Arthur Conan Doyle – Uwaga!!!

Opowieść Arthura Conan Doyle’a  o… wojnie podwodnej Dawida z Goliatem, albo Norlandu z Wielką Brytanią. Ta fikcyjna opowieść była napisana 18 miesięcy przed wybuchem I wojny światowej przez słynnego autora Sherlocka Holmesa jako ostrzeżenie dla brytyjskiego imperium.

Uwaga!!!
[część pierwsza]

Dziennik komandora Johna Siriusa

Zdumiewająca rzecz: Brytyjczycy, mający opinię ludzi praktycznych, zupełnie nie dostrzegli w czas śmiertelnego zagrożenia, na które zostali w pewnym momencie wystawieni. Latami wydawali po sto milionów funtów rocznie na swe siły zbrojne. Budowali eskadry drednotów, z których każdy kosztował dwa miliony funtów szterlingów. Krocie pochłaniała budowa krążowników. Takoż brytyjskie siły lekkie oraz podwodne były nadzwyczaj potężne. Nie znaczy to bynajmniej, że Brytania była słaba w powietrzu – zwłaszcza, gdy chodziło o wodnosamoloty. Do tego należy dodać bardzo sprawną, niewielką ilościowo, ale i najdroższą w Europie armię lądową. Mimo to w godzinie próby cała ta potęga okazała się niemal bezużyteczna! Spory kraj nieledwie runął w gruzy tak, jak gdyby nie posiadał ani jednego okrętu, ani jednego żołnierza pod bronią.

A wszystko to przeze mnie – komandora Johna Siriusa, oficera marynarki wojennej jednego z najmniejszych mocarstw Europy, dowódcy flotylli liczącej ledwie osiem jednostek, wartych w sumie niecałe dwa miliony funtów szterlingów.

Chyba nikt na świecie nie opowie całej tej historii lepiej ode mnie.

Nie chcę Cię nudzić, Czytelniku, opowiadaniem o sporach o granice imperiów, zaostrzonych w pewnym momencie przez zabójstwo dwóch misjonarzy. Oficer marynarki wojennej nie powinien mieszać się do polityki. Na arenie wydarzeń znalazłem się dopiero po otrzymaniu przez nas ultimatum. Gdy admirał Horli został wezwany do Kwatery Głównej, poprosił o pozwolenie przyprowadzenia  mnie ze sobą. Przypadkiem wiedział, że trochę znam słabe strony Brytanii i mam kilka sposobów na odpowiednie ich wykorzystanie. W spotkaniu w Kwaterze uczestniczyły cztery osoby — Jego Wysokość Król, minister spraw zagranicznych,  admirał Horli i ja. Otrzymane przez nas ultimatum dawało nam na odpowiedź czterdzieści osiem godzin czasu.

Nie było tajemnicą, że Jego Wysokość i minister byli za przyjęciem ultimatum. Nie widzieli możliwości wystąpienia przeciw brytyjskiej potędze. Minister opracował nawet projekt pozytywnej odpowiedzi Brytyjczykom, a Król, siedząc za stołem, ze łzami poniżenia w oczach studiował dokument ministra.

– Obawiam się, Wasza Królewska Mość – rzekł minister – że nie mamy innego wyjścia. Nasz poseł właśnie przysłał z Londynu raport, z którego wynika, że oni tam są bardzo zwarci. Wszyscy, zarówno opinia publiczna, jak i prasa. Wrzenie wśród Brytyjczyków narasta, a bezmyślne znieważenie ich flagi przez Malorta dolewa jeszcze oliwy do ognia. Przyjdzie nam ustąpić.

Jego Wysokość smutno spojrzał na admirała.

– Czym dysponuje pan teraz na morzu, admirale? – zapytał.

– Dwoma pancernikami – odpowiedział Horli – czterema krążownikami, dwudziestoma torpedowcami i ośmioma łodziami podwodnymi.

Król potrząsnął głową.

– Widzę, że wszelki opór będzie szaleństwem – powiedział.

– Chwileczkę, Wasza Wysokość – zanim podejmiecie decyzję, chciałbym, żebyście przedtem wysłuchali komandora Siriusa, który ma bardzo ciekawy plan pokonania Brytyjczyków.

– Szkoda mi czasu! – odpowiedział zapalczywie Jego Wysokość – Nic z tego nie będzie. Sądzi pan, komandorze, że jest pan w stanie pokonać ich flotę?

– Jeśli Wasza Wysokość pozwoli – odpowiedziałem – to powiem, że idąc za moją radą rzucicie dumną Brytanię na kolana w ciągu czterech do sześciu tygodni. Daję za to głowę!

Brzmienie mego głosu przykuło uwagę Jego Wysokości.

– Jest pan bardzo pewny siebie, komandorze Sirius.

– Nie mam co do tego wątpliwości, Wasza Wysokość.

– Cóż więc pan radzi?

– Niech cała nasza flota pozostanie pod osłoną fortów Blankenbergu, chroniona dodatkowo zagrodami i sieciami. Może tam pozostać na kotwicy aż do końca działań. Proszę Was jedynie o oddanie pod moje dowództwo ośmiu naszych łodzi podwodnych i o pozwolenie nam na działanie w myśl mojego planu.

– I co, komandorze, zaatakujecie nimi brytyjskie pancerniki?

– Nie, Wasza Wysokość, nawet nie podpłyniemy do żadnego z nich.

– Dlaczego?

– Bo mogłyby zrobić nam krzywdę.

– Oficer marynarki boi się okrętów przeciwnika?!

– Nie idzie o mnie, Wasza Wysokość; ja jestem w służbie mego kraju. Mamy osiem łodzi podwodnych. W rękach ich dowódców i załóg jest nasz los. Dlatego nie mogę ryzykować strat. Nikt i nic nie zmusi mnie do otwartej walki z wrogiem.

– Co więc pan zamierza, komandorze?

– Zamierzam zrobić, co następuje.

Wyłożyłem mój plan w ciągu pół godziny. Jasno, ściśle, w mocnych słowach. Spędziłem wszak niejedną godzinę w samotności, obmyślając wszystko w najdrobniejszych szczegółach. Pozostali obecni słuchali mnie z uwagą, a Jego Wysokość nie spuszczał ze mnie oka. Minister siedział bez ruchu.

– Czy jest pan pewien tego wszystkiego, komandorze?

– Całkowicie, Wasza Wysokość.

Król wstał od stołu.

– Ultimatum pozostanie bez odpowiedzi – powiedział. – Proszę ogłosić obu izbom Parlamentu, że pozostaniemy przy swoim nawet w obliczu groźby. Pana, admirale Horli, proszę o jak najściślejsze spełnienie wszystkich życzeń komandora Siriusa, które pomogą mu w realizacji jego planu. A pan, komandorze Sirius, ma od tej chwili wolną rękę i proszę działać zgodnie z planem. Pański król będzie wiedział, jak się panu odwdzięczyć.

Nie chcę nudzić Cię, Czytelniku, opisywaniem działań podjętych w Blankenbergu. Dość powiedzieć, że w ciągu tygodnia od wypowiedzenia wojny Brytyjczycy gładko rozprawili się tak z Blankenbergiem, jak i całą naszą flotą nawodną.

Opowiem za to  szczegółowo o moim planie, tak znakomicie zrealizowanym.

Moja flotylla ośmiu łodzi podwodnych – o nazwach ‘Alpha’, ‘Beta’, ‘Gamma’, ‘Theta’, ‘Delta’, ‘Epsilon’, ‘Jota’ i ‘Kappa’ – zdobyła sobie taką sławę, że ludzie podejrzewali same łodzie i ich załogi o nadzwyczajne cechy i zdolności. Nic bardziej mylnego. Co prawda cztery z nich – ‘Delta’, ‘Epsilon’, ‘Jota’ i ‘Kappa’ – były jednostkami najnowszej generacji, ale przecież pozostałe mocarstwa również miały w swoich flotach podobne łodzie podwodne. “Podobne” nie znaczy jednak “lepsze”. Z drugiej strony ‘Alpha’, ‘Beta’, ‘Gamma’ i ‘Theta’ do nowoczesnych nie należały; zbudowano je swego czasu na wzór starszych jednostek brytyjskich typu F o wyporności ośmiuset ton w zanurzeniu każda, spalinowych silnikach o mocy po tysiąc sześćset koni mechanicznych i prędkości osiemnastu węzłów na powierzchni i dwunastu pod wodą. Długość kadłuba każdej z nich wynosiła sto osiemdziesiąt sześć, a szerokość – dwadzieścia cztery stopy. Łodzie miały zasięg czterech tysięcy Mm i mogły pozostawać w zanurzeniu do dziewięciu godzin. W roku 1915 jednostki te stanowiły ostatni krzyk techniki wojennomorskiej, lecz łodzie nowsze biły je na głowę pod każdym względem. Nie wdając się zanadto w szczegóły powiem, że były one po prostu lepsze od starszych o niemal 25 procent i dysponowały szeregiem urządzeń dodatkowych, jakich próżno było szukać na poprzedniczkach. Zaproponowałem, by zamiast starych, wielkich, półtonowych torped systemu Bakdorf (z których każda miała dziewiętnaście stóp długości i głowicę wypełnioną dwustufuntowym ładunkiem bawełny strzelniczej), wyposażyć moją flotyllę w wyrzutnie przystosowane do osiemnastu torped, mniejszych o połowę. Chodziło o uniezależnienie moich łodzi od baz lądowych.

Z drugiej strony jakaś  b a z a  na lądzie była nam potrzebna, więc od razu przedsięwziąłem kroki niezbędne dla jej pozyskania. Rzecz jasna, Blankenberg był ostatnim miejscem, jakie nadawało się w moich oczach do roli owej “bazy”. Bo i po co nam w ogóle jakaś “baza” lądowa? Przecież porty bywają obserwowane i czasem okupowane. Nam mogła wystarczyć na przykład mała farma na odludziu, odległa od najbliższego portu o trzydzieści mil morskich! Poleciłem, by zawczasu i w tajemnicy umieszczono w wybranym miejscu zapasy paliwa do silników moich łodzi, części zamiennych do nich, nadto torped, baterii akumulatorów, peryskopów z osprzętem i wszelkich innych rzeczy niezbędnych w akcji. Naszą bazą operacyjną stał się mały domeczek o pobielonych wapnem ścianach, należący do pewnego emeryta.

Póki co, łodzie stacjonowały w Blankenbergu, więc tam też udałem się i ja. Baza gotowała się do obrony; każdego dnia na głowy obrońców spadało wciąż nowe zagrożenie. Brytyjczycy wzmacniali swe siły. Termin ultimatum jeszcze wprawdzie nie upłynął, lecz było jasne, że gdy upłynie czas, wróg uderzy natychmiast. Tak też się stało. Najpierw nad naszymi umocnieniami zaczęły krążyć na wielkiej wysokości cztery (zapewne rozpoznawcze) samoloty wroga. Ja sam, z mojego stanowiska obserwacyjnego u szczytu morskiej latarni, naliczyłem przed bazą trzydzieści pancerników i krążowników oraz pewną ilość trałowców, które miały pomóc Brytyjczykom pokonać nasze zagrody minowe. Podejścia do bazy bronione były przez dwieście kontaktowych, lub odpalanych zdalnie z brzegu, min morskich, które – jak się miało okazać – nie powstrzymały wroga przed atakiem: ledwie po trzech dniach i miasto, i okręty w bazie uległy zniszczeniu.

Dość jednak o tym – moim zadaniem nie jest opowiadanie o poszczególnych wydarzeniach toczącej się wojny, lecz o moim w niej udziale, który miał tak decydujący wpływ na jej wynik.

Pierwszą moją decyzją było wysłanie czterech starszych łodzi do miejsca obranego przez nas za bazę. Tam jednostki miały za dnia przebywać w zanurzeniu, leżąc na dnie na głębokości dwudziestu stóp, a wynurzać się nocami. Surowo zakazałem dowódcom i załogom jakichkolwiek działań wobec przeciwnika, nawet w najbardziej kuszących okolicznościach. Łodzie, ich dowódcy i załogi mieli  niewidoczni pozostawać w gotowości, czekając na rozkazy. Po zapoznaniu komandora porucznika Panzy – dowódcy naszej flotylli rezerwowej – z zamiarami, pożegnałem się z nim, pozostawiając mu spisane w notatniku zalecenia taktyczne i informując go o środkach, jakie będzie mógł stosować w zależności od rozwoju sytuacji.

Teraz mogłem zająć się moją flotyllą, którą od razu podzieliłem na dwa dywizjony, zatrzymując pod moim dowództwem ‘Jotę’ i ‘Kappę’, a ‘Deltę’ i ‘Epsilon’ oddając komandorowi Miriamowi. Ten ostatni miał operować w Kanale La Manche. Moim sektorem operacyjnym stała się Cieśnina Dover, zwana też Kaletańską. Zapoznałem z moim planem komandora Miriama, po czym poleciłem wyposażyć łodzie w niezbędne zapasy.  Obejmowały one czterdzieści ton tzw. ciężkiego oleju napędowego dla silników, które w ruchu ładowały akumulatory niezbędne do poruszania się łodzi pod wodą. Każda łódź miała, jako się rzekło, osiemnaście torped i pięćset pocisków do pokładowej, szybkostrzelnej dwunastofuntówki, chowanej w zanurzeniu do specjalnego, wodoszczelnego przedziału w kadłubie. Mieliśmy zapasowe peryskopy i maszty radiowe, podnoszone w razie konieczności ponad kioskiem. Każda załoga dysponowała zapasem żywności na szesnaście dni. Cztery tak wyposażone łodzie podwodne wyruszały w morze, by zmieść z jego powierzchni wszystkie brytyjskie siły zbrojne. O zachodzie słońca pamiętnego dziesiątego kwietnia wyszliśmy w nasz historyczny rejs.

Komandor Miriam wyszedł w morze po południu; jego sektor był znacznie dalej, niż nasz. Dowódca ‘Kappy’, kmdr por. Stephan, wyruszył razem ze mną, ale wiedzieliśmy, że działać przyjdzie nam niezależnie od siebie. Każdy z nas, zamykając właz kiosku swojej łodzi na spokojnych wodach Blankenbergu, brał pod uwagę również to, że może już nigdy więcej się nie zobaczymy, choć będziemy tak blisko siebie. Pomachałem z kiosku Stephanowi, a on mi. Zbiorniki balastowe naszej łodzi były pełne, a wszystkie ważne zawory   pozamykane. Przez tubę głosową rozkazałem mojemu mechanikowi, by ruszał całą naprzód.

Ledwie wyszliśmy poza główki falochronu, zaczęły biec ku nam białogrzywe fale; ustawiłem stery głębokości mojej łodzi na zanurzenie i ‘Jota’ szybko poszła w dół, pod wodę. Przez grube, szklane iluminatory kiosku widziałem, jak woda wokół nas stopniowo zmienia barwę z zielonkawej na granatową; wskazówka na tarczy manometru pokazywała głębokość dwudziestu stóp. Pozwoliłem łodzi opaść na czterdzieści stóp – na tej głębokości, w razie napotkania okrętów brytyjskich, pływalibyśmy na tej głębokości pod ich kadłubami. Z drugiej strony jednak zagroziłyby nam własne miny kontaktowe. Na czterdziestu stopach wyważyłem łódź. Delikatne odgłosy pracujących silników elektrycznych brzmiały w moich uszach, jak muzyka. ‘Jota’  płynęła z prędkością dwunastu węzłów ku swemu przeznaczeniu.

Gdyby kopuła nad moją głową była ze szkła, to stojąc na stanowisku dowodzenia, wśród różnych dźwigni i przyrządów, mógłbym dostrzec nad sobą wielkie cienie kadłubów jednostek brytyjskiej blokady. Przez półtorej godziny sterowałem kursem na zachód, po czym wyszedłem na głębokość peryskopową, redukując obroty elektrycznych silników, ale nie usuwając wody ze zbiorników balastowych. Morze na powierzchni było wzburzone, wiatr przybierał na sile. Dłuższe pozostawanie z otwartym włazem byłoby w tych warunkach zbyt dużym ryzykiem. Ze szczytów wysokich fal mogłem jednak od czasu do czasu spojrzeć na pozostały za rufą Blankenberg. Widziałem czarne kominy i co wyższe partie nadbudów jednostek floty wroga, zaróżowione teraz promieniami zachodzącego słońca. Kiedy przyglądałem się wrogim okrętom, usłyszałem dalekie odgłosy wystrzałów z ciężkich dział. Spojrzałem na zegarek – właśnie minęła godzina szósta. Termin ultimatum upłynął; znaleźliśmy się w stanie wojny.

Wody wokół nas ziały pustką. Na powierzchni moja ‘Jota’ rozwijała prędkość dwa razy większą, niż w zanurzeniu, więc poleciłem szasować balasty, po czym cielsko ‘Joty’, podobne do grzbietu wieloryba, wyskoczyło na powierzchnię. Ruszyłem z prędkością osiemnastu węzłów kursem północno-zachodnim, płynąc tak całą noc. Około piątej rano następnego dnia, stojąc na maleńkim pomoście ‘Joty’, spostrzegłem dalekie, rozproszone światła brzegów Norfolku.

– Cóż, szanowny panie Bull – powiedziałem do siebie – pora na lekcję; właśnie przybywa pański nauczyciel. Nie można żyć udając, że wszystko jest w porządku, jeśli nie jest. Same partie to za mało, potrzeba jeszcze rozsądku, a tego panu brak, sir!

Nagle zrobiło mi się żal tysięcy niczemu niewinnych ludzi tam na brzegu: górników z Yorkshire, tkaczek z Lancashire, robotników z zakładów w Birmingham, dokerów z portu w Londynie. Wkrótce im samym oraz ich rodzinom zajrzy w oczy widmo głodu. Widziałem w myślach ręce, wyciągające się po cokolwiek do jedzenia – i siebie, komandora Siriusa, odtrącającego je wszystkie. Trudno, jest wojna; kto wczoraj odważył się ją rozpętać, dziś niech ponosi konsekwencje!

Tuż przed świtem dostrzegłem w prawo przed dziobem, na WSW, odległe o jakieś dziesięć mil światła sporego miasta, zapewne Yarmouth. Zmieniłem kurs, odchodząc bardziej na pełne morze, bo tamtejsze wybrzeża są zdradliwe i pełne mielizn. O wpół do szóstej rano znaleźliśmy się na trawersie latarniowca Lowestoft. Okręt ochrony wybrzeża wysyłał reflektorem jakieś sygnały, które bladły w coraz większej jasności budzącego się nad wodą dnia. Wokoło roiło się od statków rybackich i małych frachtowców przybrzeżnych. Na zachodzie widać było kadłub wielkiego parowca. Między ‘Jotą’ a lądem płynął wrogi torpedowiec. Nie stanowił póki co zagrożenia, lecz nie chcąc, by obecność mojej łodzi w okolicy odkryto zbyt wcześnie, rozkazałem zanurzyć ‘Jotę’ na jakieś dziesięć stóp. Z satysfakcją zauważyłem, że zanurzenie zajęło niecałe trzy minuty; przecież jeśli w pobliżu zjawi się nagle jakiś szybki okręt wroga, to od szybkości manewru zanurzenia będzie zależało moje życie.

Znajdowaliśmy się o parę godzin drogi od naszego sektora operacyjnego; postanowiłem nieco odpocząć, przekazując dowodzenie ‘Jotą’ Vornalowi. Gdy obudził mnie o dziesiątej, łódź płynęła na powierzchni wzdłuż wybrzeży Essexu i mielizn Maplin Sands. Gazety naszych brytyjskich przyjaciół – z właściwą im, rozbrajającą szczerością – poinformowały nas, że Cieśniny Kaletańskiej strzeże kordon, złożony z torpedowców. Zadaniem ich dowódców i załóg było przechwycenie wrogich łodzi podwodnych, próbujących pokonać tę Cieśninę. Przypominało to przegradzanie  deską strumienia, by zatrzymać przepływające węgorze. Wiedziałem, że także Stephan bez trudu osiągnie swój sektor, leżący nieco na zachód od naszego. Nasz sektor znajdował się w rejonie  ujścia Tamizy. Moja mała ‘Jota’ – dowodzona przez znającego swe zadanie i przygotowanego do akcji oficera – czekała tam na swoje łupy, uzbrojona w osiemnaście torped i jedno szybkostrzelne działo.

Powróciwszy na stanowisko w kiosku łodzi – która się w międzyczasie zanurzyła – w odległości kilkuset jardów, po lewej burcie przed dziobem, dostrzegłem latarniowiec. Żaden z dwóch ludzi na jego pokładzie nie zwrócił uwagi na niewielki pręcik peryskopu tak blisko kadłuba ich statku. Pogoda była idealna do ataku – morze było  akurat na tyle wzburzone, by utrudnić ewentualne wykrycie naszej łodzi przez przeciwnika i na tyle spokojne, by pozwolić na obserwację obiektów spod wody. Moja łódź miała trzy peryskopy, każdy o kącie widzenia sześćdziesięciu stopni, co razem umożliwiało obserwację pełnego półokręgu horyzontu. O pół mili od ‘Joty’ dwa brytyjskie krążowniki podążały na północ, ledwie opuściwszy ujście Tamizy. Gdyby przyszła mi na to chętka, łatwo mógłbym je zaatakować i zatopić, ale czekało mnie znacznie poważniejsze zadanie. Dalej na południe od nas torpedowiec płynął na zachód, ku Sheerness. Bliżej znajdował się tuzin mniejszych jednostek w ruchu, z których żadna nie zasługiwała na naszą uwagę – w końcu wielkie kraje nie importują naprawdę ważnych towarów na tak małych stateczkach. Zmniejszyłem prędkość mojej łodzi niemal do zera, ot, byle tylko utrzymać kurs pod wodą,  i wolno płynąc wszerz estuarium czekałem cierpliwie na okazję, która prędzej czy później  m u s i a ł a  nadejść.

Nie czekałem zbyt długo. Krótko po pierwszej dostrzegłem w okularze peryskopu słup dymu na południe od nas. Po trzydziestu minutach słup ten zmienił się w wielki parowiec, zmierzający do ujścia rzeki. Kazałem Vornalowi obsadzić prawoburtową wyrzutnię torped; na wszelki wypadek załadowaliśmy podwodny pocisk także do drugiej wyrzutni. Zacząłem wolno zbliżać się do statku, który  płynąc bardzo szybko, stanowił dogodny cel. Ustawiłem ‘Jotę’ w pozycji obok której statek musiał przepłynąć, ale nie mogłem zaczaić się nań po prostu z racji ryzyka nagłego wynurzenia się na powierzchnię morza. Ruszyłem w stronę celu – bardzo wielkiego frachtowca o nośności co najmniej piętnastu tysięcy ton, czarnym kadłubie z czerwoną częścią podwodną i dwóch kremowych kominach. Statek siedział głęboko w wodzie – widać było, że jest w pełni załadowany. Na baku dostrzegłem grupę ludzi, zapewne wypatrujących dawno nie widzianych, ojczystych brzegów. Żaden z nich z pewnością nie spodziewał się “powitania”, jakie ich czekało…

Statek zbliżał się, dymiąc obficie z kominów i rozcinając dziobem wodę. Moja chwila nadeszła, kiedy znalazł się o ćwierć mili od ‘Joty’. Rzuciłem mechanikowi rozkaz “cała naprzód!” i ruszyliśmy do ataku. Wyliczyłem wszystko, co do sekundy. W odległości jakichś stu jardów od celu rozkazałem odpalić torpedę. Usłyszałem szczęk i syk powietrza, a w chwilę później przestawiłem ster głębokości na zanurzenie i zmieniłem kurs. Dość bliska eksplozja silnie wstrząsnęła łodzią, na krótką chwilę niemal przewracając ją na burtę, po czym drżący kadłub ‘Joty’ powrócił na równą stępkę. Zatrzymałem silnik, wynurzyłem łódź i otworzyłem właz kiosku. W kadłubie pod kioskiem zebrało się kilku ludzi z mojej załogi, ciekawych tego, co działo się na powierzchni morza.

Zaatakowany statek tonął rufą o dwieście jardów od nas. Nazywał się ‘Adela’, był z Londynu; po jego pokładzie biegali ludzie. Później dowiedziałem się, że frachtowiec wiózł do kraju mrożoną baraninę z Nowej Zelandii. Dziwne może wydawać się to, że ludzie na tonącym statku wciąż nie zdawali sobie sprawy, że zaatakowano go torpedą; sądzili, że raczej najechał na minę. W części rufowej, po prawej burcie kadłuba ziała spora dziura; frachtowiec tonął szybko. Załoga jednak zachowywała się wspaniale. Widzieliśmy, jak pełne ludzi łodzie jedna po drugiej, niczym podczas próbnego alarmu szalupowego, zjeżdżały z pokładu i odpływały od wraku. Nagle na jednej z nich, czekającej w pewnej odległości na pozostałe, musiano dostrzec dość blisko kiosk ‘Joty’! Widziałem, jak ludzie w tej łodzi krzyczeli coś i wymachiwali rękami w naszą stronę, a rozbitkowie z innych szalup powstawali z ławek, by lepiej widzieć, co się dzieje. Nie obchodzili mnie zbytnio; sądziłem, że już wiedzą, co zatopiło ich statek. Jeden z rozbitków wspiął się na tonący wrak – byłem pewien, że to ich telegrafista chce jeszcze nadać ostrzeżenie o naszej obecności, ale przecież i tak musiano o nas wiedzieć już od dawna. Nie zwracałem uwagi na dzielnego rozbitka, choć można go było po prostu zastrzelić. Zamiast tego pomachałem rozbitkom ręką, a oni odpowiedzieli machaniem. W czasie wojny podobno milkną nie tylko muzy, lecz z drugiej strony – to też byli ludzie…

Wciąż patrzyłem na tonącą ‘Adelę’, kiedy stojący przy mnie Vornal nagle coś krzyknął i złapał mnie za ramię. Odwróciłem głowę i zobaczyłem wielki, nadpływający statek o czarnym kadłubie i kominach, pod dobrze mi znaną flagą P & O. Znajdował się o mniej niż milę od nas; błyskawicznie obliczyłem, że nawet jeśli wachtowi na jego mostku nas dostrzegą, to nie będą mieli już czasu, by uciec. Ruszyliśmy ostrożnie na zbliżenie. Tamci musieli dostrzec zarówno tonący statek, jak i małą ciemną plamkę sunącą po powierzchni morza – i natychmiast zrozumieli, co się święci. Dostrzegłem ludzi, biegnących w stronę dziobu statku, po czym dał się słyszeć odgłos szeregu wystrzałów z broni ręcznej. Dwa pociski odbiły się od naszego czterocalowego pancerza. Strzelając do mojej ‘Joty’ z karabinów, ludzie ze statku równie dobrze mogli próbować powstrzymać kulkami z papieru szarżującego byka! Odrobiłem lekcję, jaką dała mi ‘Adela’: tym razem wystrzeliłem torpedę z dużo większej odległości, to jest dwustu pięćdziesięciu jardów. Trafiła w śródokręcie, powodując wielką eksplozję, ale na szczęście byliśmy daleko. Trafiony statek zatonął niemal błyskawicznie; żal było mi ludzi, którzy zginęli wraz z nim. Musiało ich być sporo, na pewno ponad dwustu, w tym z siedemdziesięciu Laskarów i czterdziestu pasażerów. Myślałem o nich, ale także o tym, że właśnie poszedł na dno spory ładunek zboża. Wykonałem moje zadanie, i to mnie cieszyło.

Dla firmy P & O było to z pewnością czarne popołudnie. Drugi zniszczony przez nas statek – jak wkrótce się dowiedzieliśmy – nazywał się ‘Moldavia’, miał piętnaście tysięcy ton i był jedną  z najlepszych jednostek jej floty. Wkrótce, około trzeciej, zniszczyliśmy jeszcze jeden ich statek, ośmiotysięcznik ‘Cusco’, wiozący również  ładunek zboża ze wschodu. Dziwiłem się dlaczego kapitan tego ostatniego frachtowca (na pewno wiedząc o zagrożeniu od swego telegrafisty!) wpakował się nam prosto pod wyrzutnie. Nie był to bynajmniej koniec – wkrótce napotkaliśmy dwa kolejne statki. Zarówno ‘Maid of Athens’ spod flagi Robson Line, jak i ‘Cormorant’ – małe, niemające radia jednostki o tonażu jakichś pięciu do siedmiu tysięcy ton – podzieliły los poprzedników. Aby zatopić drugą z nich, musiałem wynurzyć ‘Jotę’ i wpakować w cel pod linią wodną sześć pocisków z mojej dwunastofuntówki. O ile wiem, obie załogi bezpiecznie opuściły statki w szalupach i obyło się bez ofiar.

Póki co, był to ostatni statek, jaki napotkaliśmy; nie oczekiwałem też kolejnych. Zapewne zdążono rozesłać na wszystkie strony ostrzeżenia o nas, ale i tak mogłem być zadowolony z naszych dotychczasowych osiągnięć: zatopiliśmy pięć statków między Maplin Sands i Nore, uszczuplając flotę handlową wroga o jakieś pięćdziesiąt tysięcy BRT; musiało się to już dać odczuć na rynkach i londyńskiej giełdzie, nie mówiąc już o depresji w biurze starego dobrego Lloyda! Oczyma wyobraźni czytałem tytuły wieczornej prasy i wyobrażałem sobie reakcję Fleet Street. Potrząsnęliśmy przez nasze działania prawdziwym gniazdem os: rozbawieni obserwowaliśmy, jak wściekłe torpedowce przez cały wieczór ganiały tam i sam koło Sheerness. W powietrzu, na tle zabarwionego czerwienią zachodu nieba, roiło się od samolotów i wodnopłatowców. Wreszcie nas odkryli! Jeden z obserwatorów wrogiego torpedowca musiał dostrzec nasz peryskop przez szkła, po czym okręt całą naprzód ruszył w naszą stronę. Byłby niechybnie nas staranował, nawet za cenę samozniszczenia, ale my mieliśmy, rzecz jasna, nieco inne plany. Zanurzyłem moją łódź i oddaliłem się na ESE, od czasu do czasu wychodząc tuż pod powierzchnię morza. W końcu wynurzyłem moją łódź niezbyt daleko od brzegów Kentu; daleko na zachodzie widzieliśmy światła reflektorów naszych prześladowców. Przeczekaliśmy całą noc, leżąc cicho na wodzie u wrogich brzegów – wszak łódź podwodna w nocy jest nie do wypatrzenia. Wszyscy na pokładzie potrzebowaliśmy odpoczynku; człowiek obsługujący maszyny sam nie jest bynajmniej maszyną.

Podniosłem nad kioskiem ‘Joty’ antenę radiową i bez trudności nawiązałem łączność z kmdr. Stephanem. Ten poinformował mnie, że jego łódź znajduje się przed Ventnor, i że niestety nie zdołał dojść do swego sektora z powodu defektu silnika, który zdołano jednak usunąć. Następnego ranka Stephan zaproponował blokadę podejścia do Southampton. Płynąc Kanałem łódź Stephana zniszczyła wielki statek indyjski. Wymieniliśmy życzenia pomyślnych łowów. Podobnie jak my, także Stephan i jego ludzie potrzebowali odpoczynku. Ja sam nie wypoczywałem jednak długo. Zerwałem się ze snu już o czwartej rano i zarządziłem generalny przegląd łodzi. Zużyliśmy torpedy z wyrzutni dziobowych i nasza ‘Jota’ miała lekkie przegłębienie na rufę, więc wyważyliśmy kadłub, odpowiednio wypełniając wodą dziobowy zbiornik kompensacyjny. Naprawiliśmy też prawoburtową sprężarkę powietrza i uszkodzony wstrząsem pierwszego wybuchu silnik, napędzający peryskop. Wszystko to zajęło nam resztę nocy. Wkrótce po ukończeniu naszych prac nastał świt.

Wiele statków, które na pierwszy sygnał o zagrożeniu schroniły się w bezpiecznych portach Francji, nocą bez wątpienia przedarło się przez Kanał i w górę Tamizy. Mogliśmy je atakować, ale zwykle nie podejmuję ryzyka, które zawsze występuje nocą. Jeden statek mimo wszystko znalazł się w miejscu i czasie dla siebie niewłaściwym, koło przylądka Warden; kiedy nastał świt, wykryliśmy go i natychmiast ruszyliśmy do ataku. Cel był sporo szybszy od nas, ale dopadliśmy go, kiedy przemykał obok nas. Ludzie na jego pokładzie dostrzegli nas w ostatniej chwili, bo atakowaliśmy prawie zanurzeni. Inaczej nie moglibyśmy dogonić celu. Nasza pierwsza torpeda chybiła, bo tamci zrobili unik, ale druga już trafiła, eksplodując z wielkim hukiem. Wydawało się, że cała część rufowa celu wyskoczyła z wody. Z pewnej odległości obserwowałem, jak trafiony statek tonął. W ciągu siedmiu minut zniknął pod wodą jego kadłub, na powierzchni pozostawały tylko obwieszone szukającymi ratunku ludźmi kominy i maszty. Zatopiony statek nazywał się ‘Virginia’, miał dwanaście tysięcy ton pojemności i płynął pod flagą Bibby Line, wioząc, jak wszystkie nasze wcześniejsze ofiary, ładunek żywności z portów Wschodu. Cała powierzchnia morza wokół wraku pokryta była pływającym ziarnem. Obserwując całą sytuację, Vornal powiedział:

– Jak tak dalej pójdzie, to pan John Bull będzie musiał docisnąć sobie paska u spodni o jakieś dwie dziurki!

Akurat w tym momencie dopadło nas największe z możliwych zagrożeń. Jeszcze dziś dostaję dreszczy, gdy pomyślę, jak blisko było do nader niesławnego zakończenia naszej sławnej wyprawy. Ledwie otworzyłem luk kiosku i wyjrzeliśmy z Vornalem na zewnątrz, kiedy nagle usłyszałem świst, a po chwili coś wpadło do wody całkiem blisko ‘Joty’, zalewając nas istną fontanną bryzgów. Obaj spojrzeliśmy do góry i dostrzegliśmy, ku zrozumiałemu przerażeniu, samolot spadający w dół o kilkaset stóp nad nami. Powietrzny intruz wyposażony w tłumik, był praktycznie bezgłośny; gdyby tak jego bomba nie wpadła w wodę, to nigdy nie dowiedzielibyśmy się, CO nas zatopiło! Napastnik krążył nad nami w nadziei ponowienia ataku, ale my rzecz jasna nie czekaliśmy, tylko jak najszybciej uciekliśmy pod wodę. Odczekałem, aż łódź opadnie na pięćdziesiąt stóp, bo wiedziałem, jak głęboko lotnicy mogą zajrzeć pod wodę. Na szczęście udało się szybko zmylić lotnika, bo kiedy ponownie wynurzyłem ‘Jotę’ koło Margate, po samolocie nie było już śladu, choć nad Herne Bay widzieliśmy kilka innych maszyn.

Na otwartych wodach wokół nas nie było żadnych jednostek z wyjątkiem kilku małych, niewartych mojej uwagi stateczków przybrzeżnych i co najwyżej tysiąctonowych parowców. Przez kilka godzin pozostawaliśmy w zanurzeniu, potem wpadłem na pewien pomysł. Otóż byłem więcej niż pewien, że kapitanowie wszystkich statków z żywnością otrzymali zapewne rozkazy, by za dnia pozostawać na wodach francuskich, a dopiero po zmroku próbować przebić się przez Kanał. Skoro na wodach francuskich są statki, pomyślałem, to powinniśmy tam być i my! W pobliżu nas nie było póki co żadnych wrogich jednostek wojennych, więc wynurzyłem ‘Jotę’. Wróg musiał jednak dysponować dobrym systemem sygnalizacji zagrożeń, bowiem zanim ‘Jota’ dotarła do North Foreland, za naszą rufą pojawiły się z różnych stron trzy torpedowce, niczym trzy gończe psy polujące na żółwia. Wytrzymałem – dzielnie choć ryzykownie – aż do chwili, kiedy moja łódź znalazła się w zasięgu ognia dział wroga, po czym zanurzyłem ‘Jotę’ i kontakt między nami się urwał.

Jak wspomniałem, wybrzeża u których przebywaliśmy, były piaszczyste, a wody płytkie, co nie ułatwiało pływania podwodnikom jak my. Najgorsze, co mogło nas spotkać w tej okolicy – to utknięcie dziobem na dobre w jakiej piaszczystej łasze. Coś takiego mogło zakończyć naszą operację, choć byliśmy odpowiednio na taki przypadek wyposażeni – w cylindry Fleussa i elektryczne lampy – co pozwoliłoby nam w razie potrzeby przejść na brzeg wprost po dnie morza. Z drugiej strony nasze znakomite mapy pozwalały mi wciąż pozostawać na otwartych wodach Kanału. Około południa wynurzyliśmy się, ale dostrzegłszy krążący niedaleko wodnosamolot poleciłem zanurzyć się ponownie na jakieś pół godziny. Gdy wynurzyliśmy się ponownie – wokół panował niezmącony spokój, a na zachodnim horyzoncie widać było wybrzeża Anglii. Trzymaliśmy się z dala od osławionych mielizn Goodwin Sands, płynąc wzdłuż Kanału aż do Cieśniny, gdzie dostrzegliśmy szereg czarnych punkcików. Wiedziałem, że to kordon torpedowców, rozstawionych pomiędzy Dover i Calais. W odległości dwóch mil morskich od kordonu zanurzyliśmy się i pod wodą ruszyliśmy dalej, jakieś siedem mil morskich na południowy zachód, przy czym załogom tworzących zaporę okrętów nawet nie postała w głowach myśl, że ci, na których czatują, przepływają właśnie na drugą stronę blokady, dziesięć metrów pod stępkami czuwających jednostek.

Kiedy wynurzyliśmy się, dostrzegliśmy płynący o jakieś pół mili od nas, wielki parowiec pod niemiecką banderą. Była to ‘Altona’ spod flagi NDLu, powracająca do Bremy z Nowego Jorku. Zasalutowałem statkowi banderą. Obserwowaliśmy rozbawieni zdumienie ludzi na pokładzie parowca na sam nasz widok na tych pełnych Brytyjczyków, wrogich wodach. Przepływając, pozdrowili nas serdecznie; głośnym okrzykom towarzyszył salut ich banderą. Po ich zniknięciu ruszyłem ‘Jotą’ w stronę wybrzeża Francji.

Okazało się, że miałem rację. Przed portem Boulogne stały na kotwicach trzy wielkie statki brytyjskie –  ‘Caesar’, ‘King of the East’ i ‘Pathfinder’ – każdy o tonażu co najmniej dziesięciu tysięcy BRT. Ich kapitanowie sądzili zapewne, że ich parowce są bezpieczne, pozostając na wodach francuskich. Nas jednak nie odstraszały limity ani prawa. W oczach  n a s z y c h  władz Wielka Brytania objęta była blokadą, a to oznaczało, że transportowane do jej portów ładunki żywności stanowiły wojenną kontrabandę, a wiozące je statki należało zatapiać! Nie dbałem o to, co będą sądzić o tym prawnicy; moim zadaniem było: pozbawiać wroga żywności wszelkimi dostępnymi sposobami! W ciągu godziny wszystkie trzy frachtowce znalazły się na dnie, a nasza ‘Jota’, szukając kolejnych łupów, płynęła w stronę wybrzeża Pikardii. Na wodach Kanału szalały tymczasem brytyjskie torpedowce. Nasz okręt był dla nich nieosiągalny, chyba, że przyszłoby nam wynurzyć się pod kadłubem, lub nieopodal któregoś z nich. Co innego samoloty – te, krążąc w powietrzu tam i sam, stanowiły dla nas poważne zagrożenie.

Przy bezwietrznej pogodzie musiałem parę razy zanurzać ‘Jotę’ na jakieś trzydzieści metrów, by nie wypatrzyli jej lotnicy. Po zatopieniu wspomnianych trzech statków przed Boulogne dostrzegłem w powietrzu dwa lecące nad Kanałem samoloty; wiedziałem, że ich piloci w jakiś sposób ostrzegą przed nami każdy nadpływający statek. Wielki biały parowiec przed portem w Hawrze zawczasu uszedł ku zachodowi. To nic – wszak był jeszcze Stephan, byli inni – ale diabelne samoloty trochę pomieszały nam szyki. Statków już więcej nie dostrzegłem, pojawiły się za to wszechobecne torpedowce. W sumie jednak nie przepuściłem do Londynu żadnego frachtowca z żywnością, i to mnie uspokajało: wykonujemy nasze zadanie, po to tu jesteśmy! Gdybyż jeszcze można było topić statki bez wystrzeliwania torped… Zatopiłem jak dotąd dziewięć frachtowców dziesięcioma torpedami; całkiem nieźle! Wieczorem powróciłem do brzegów Kentu, kładąc łódź na płytkim dnie koło Dungeness.

[koniec części pierwszej]

.

przełożył:

Wojciech M. Wachniewski

.

O autorze:.

Urodził się w 50 lat po zwodowaniu sławnej MAURETANII Cunarda i 11 lat przed zwodowaniem OSTATNIEGO LINIOWCA TRANSATLANTYCKIEGO, jaki zbudowano.  W świat żeglugi wpłynął w 1966 roku, a w świat języków zabrali go ze sobą… NIEMCY, choć pierwszy poznał rosyjski, a potem angielski. Mieszka w rodzinnym mieście Heinricha von Stephana (Słupsk, to dawny pruski Stolp-in-Pommern). Jest wielkim fanem Sherlocka Holmesa, Mistrza i jego Małgorzaty i ostatnio Excentryków. Lubi czytać, również na głos. Z zawodu tłumacz, obywatel Polski, Europy i świata.

.

Newsletter

Chętnie przeczytam najlepsze teksty.

Be the first to comment

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*