Warszawa,
5 czerwca 2025
Ostatnie wybory prezydenckie to był zarazem horror i kabaret. Wieczorem, po ogłoszeniu pierwszych wyników nie kryłem rozczarowania. Ale następnego dnia o świcie budzi mnie żona i ogłasza tę wspaniałą nowinę. Wygrał Karol Nawrocki ! Wielka euforia i od razu też wdzięczność do Matki Bożej, do Chrystusa i do świętego Andrzeja Boboli. Oby tylko to zwycięstwo zmieniło polską scenę polityczną i wymiotło z niej tych wszystkich zdrajców Ojczyzny.
Po tych wyborach odczuwam wielkie zmęczenie. Niemal do cna wyssały moje siły psychiczne. Ale dzięki nim jestem też silniejszy w wierze, większą ufność pokładam w Bogu. I to jest z tego wszystkiego najbardziej krzepiące.
Pisząc dziennik paradoksalnie tracę poczucie czasu. Jakbym relacjonował wydarzenia z jakiejś odległej epoki. To chyba ich absurdalność sprawia, że trudno ufać obecnym czasom.
Warszawa,
6 czerwca 2025
Piwonie
Rozkwitają jak szalone
Nie rozumieją świata
Dziennik to skamieniałość, amonit. A na to nie ma dziś amatorów.
Na czerwcowym niebie cieszą bumerangi jaskółek. Zawsze powracają.
Inny świat jest dla piwonii. Inny dla słowika. Jeszcze inny dla dębu, słonia czy rekina. I wszystkim tym bytom jest on im bliski. Tylko dla człowieka świat jest najbardziej obcy.
Krater serca.
Niezatapialność wspomnień.
Każda ludzka egzystencja to prawdziwy iceberg. Widzimy i rozumiemy z niej tylko 1/9. Reszta jest ukryta, bo niebezpiecznie dla nas byłoby ogarniać całość.
Warszawa,
7 czerwca 2025
Ten ptasi Caruso, który zawsze o poranku wyśpiewuje arię na cześć słońca. Robi co trzeba. Tak właśnie należy postępować.
Jeżeli w najbliższej przyszłości nie nastąpi jakaś gwałtowna metamorfoza, ducha ludzkiego czeka globalne zlodowacenie.
Świat jest prosty w swoich zasadach. Ale to zasady nieubłagane. Ludzie też ogólnie posiadają proste zasady. Ale to zasady nielitościwe. W tym tkwi różnica.
Nie obawiaj się: nie utracisz siły jeśli nie utracisz wiary.
W każdej chwili, w każdym drgnieniu serca, a nawet w każdej bezczynności artysta czuje się demiurgiem.
Nie wiadomo czy więcej tracimy na awersie, czy na rewersie Losu.
Cel uświęca nie tylko środki. Bardziej jeszcze uświęca człowieka.
Banał też straszy. A my, tak zatrważająco banalniejemy.
Myśl moja zawsze stara się być loksodromą. Inaczej nie dotrze do celu.
Wolę jesień średniowiecza od wiosny nowoczesnych idiotów.
Każda data ma swój stempel wieczności.
Warszawa,
8 czerwca 2025
Znów zobaczę morze. To wielki dar, że ten coroczny sen powraca i co najważniejsze materializuje się. Ale dla mnie morze jest tkane z materii metafizycznej. To jakiś cud zawierający w sobie wszystkie obrazy świata, wszystkie jego melodie, całą jego poezję. I jeszcze ta jego nieśmiertelna prana.
Tylko w samotności jesteśmy szczerzy.
Chciałbym już dobić do brzegu. Trudno żegluje mi się w tym chaosie. Kiedyś, podczas rejsu na statku „ Grunwald” dane mi było przeżyć tajfun. Było to w pobliżu Tajwanu. Zdawało się, że w jakiś bliżej niewyjaśniony sposób dokooptowany zostałem do załogi kapitana McWhirr’ a z opowiadania Conrada „ Tajfun”. Ten oceaniczny chaos, który przeżyłem był zarówno groźny jak i piękny. Horyzont w stanie wrzenia. Całe armie z furią nacierających białogrzywych hippokamposów. Statek raz po raz miotany nagłymi wstrząsami, wyrzucany pod obłoki z bezradnie mielącą na rufie powietrze śrubą. Jego potępieńcze, stalowe westchnienia i konwulsje niczym u tonącego. Ale powtarzane, ten oceaniczny chaos był piękny. Ludzki chaos jest zawsze wstrętny, przygnębiający, jest zawsze okrutny.
Warszawa,
11 czerwca 2025
Dziennik. Nieustająca skarga banity.
Bezduszność godzin. Miłosierdzie epok.
Jeden dzień w życiu, którego nigdy nie chciałby powtórzyć. Dzień narodzin. (o Cioranie).
Po sześćdziesiątce traci się impet. Zostaje inercja. Ślepa siła.
Słowa już mnie nie odnajdują.
Mimo tylu istniejących w nim światów treścią Kosmosu jest pustka.
Dla historii nie ma lepszego surowca niż człowiek. Dinozaury jednak przedobrzyły.
Warszawa,
13 czerwca 2025
Ziemia. Kula pozbawiona celu.
Historia. Ten wciąż przyśpieszający cyklotron.
Wczoraj z wizytą u wnusi, u tej kochanej, maleńkiej istotki. Potrafi już skupić uwagę na człowieku. Wpatruje się długo, bardzo długo i patrzy swoimi wielkimi oczami. Potrafi już myśleć. Chciałbym poznać te jej niewypowiadalne myśli, bo to są myśli najgłębsze i najczystsze.
Świat w stanie wrzenia. W nocy Izrael przypuścił zmasowany atak na Iran. Tłumaczy to zaawansowanym programem nuklearnym Persów przyznając sobie prawo do tak zwanych działań prewencyjnych. Atakuje suwerenne państwo bez wypowiedzenia wojny. Robi to tak bezczelnie jak jakiś awanturnik, który nagle wstaje od stołu i daje pięścią w twarz siedzącemu obok mężczyźnie. Zdumiewające jak zuchwałe jest to miniaturowe państewko. Liliput nawet wobec takich państw jak Szwajcaria czy Słowacja, a trzęsie przecież całym światem. Wszystko jednak wyjaśnia się jeśli tylko uświadomimy sobie, że prawdziwym bogiem Izraela nie jest Jahwe tylko Mamona. A świat też przecież wierzy i ufa tylko Mamonie.
Wybuchła też Etna. I to jest bardziej naturalne i nawet w pewnym sensie wybaczalne. Jak kaprys kobiety.
Warszawa,
14 czerwca 2025
Podróż nie jest dla mnie już podnieceniem. Ale chciałbym jeszcze wiele zobaczyć. Mam już przygotowaną listę cudów i zachwyceni, ale nie chcę na razie jej zdradzać, aby nie zapeszyć. Moim cierpieniem jest zachłanność oczu, ale zdaję sobie sprawę, że każde spojrzenie to już pożegnanie.
Kartaginę zmiażdżyły w proch nie armie lecz słowa Katona. Potęga klątw straszliwych i niechybnych.
Człowiek tylko w jarzmie wołu czuję się szczęśliwy. Ze skrzydłami Ikara nigdy nie było mu do twarzy.
Bez człowieka czas był bez właściwości. Dopiero człowiek zdemaskował, a później nawet zsakralizował czas.
Dziennik to zarówno autoportret jak i tableau epoki. Z tym, że ja tu dominuj. Ja jest tu najistotniejsze i najostrzejsze. Ja rozpycha się. Ja tokuje jak głuszec. A portret epoki jest niewyraźny, rozmyty. I nawet nie jesteśmy pewni czy ją właściwie przedstawia. Ta dysproporcja zawsze zagraża dziennikowi i o tym trzeba pamiętać, i z tym trzeba się liczyć.
Warszawa,
15 czerwca 2025
Gombrowicz. Nikt jeszcze dla hecy nie uczynił z literatury tak prawdziwej hecy.
Bóg. W doskonałej pustce urzeczywistnienie wszystkiego.
Moja wnusia to maleńka bogini. Nie wydaje rozkazów, a mimo to wszystkie jej zachcianki chciałbym spełniać natychmiast i bezwarunkowo. Nie z rozkazu, ale z miłości.
Elektronika, świat cyfrowy to współczesne opium dla ludu. Cyfrowość to stan permanentnego uzależnienia. Świat ucyfrowiony to świat maksymalnie upodlony. W nim jest zaspokojenie wszystkich potrzeb. Od prymitywnej rozrywki, poprzez bankowość aż do seksualności. Cyfrowa rewolucja maszeruje w rytmie algorytmów. Karta, blik, chip – Trójca Zniewolenia.
Pisząc wymykam się ludzkości.
Bóg jest największym komunistą. Nie interesuje Go ludzkość. Interesuje Go człowiek.
W starości dziennik staje się niezbędny jak laska.
Dopóki mam niebo nad sobą nie mogę czuć się niewolnikiem.
Czołobitność często kończy się dupobitnością.
Warszawa,
18 czerwca 2025
Mam tyle róż w ogrodzie, a nie zostałem Rilkem .
Każda chwila w ogrodzie to prawdziwy cud. Gdybym go nie posiadał prawdopodobnie bym oszalał, a w najlepszym razie ciężko chorował.
To zło, które wzbiera w ludziach, i które po osiągnięciu pewnego stopnia kulminacji znajduje ujście w krwawych rewolucjach, aktach terroru czy wojnach jest groźniejsze od erupcji wulkanów. Potężny ich wybuch może zmienić klimat, zaciemnić słońce i doprowadzić do zlodowacenia, ale wybuch zła ma o wiele poważniejsze konsekwencje. Prowadzi bowiem do zaćmienia sumień i zlodowacenia serc. Kiedy wybucha ludzkość zawsze jest to groźniejsze niż erupcja Krakatau czy Wezuwiusza.
” Wszelka radość jest od Boga, wszelki smutek – od Demona”. I pisze to ten agnostyk Cioran. I zaraz dodaje jeszcze: „ Radość jest rozszerzeniem, a wszelkie rozszerzenie uczestniczy w dobru”. To najpełniejsza definicji radości jaką znam.
Poezja jest sprawą arcypoważną, bo arcypoważny jest także Duch.
Sławie częściej niż blask towarzyszy wewnętrzne zaćmienie.
Zostawić ślad po sobie to pozostawić monogram pychy.
Warszawa,
19 czerwca 2025
Boże Ciało
Najdłuższe dni w roku. Ale z powodu chłodu nie czuję wcale lata.
Na niebie fregaty chmur zerwały się z cum. Wietrznie. Świat musi mieć do doręczenia jakąś pilną depeszę. A pilne depesze zawsze oznajmiają Hiobowe wieści.
Jeszcze chyba nigdy w historii nie sprzedaliśmy tak łatwo skóry, nie oddaliśmy tak beztrosko, bez mrugnięcia oka, na żer Niemcom, Żydom, Ukraińcom naszej Ojczyzny. Nasi bohaterowie muszą patrzeć na nas z odrazą. Nie sądziłem , że na starość serce będzie mi krwawiło z powodu Polski.
Ten wiatr jest nie do zniesienia. Czuję się fatalnie. Dawno już nie tkwiłem w takim bezsensie. Każdy krok to wyrywanie z podłoża cementowych nóg. Każdy ruch to szamotanina w kaftanie bezpieczeństwa. Każda myśl, nie , nie mam już żadnych myśli.
Zamilkły ptaki. Nie widać wcale owadów. Upiorny wieczór.
Warszawa,
21 czerwca 2025
Każda podróż, nawet ta najbliższa może być odkryciem. I tak właśnie stało się wczoraj, gdy przejazdem byliśmy w Krasnymstawie. Od razu moją uwagę zwróciły dominujące nad tym miasteczkiem dwie wieże kościoła. Jaki był mój zachwyt, gdy stanąłem przed jego wielobarwną, ale stonowaną fasadą. Ta barokowa świątynia pod wezwaniem św. Franciszka Ksawerego wchodzi w skład zespołu klasztornego jezuitów. Zaprojektował ją Jan Delmars w latach 1695-171. Niestety kościół był zamknięty i tylko przez szybę widziałem piękne freski i bajeczny, złocisty barokowy ołtarz. Wystrój wewnętrzny kościół zawdzięcza hojnej fundatorce, Krystynie z Lubomirskich Potockiej. Pierwotnie dach świątyni zwieńczała kopuła, która z czasem niestety się zawaliła. Przejmująca historia tego faktu znajduje się wyryta na obelisku przed kościołem. Przytaczam ją poniżej w pisowni oryginalnej: „ Na dniu 21 Maj 1849 Mieszkańcy miasta o trzy kwadranse na 12 przed północą przebudzeni zostali łoskotem zapadającej się Bazyliki na kościele tutejszym”. Takie lokalne kataklizmy bardzo mnie poruszają. Wyobrażam sobie, co musieli czuć mieszkańcy Krasnegostawu. Takie właśnie perły, o których mało kto wie, rozrzucone są po mojej ukochanej Lubelszczyźnie. Kiedy jechaliśmy pośród jej rozległych pół i łagodnych wzgórz, tuż nad horyzontem snuły się białe, puszyste obłoki. W oniemieniu patrzyłem na tę galerię marmurowych, pucułowatych puttów. Szczęśliwa kraina. Kraina dzieciństwa.
I jeszcze ten kosmodrom w Łopienniku Dolnym, gdzie sterczą w niebo dwie rakiety wież gotyckiego kościoła.
Na małym wiejskim cmentarzu. Dobrze przejść się między grobami i pocieszyć się, ze tak wielu zmarło nie osiągnąwszy mojego wieku. Ale kto wie, może to oni są szczęśliwsi ?
Warszawa,
22 czerwca 2025
Pierwszy dzień lata. Pora światła, jaskółek, lilii. Pora marzenia i jakiegoś bliżej nieokreślonego, ale szczęśliwego apogeum.
Przez całe życie prowadzony byłem przez Matkę, Ojca i Słowo. Teraz zostało mi tylko Słowo. Ci Trzej Wielcy Przewodnicy nigdy mnie nie zawiedli.
Przestrzeń jest Duchem. Czas jest Demonem.
Dobro nie ma ceny. Dlatego wyświadczaj je jak najczęściej, wyświadczaj je jak najobficiej. Na Dobro nie ma limitu.
Dzień wczorajszy to już anachronizm. Może szczególnie w dzisiejszych czasach warto prowadzić dziennik. Aby przypilnować czas, aby przypilnować chwilę tak, by potem epoka nie czyniła wyrzutu.
Warszawa,
23 czerwca 2025
Dzień Ojca
Ojciec. Zawsze skromny, zawsze w cieniu, zawsze gdzieś na uboczu. Z wykształcenia technik elektronik, ale znający się na sztuce i prawdziwy jej wielbiciel. To dzięki Niemu poznałem Mozarta, Chopina, czy Rembrandta. To On wyjaśniał mi działanie mikroskopu i teleskopu, działanie radia czy rakiety. Miłośnik zwierząt. Uwielbiał koty ( za ich fotogeniczność, był zapalonym fotografem) i psy. W młodości hodował gąsienice ciem, które Go fascynowały. Był trochę jak Junger, trochę jak Herbert i trochę jak Tesla. Nauczył mnie, ze marzenie jest nieograniczone i marzący ma nieokreślone możliwości jego spełnienia. Od dwudziestu pięciu lat niezmiernie mi Go brakuje.
Warszawa,
24 czerwca 2025
Literatura to Odyseja bez powrotu.
Na Dzień Ojca dostałem od mojego Syna „ Dziennik pisany nocą”, Herlinga-Grudzińskiego. Cóż to za smakowita lektura, zwłaszcza w kontekście naszego wyjazdu do Neapolu. Ten znakomity pisarz spędził w tym mieście ponad połowę swojego życia. I już zaostrzył mi apetyt na zobaczenie tego cudu jaki skrywa kaplica San Severo: Cristo Velato. To rzeźba przedstawiająca martwego Chrystusa leżącego pod całunem. Dzieło to stworzył Giuseppe Sammartino ( 1720-1793). Jak pisze w swoim Dzienniku Herling- Grudziński rzeźbę tę chciał, odkupić sam Canova. Niezwykle interesująca jest sama postać zamawiającego tę rzeźbę, księcia San Severo , czyli Raimondo di Sangro (1710 – 1771), o którym pisano , że jest inkarnacją samego Fausta. Był pierwszym Wielkim Mistrzem neapolitańskiej Loży Wolnomularskiej, pisarzem i wydawcą. Jak pisze Herling-Grudziński „ pragnął zapanować nad ukrytymi sekretami natury”. Zapowiada się nader ciekawie.
Warszawa,
28 czerwca 2025
„ Neapol to ostatnie arystokratyczne miasto w Europie”. Tak pisze o nim Marai. Pytanie: czy zdoła oprzeć się jej barbarii?
Nie brąz, nie marmur, ani nawet nie diament. Największy opór stawia ludzkie serce.
Czasami wydaje mi się, że gdybym nie pisał byłbym szczęśliwszy. Ale dla czegoś tak banalnego jak szczęście porzucić pisanie ?
Galerią Boga jest Kosmos.
Sztuka to bolesna próba stania się Bogiem, każde dzieło krwawi: Oliwnymi Łzami, Cierniowymi Łzami, ale też i Łzami Słońca.
Po sześćdziesiątce czas nie niesie już nas jak rzeka. Po sześćdziesiątce jesteśmy na skołtunionej, pędzącej fali tsunami.
Szczęście to udręka gonitwy. Gonimy nie za szczęściem, ale za tą właśnie udręką.
Poszukiwanie utraconego siebie w czasie. Tym wydaje mi się powinien być dziennik.
W konewce
Martwy owad
Ukrzyżowany na wodzie Chrystus
Warszawa,
30 czerwca 2025
Pisałem, że finał wyborów prezydenckich to był horror i kabaret. Dziś mogę dodać, że zamienia się on w dramat, a może nawet w tragedię. Prokuratorzy dziś wkroczyli do Sądu Najwyższego. Domagają się wydania protokołów z komisji i będą badać protesty wyborcze, które tam wpłynęły. Boże miej Polskę w opiece.
Grzegorz Zientecki
O autorze:
Grzegorz Zientecki – ur.1962 w Lublinie. Absolwent Wyższej Szkoły Morskiej w Gdyni. Na statkach Polskich Linii Oceanicznych odbył wiele podróży, m.in. trzy rejsy dookoła świata na m/s „Profesor Mierzejewski” i m/s „Profesor Rylke”. Następnie został zatrudniony na statkach Chińsko-Polskiego Towarzystwa Okrętowego „ Chipolbrok”, dzięki czemu mógł podróżować dalekowschodnim szlakiem Conrada, zwiedzając m.in. Singapur, Hong Kong, Bangkok, Dżakartę i porty Chin. Te liczne podróże stały się inspiracją jego twórczości, w szczególności utworów haiku i aforyzmów.
Dotychczas w krakowskim wydawnictwie Miniatura wydał następujące pozycje:
Tomiki haiku:
• Wiersze Podróżne- 2010r.
• Popiół i rosa -2012r
• Zoom Sindbada- 2012r -tom wierszy
• Pory zmroku- 2012
• Mile i wersy- 2013 r.
• Milion powodów do oświecenia-2015 r
• Urodzaj na nieobecność-2015 r.
• Nefrytowa ważka-2017 r.
Oraz następujące tomiki aforyzmów:
• Szlifierz Oka -2012r.
• Wspomnik-2013 r.
• Amneznik -2013 r .
• Wycisznik -2014 r.
• Resetnik-2015 r.
• Minutnik-2016r.
• Z 1001 nocy na oceanie – 2019 r.
• Żyję w słowach jak drzewo w liściach – 2021 r.
W 2015r. Grzegorz Zientecki otrzymał jedno z wyróżnień literackiej nagrody Naji Naamans w Libanie w dziedzinie aforystyki. Od 2016r. członek Polskiego Stowarzyszenia Haiku.
W sferze zainteresowań Grzegorza Zienteckiego oprócz literatury znajduje się także historia, sztuka, reportaż, astronomia, natura /jest kolekcjonerem egzotycznych muszli/.