wojomir nałożył mu maści na ranę i owinął grubą szmatą. Na koniec rozebrali go do naga i puścili wolno.

Robert F. Barkowski

 

Fragment z powieści Włócznia Chrobrego (tom 1 cyklu „Na piastowskiej służbie”)

 

O Autorze:

Robert F. Barkowski, ur. 1963 w Zielonej Górze. Członek Związku Literatów Polskich oraz niemieckiego PEN-Clubu. Autor kilkudziesięciu książek prozatorskich i popularnonaukowych. Mieszka w Berlinie.

Strona internetowa: www.robert-barkowski.com

 

 

Subskrybcja
Powiadomienie
0 Komentarze
Najstarsze
Najnowsze Popularne
Inline Feedbacks
View all comments