Grzegorz Zientecki – Wyspy Kanaryjskie

English Books For Sale – Sprzedaż

Dziennik [lipiec 2026]

Warszawa,
1 lipca 2026

W życiu nie ma innej nagrody niż cierpienie.

Ocean to niebo w marszu.

Rzadko kiedy udaje mi się prowadzić życie pozawersowe.

Zawsze czuję się trochę jak syn marnotrawny, widząc przed sobą otwarte, drgające ramiona horyzontu.

Utrzymujące się wciąż upały. Ale lepiej je znoszę niż zimno. Przypominają mi tropikalne rejsy. Pamiętam zwłaszcza ten sprzed trzydziestu lat, który odbywałem na dość już sfatygowanym m/s „Karłowicz”. Na Oceanie Indyjskim wysiadła klimatyzacja. Spało się wtedy na mokrych prześcieradłach przy otwartym bulaju, albo na leżakach wprost pod gwiazdami na pokładzie. Tak mogły wyglądać noce na „Sao Gabriel” Vasco da Gamy.

Kwiat nie czuje, że jest kwiatem, podobnie jak głowa nie czuje, że jest głową. Ale kwiat nie traci swej głowy dla kwiatu.

Życie, a może właśnie śmierć bardziej pożąda człowieka.

WIECZORNA CHWILA

Z zadartą głową
Patrzyłem na wirowanie jaskółek
Na taniec maleńkich czarnych zakonnic
Na szczęście
Klasztor nieba nie ma reguł
Są za to równania fizyki
Twardsze i chłodniejsze niż marmur
Klauzurowych posadzek

Warszawa,
2 lipca 2026

Po stu czterdziestu latach skończono budowę Sagrada Familia. Gaudi, tam Po Drugiej Stronie może wreszcie odetchnąć. Chciałbym, żeby do Europy wróciły czasy katedr. Ale nie wiem, czy nie jest już na to za późno.

Ojczyzna to nie tylko ten najświętszy fragment planety. To także ten opiekuńczy skrawek nieba nad nią.

W autobusie mężczyzna około pięćdziesiątki. Długie, lekko kręcone żółtawe włosy miejscami już siwiejące. Chudy, wysoki. Na rękach fioletowe tatuaże. Na szyi dwa różańce z białym i zielonym krzyżem. Różańce owinięte także na nadgarstku lewej ręki. Gdy wysiadał z autobusu zauważyłem, że mocno kuleje. To człowiek na pewno po przejściach. Śmiem twierdzić, że bardziej po tych psychicznych, duchowych. Patrzyłem jak wolno oddala się ten tajemniczy Chrystusowy sadhu.

Jeżeli nonsensem jest istnienie tego świata, może równoważy to sens Wszechświata. Ale może być też odwrotnie. Kiedy to sens Ziemi równoważy nonsens istnienia Uniwersum.

ON THE BEACH

Wszystko jest falą
Nasza mowa nasz sen
Nasza miłość i nasze wspomnienia
Wszystko jest falą
Powrót wygnanie
Śmierć narodziny
Wszystko jest falą
Jak na drzeworycie Hokusai
Jak na płótnie Ajwazowskiego

Leżę na piasku
Bez oddechu bez królestwa bez imperatywu
Widzę jak się zbliża
Widzę jak sunie z upartą oschłością
Wielokroplista jak rozpacz matki
Przykrywa mnie szklistym całunem
Najczulej zamykając powieki

OŚMIORNICA

Mieli może po jakieś dwanaście, trzynaście lat
Kilku śniadych oprawców chwyciło ją
Za różowe jak oleander ramiona
I zaczęli chłostać nią po kamieniach
( nie wiem czemu przypomniały mi się wtedy stopnie litostrotos)
Morze było tuż tuż
Moczyło ich mocne śniade nogi
Ale bezsilne
(od kiedy to morze jest bezsilne? )
Nie mogło wyrwać ofiary

Odchodząc
Słyszałem szloch kamiennego falochronu
Zagłuszał morze
Nie mogło już jej pomóc
( wspomnienie z Benghazi, wiosna 1989)

Czytam poezję tak jakbym wodą ze studni gasił pragnienie.

Warszawa,
5 lipca 2026

Opuszczam swój mały Eden dla kanaryjskich gołoborzy. Czy trzeba tak się torturować ?

Podróż to krótkotrwała ucieczka. Ważne jednak jest to, żeby to czego podczas podróży doświadczamy zostało w nas na dłużej. Żeby zapuściło korzenie i żeby wyrosło w nas prawdziwe drzewo podróżników.

Antykwariaty to dziś jeszcze prawdziwe karawanseraje ducha. Księgarnie to już tylko pustynie . Nie znajduję w nich niczego ciekawego. A w antykwariacie, tym moim ulubionym na Krakowskim Przedmieściu, proszę, znajduję coś takiego jak Dziennik Tyrmanda. Ile w nim smaczków, ile detali, ile zagęszczeń ! A ornamentyka literacka iście barokowa. A przecież Tyrmand pisał to w czasach szarej, przygnębiającej komuny. I, co ciekawe pisał swój dziennik od 1 stycznia 1954 roku jedynie do 2 kwietnia. Potem go urywa. Nie dotarł nawet do końca roku. Ale lektura nad wyraz kaloryczna i wielce smakowita.

Dusza bardziej niż ciało potrzebuje lustra.
Miłość bywa jak pogoda. Zdradliwa.

Las Meloneras,
10 lipca 2026

Lot nad Alpami. Wydają się być bujającym w obłokach szkieletem prehistorycznego potwora. W tej chwili pomyślałem o Goethem: jak zareagowałby na widok Alp z lotu ptaka?

Z hotelowej werandy mój wzrok ma znów przed sobą nieskończoność. Ocean, wielkie, łagodne bóstwo, które teraz wieczorem mruży oczy i wabi mnie jak niegdyś wabiło Odyseusza, jak wabiło Sindbada, Ibn Battutę czy Vasco da Gamę. Gdyby tak kobiety znały choć połowę zaklęć oceanu ciekawe co udałoby im się zrobić z mężczyznami ?

Las Meloneras,
11 lipca 2026

Świat znów przemawia do mnie stronicami jak z Genesis. Bo jak inaczej nazwać to uczucie radości i jakiejś pierwotnej nieskażoności kiedy ma się przed oczami tak bajeczny ogród. Kiedy budzą człowieka radosne śpiewy ptaków. Ale chyba najbardziej dominującym odczuciem jest to, że tak jak w Raju nie ma żadnej presji, żadnych terminów, żadnej gonitwy. Umysł leniwie przeciąga się w hamaku rajskiej bezczasowości.

Oprócz rachunku sumienia ważny jest też rachunek radości. Przypomnij sobie co cię cieszyło, co dawało spełnienie, co uskrzydlało. Przypomnij sobie ile razy w życiu byłeś radosny.

Ocean ma coś z Boga. Nieprzenikniony, tajemniczy, milczący i obficie wylewający swą łaskę na niezliczonych brzegach.

Las Meloneras,
12 lipca 2026

Gdybyśmy wierzyli tylko słowom często bylibyśmy oszukiwani przez ludzi. Gdybyśmy wierzyli tylko ludziom, oszukiwalibyśmy samych siebie.

Przy basenie starszy mężczyzna czyta w „ Gazeta La Provincia” artykuł zatytułowany „ Canarias Escala de los carteles de la droga”. Brutalna rzeczywistość dopada nawet w raju.

Bóg podzielił nieskończoność pomiędzy oceanem a niebem. I zrobił to precyzyjniej i sprawiedliwiej niż papież Aleksander VI dzielący świat między Hiszpanię a Portugalię.

Las Meloneras,
13 lipca 2026

Jeszcze nigdy dotąd nie mieszkaliśmy w hotelu o tak unikatowej architekturze. Całość kompleksu jest odwzorowaniem stylu i układu kanaryjskiego miasteczka. Budynki przypominają tradycyjne kamienice z łaciatym, zwanym podobno dalmatyńskim ( od rasy psów dalmatyńczyków) murem, gdzie z białych, bądź barwnych tynków wystają nieregularne, nieobrobione kamienie, dzięki którym powstaje ten unikatowy wzór łaciatowości. Ale największym zaskoczeniem jest główny budynek hotelowy, który jest wierną kopią kościoła, Iglesia San Sebastian z urokliwego miasteczka Aguimes. Stąd pochodzili bracia Lopes, którzy byli właśnie pomysłodawcami i inwestorami tego hotelu. Imponujące wrażenie robi jego wnętrze. Potężne, kanelowane kolumny, łukowate sklepienia i gigantyczny kryształowy żyrandol budzą skojarzenia ze stambulską Haga Sophią. Przetarte tynki w kolorze starego złota, marmurowe schody i posadzki nadają wyjątkowego splendoru hotelowi Lopesan Villa del Conde.

Starożytni nieprzypadkowo lokalizowali Ogród Hesperyd właśnie tutaj. Nasz hotelowy ogród to prawdziwy salon wystawowy Flory. Tuż pod balkonem olbrzymie wachlarze rozłożyły dwie gigantyczne palmy washingtonia. Dla kontrastu sąsiaduje z nimi delikatny, o mimozowatych liściach flamboyant. Drzewo to kwitnąc pokrywa się obficie czerwonymi kwiatami , stąd nazwa – drzewo płomienne, drzewo ogniste. Nasz nosi tylko jeden szkarłatny kwiat i wygląda niczym samotny rewolucjonista powiewający sztandarem. Jest też strzelista araukaria i arbol de viajero, drzewo podróżników wymachujące liśćmi jak naddartymi rękopisami. W innych częściach ogrodu rosną smukłe palmy areca, rapisy i bottled palm, które pamiętam z Singapuru. Zaraz po wyjściu z portu była tam długa aleja tych palm. Są też owocujące drzewka granatów i mangowca. Do pełni obrazu brakuje tylko węża.

Ocean w każdej sekundzie jest inny, a mimo to pozostaje niezmienny. Oto jeden z jego sekretów, jeden z jego boskich atrybutów.
Metafizyka wciąż czeka na swego Einsteina.

Czyż nie jest paradoksem fakt, że pierwotni mieszkańcy Wysp Kanaryjskich, guanczowie, zostali wyparci, a w zasadzie unicestwieni przez Hiszpanów, a teraz ta sama Hiszpania na własne życzenie pozwala się kolonizować przez hordy Afrykańczyków. Jej obecną działalność można by nazwać konkwistą na zaproszenie.

W architekturze forma jest wszystkim. W literaturze forma może być wszystkim. Literaturze brak więc absolutyzmu i dlatego tak często ulega ona anarchii.

Las Meloneras,
14 lipca 2026

Wolę poranki nad oceanem niż zmierzchy. Więcej obiecują.

Sposób w jaki smakujemy życie sytuuje nas wśród jego konsumentów albo wśród jego koneserów.

Nie Wieża Babel, ale Basen Babel. W hotelu to basen jest prawdziwą mozaiką języków. Bawię się ich identyfikacją. Dominuje rzecz jasna hiszpański. W przewodniku po Gran Canarii wyczytałem, że na wyspie kastylijski jest jednak zmodyfikowany do dialektu jakim posługują się w Ameryce Południowej. Powoli zaczynam tutaj czuć się jak Gombrowicz.

Las Meloneras,
15 lipca 2026

Z Guanczami wiąże się jeszcze jedna ciekawa historia. Otóż wysocy rangą oficjele Trzeciej Rzeszy motywowani względami rasistowskimi usilnie poszukiwali swoich aryjskich przodków. Gdy dowiedzieli się, że na Gran Canarii zamieszkiwali niegdyś wysocy, niebieskoocy blondyni ( tak wyglądali podobno Guanczowie) zorganizowali na wyspę wyprawę, aby potwierdzić swoje teorie. Byli w tych swoich poszukiwaniach i błędach trochę podobni do Kolumba. Ariowie bowiem zamieszkiwali Indie.

Ocean. Mniej znamy go niż Księżyc, mniej znamy go niż Boga.

Z wysokości piątego piętra naszej hotelowej werandy mogę niczym z poziomu kapitańskiego mostka patrzeć na Atlantyk. Jakie szczęśliwe miałem życie.

Nawigacja jest architekturą podróży.

Las Meloneras,
17 lipca 2026

Wczoraj wycieczka po wyspie. Zwiedzamy położone na północy Gran Canarii miasteczko Arucas. Największe wrażenie robi Iglesia De San Juan Bautista. Ten neogotycki kościół ufundowany przez miejscową rodzinę Gourie, został wzniesiony przez katalońskiego architekta Manuela Vegi y Marcha. Budowę rozpoczęto w 1909 roku, a ukończono dopiero po siedemdziesięciu latach. Wspaniała jest misternie rzeźbiona fasada świątyni z piękną rozetą. Dwie wieże (chrzcielna i zegarowa) wznoszą się na wysokość sześćdziesięciu metrów. Za budulec posłużył miejscowy kamień wulkaniczny o lekko niebieskawym odcieniu, tak zwany piedra de azul lub piedra de Aruca. Ponad tysiąc pracujących tu robotników wzniosło arcydzieło. Kościół, trochę na wyrost nazywany jest kanaryjską Sagrada Familia. Miejscowi i tak zresztą uważają go za katedrę. Nam przez swoją filigranowość i ażurowość przypominał bardziej mediolańską Duomo. Szkoda, że nie mogliśmy zwiedzić wnętrza kościoła ( w czwartki jest zamknięty), bo wtedy moglibyśmy też podziwiać wspaniałe witraże wykonane przez francuską pracownię Maumejean et Freres, czy choćby popiersie Chrystusa w grobie Manuela Ramosa. Pośród niskiej zabudowy miasteczka katedra wygląda jak prawdziwy mastodont wśród pcheł.

Zupełnie innych wrażeń dostarczyła wizyta w miejscowi destylarni rumu. Tutaj mogłem poczuć się trochę jak XVII –wieczny żeglarz. Spacerowaliśmy wzdłuż długich hal wypełnionych beczkami tego trunku. Składuje się ich tutaj aktualnie 4800. Najsłynniejszym rumem jest Ron Miel, czyli rum z dodatkiem miodu. Najdroższym zaś trunkiem, który zresztą nie będzie już produkowany to pochodzący z rocznika 1983 ( wtedy zdałem egzaminy do Wyższej Szkoły Morskiej) Capitan Kidd. Został nazwany tak na cześć angielskiego pirata, który grasował też po tutejszych wodach i nawet gdzieś na Kanarach ukrył swój skarb. Destylarnię odwiedziło wiele sław, które swoje autografy złożyły na beczkach z rumem. Widziałem między innymi podpis słynnego hiszpańskiego piosenkarza, Julio Iglesiasa czy piłkarza holenderskiego Johanna Cryuffa. W rum pochodzący z wytwórni Arehucas ( podobno prawo hiszpańskie zakazuje używania nazw miejscowości skąd pochodzą dane wyroby, dlatego właściciel wytwórni rumu musiał zmienić nazwę z Arucas na Arehucas ) zaopatruje się też hiszpański dwór królewski.

Kolejnym etapem było miasteczko Firgas. Tutaj atrakcją są jego schody. Mają nawet pewną przewagę nad słynnymi Schodami Hiszpańskimi z Rzymu. Spływa bowiem po nich delikatnie szemrząc kaskadowo woda. Wzdłuż schodów na Paseo de Gran Canaria ustawiono piękne ławki wykonane z azulejos. Widok jest iście bajkowy. W pobliżu znajduje się Plaza de San Roque zwany też Balkonem na Atlantyk. Stąd patrzyliśmy na zachwycającą panoramę Costa Lairaga i ocean. Snujące się wełniste chmury dodawały temu pejzażowi jakiegoś tajemniczego dramatyzmu.

Przemieszczając się zawrotnymi serpentynami ponad zieloną, żyzną Valle de Agaete, gdzie uprawia się też kawę (jedyna taka plantacja w Europie) docieramy do Puerto de las Nieves. Z nadbrzeżnej tawerny „ Angkor” jedząc pyszną grillowaną rybę, rozkoszowaliśmy się widokiem najwyższego klifu Europy, Roque Faneque mający 1027 metrów wysokości i długich, ciągnących się wzdłuż wybrzeża skalistych formacji trafnie nazwanych Cola de Dragon, czyli Smoczy Ogon. Urzekła mnie ta bezwzględna surowość, inkwizycyjność tego pejzażu.

Las Meloneras,
18 lipca 2026

Wczoraj pojechaliśmy autobusem linii 32 do Puerto de Mogan. Ścisk niesamowity, bo piątki w tym miasteczku są dniami targowymi. Ale warto było tu dotrzeć, bo miasteczko jest iście bajkowe. Białe domki o barwnych obramowaniach okien spoglądają na marinę pełną smukłych jachtów. Miasteczko to określane jest nazwą Wenecji Kanarów ze względu na wodne kanały poprowadzone pod niektórymi kamieniczkami. Woda w nich jest krystalicznie czysta, widać każdy kamień pokrywający dno i przepływające ryby. Miastecko przypomina raczej fantazję jakiegoś całkiem uzdolnionego pejzażysty, który najpierw wybrał sobie scenerię, urokliwą zatoczkę, ciemny, poszarpany klif, a następnie namalował te wszystkie bajkowe domki i jachty w porcie. Puerto de Mogan to miasto kwiatów. Dominują bugenwille, których różowe, szkarłatne bądź fioletowe kwiaty pną się po murach lub opadają kaskadami z werand. Widok jest fantastyczny. Wygląda to tak jakby te kwiaty oplotły całe miasteczko i na zasadzie jakiegoś floralnego okablowania przekazywały sobie tajne kwietne wiadomości. W jednym z ogródków widzieliśmy owocujące drzewko mangowca. Widok jak z obrazów szczęśliwej Polinezji Gauguina. Jedyne czego tu brak to ducha historii. To tylko ładna instalacja dla turystów.

Marai miał rację. Kilka, kilkanaście długości basenu stawia człowieka na nogi niczym espresso doppio.

Literatura wcale nie odwzorowuje życia, podobnie jak sen Boga nie odwzorowuje świata. Ale czy bez literatury Bóg w ogóle zacząłby śnić swój sen?

Kolumb powinien poprzestać na Gran Canarii. Świat byłby wprawdzie mniejszy, ale wyszłoby to z korzyścią dla ludzkości. Gdyż im więcej o sobie wiemy, tym więcej pojawia się też wrogości.

Las Meloneras,
19 lipca 2026

Dziś pierwszy raz tutaj obserwuję przepływający frachtowiec. Trzydzieści sześć lat temu ( ten upływ czasu mnie przeraża) na nowoczesnym wówczas statku Polskich Linii Oceanicznych, m/s „ Dębica” zawinąłem do Las Palmas. Był to statek samoobsługowy, tak zwany ro –ro ( roll-on, roll-off), gdyż nie potrzebował do obsługi portowych żurawi. Przez opuszczaną na rufie jednostki rampę dokonywało się bowiem zarówno załadunku jak i rozładunku statku. O ile pamiętam zabieraliśmy wtedy z Las Palmas ładunek oliwy z oliwek.

Myśl to horyzont. Przekraczając go odkrywamy inne światy, albo … samych siebie.
Starożytni nazywali Wyspy Kanaryjskie Wyspami Szczęśliwymi. I jak zawsze mieli rację. Ale, co do wysp już sam fakt izolacji jest powodem do szczęścia. Ocean jest najpewniejszym strażnikiem, a wyspa to całkiem przyjemna forma penalizacji.

Ocean. Nie znam cudowniejszego widoku. Tu, z tej werandy siedząc na rattanowym fotelu patrzę na niego, jak w innym miejscu globu i w innym też czasie musiał z werandy hotelu Raffles patrzeć na niego Conrad.

„ Nie można żyć bez oceanu;
i myślę, że małżeństwo też jest jak ocean:
jedna cząsteczka tlenu poślubia dwie wodoru,
jakby ten wzór zaistniał wszędzie
w nas, jak na magicznym Parnasie chemii”
(fragment wiersza Roberta Lowell, 1917-1977, „ Ocean”)

Las Meloneras,
20 lipca 2026

Pogodne przedpołudnie. Niebo bez ani jednej chmurki. Widzę tylko jedną gwiazdę: Słońce. Za dnia kosmos nie istnieje. Czy podobnie będzie z Bogiem ?

Horyzont. To wers tak doskonały niczym równanie Einsteina.

Warszawa,
22 lipca 2026

Tuż przed północą start z Las Palmas. Przez jedną noc przebyłem część oceanu i cały kontynent, całą Europę. Lot to wciąż jeszcze magia. Choć z pewnością już nie magia podróży. Ale ludzie już nad tym się nie zastanawiają. Wsiadają do samolotu jak do autobusu, a jeszcze dawniej jak sadowili się ze śmiechem na wozie drabiniastym.

Chmury są piękne tylko wtedy jeśli mają jakąś formę. Jak choćby ta, która sunie z miną naburmuszonego kameleona.

Warszawa,
23 lipca 2026

Co zapamiętam z Gran Canarii ? Czarną perłę katedry w Arucas, kamienny łuk XIX- wiecznego mostu przerzuconego z lekkością akweduktu nad zieloną doliną Agaete, barraquito wolno sączone nad basenem, kandelabry dracen, ciepłą, oddychającą skórę oceanu, Cola de Dragon opadający wzdłuż wybrzeża jak fraza muzyczna, którą rozpoczynał mocny jak z V Symfonii Mahlera akord klifu Roque Faneque i to owocujące drzewko mangowca zza którego pnia spodziewałem się ujrzeć ponętną vahine.

Warszawa,
24 lipca 2026

Imieniny Mamy. A w Polsce trwa w najlepsze chłodny, deszczowy lipiec. Pamiętam, że dzień imienin Mamy był zawsze pogodny i upalny. To była kulminacja lata. Pieszczota słońca, błękitne niebo i obłoki, białe i słodkie jak cukrowa wata.

Warszawa,
28 lipca 2026

Na Gran Canarii cały czas czułem duchową obecność Miguela de Unamuno ( 1864-1936), hiszpańskiego filozofa i poety, który odwiedził wyspę w 1910 roku. Był autorem „Agonii chrystianizmu” i „ Dziennika intymnego”. Ten ostatni postał wskutek traumy związanej z długą chorobą i śmiercią ukochanego syna, Raimundina. To wydarzenie było punktem zwrotnym w życiu pisarza. Powraca wtedy do wiary, którą porzucił w czasie studiów. W Dzienniku nawiązuje dialog z Bogiem i z niepokojem zadaje fundamentalne pytania dotyczące egzystencji człowieka i jego losów po śmierci. W tej duchowej szamotaninie i w swoim bólu po stracie dziecka bardzo przypomina mi Sandora Maraia, który też stracił swojego synka, Krisztofka.

„Cała historia jest komentarzem do myśli Boga” , stwierdza Unamuno. Na Gran Canarii w górzystej miejscowości Artenara pisarz ma swój pomnik. Spogląda na rozległą panoramę wulkanicznej wyspy określając ten pejzaż jako „zastygłą burzę”.

 

Grzegorz Zientecki

 

O autorze:

Grzegorz Zientecki – ur.1962 w Lublinie. Absolwent Wyższej Szkoły Morskiej w Gdyni. Na statkach Polskich Linii Oceanicznych odbył wiele podróży, m.in. trzy rejsy dookoła świata na m/s „Profesor Mierzejewski” i m/s „Profesor Rylke”. Następnie został zatrudniony na statkach Chińsko-Polskiego Towarzystwa Okrętowego „ Chipolbrok”, dzięki czemu mógł podróżować dalekowschodnim szlakiem Conrada, zwiedzając m.in. Singapur, Hong Kong, Bangkok, Dżakartę i porty Chin. Te liczne podróże stały się inspiracją jego twórczości, w szczególności utworów haiku i aforyzmów.

Dotychczas w krakowskim wydawnictwie Miniatura wydał następujące pozycje:

Tomiki haiku:
• Wiersze Podróżne- 2010r.
• Popiół i rosa -2012r
• Zoom Sindbada- 2012r -tom wierszy
• Pory zmroku- 2012
• Mile i wersy- 2013 r.
• Milion powodów do oświecenia-2015 r
• Urodzaj na nieobecność-2015 r.
• Nefrytowa ważka-2017 r.

Oraz następujące tomiki aforyzmów:
• Szlifierz Oka -2012r.
• Wspomnik-2013 r.
• Amneznik -2013 r .
• Wycisznik -2014 r.
• Resetnik-2015 r.
• Minutnik-2016r.
• Z 1001 nocy na oceanie – 2019 r.
• Żyję w słowach jak drzewo w liściach – 2021 r.

W 2015r. Grzegorz Zientecki otrzymał jedno z wyróżnień literackiej nagrody Naji Naamans w Libanie w dziedzinie aforystyki. Od 2016r. członek Polskiego Stowarzyszenia Haiku.
W sferze zainteresowań Grzegorza Zienteckiego oprócz literatury znajduje się także historia, sztuka, reportaż, astronomia, natura /jest kolekcjonerem egzotycznych muszli/.

 

Subskrybcja
Powiadomienie
0 Komentarze
Najstarsze
Najnowsze Popularne