Dariusz Muszer – Niemiecki kurier moguła prasowego

Notatki na blankietach

 

Od pogonienia kota komunistom i zamknięcia ich na cztery spusty w bankach, czyli od sławetnej konwersji i kontrowersji ustrojowej, Wiesława Ch. wysyłano wielokrotnie z Niemiec do Polski na przeszpiegi, aż wreszcie zdecydowano się zainstalować go tam na dłużej, może nawet na stałe. Okazało się bowiem, że pomimo długoletniego kiszenia się na obczyźnie, pozostał nadal niezwykle kompatybilny ze swoimi dawnymi krajowcami, a co za tym idzie: przydatny dla zleceniodawców. Jak to z pożytecznymi bęcwałami nierzadko bywa.

Z Polski odmeldowano Wiesława Ch. po raz pierwszy jeszcze wtedy, gdy nosiła ona oberkowy przydomek: Ludowa, a stało się to na początku 1983 roku. Krótko po wypuszczeniu go z internatu, gdzie spędził bite jedenaście miesięcy, najpierw pod celą w Opolu, potem w Nysie. Jego działalność wywrotowa polegała na wysyłaniu wywrotek z państwowym piaskiem i cementem na prywatne budowy i finansowanie w ten sposób ściśle tajnych struktur podziemnych. Namawiany przez esbecję do zmiany tapety etnicznej, zgodził się na złożenie podania o paszport w jedną stronę. Zarezerwowano mu miejscówkę w pociągu do Niemiec Zachodnich. Uważano, że tam go jeszcze nie było, więc na pewno się komuś przyda, bo w socjalistycznej ojczyźnie nie ma dla niego ani miejsca, ani chleba. On na takowe dictum acerbum jeno przytaknął, bo w dzieciństwie nauczono go, że jeśli już inaczej się nie da, to należy podwinąć chwosta pod siebie i głupszemu ustąpić.

Pozwolono mu jeszcze wziąć ślub, żeby jego ukochaną i wierną jak kot Zdenię P. również można było legalnie wyrzucić z kraju. Co dwie sztuki, to nie jedna – rabat należał się postnazistom jak w zimie farelka psu do budy. Już w H. młodemu małżeństwu przytrafiła się córka, potem szybko druga, a po paru latach syn, i tym samym stali się wielodzietnym stadłem. Wcześniej jednak neodemokratyczne władze przyznały Wiesławowi Ch. azyl polityczny, a jego ślubną obdarzyły niemniej ponętnym dokumentem pobytu tolerowanego. Przebywali więc na terenie Europy Zachodniej legalnie, a dzieciaki nie musiały się przed Szwabami chować do szafy czy pod podłogą, co oboje wygnańcy podkreślał przy każdej okazji.

Wiesław Ch. postanowił, że skorzysta z okazji i zacznie studiować. Jako że wcześniej w Polsce kręcił się trochę przy kabarecie i ocierał o koła zbliżone do Solidarności, wybrał slawistykę, jeden z najbardziej zabawnych i egzotycznych kierunków w krainie Volkswagena i Eichmanna. Podczas studiów otrzymywał stypę socjalną, a poza tym bawił się w statystowanie, a nawet zagrał dwa epizody w filmach, w tym jeden jako trup rumuńskiego pochodzenia, a drugi jako ludzki żyrandol. Za ten żyrandol żona trochę boczyła się na niego, ponieważ pokazał na ekranie swoje nagie półżyty, ozdobione, jak sobie tego zażyczył reżyser, żarówką sześćdziesięciowatową, wkręconą dokładnie tam, gdzie zaczyna się i kończy królestwo proktologa. Gdy żarówka jaśniała pod dopływem prądu, Wiesław Ch. wydawał z siebie upojne pomruki, a gdy gasła, milkł z kwikiem. Głęboki symbolizm tej sceny nie był wprawdzie dla wszystkich jasny, ponieważ jednak film był produkcji holenderskiej, nikt nie odważył się protestować.

Skończywszy pobieranie nauk uniwersyteckich, Wiesław Ch. załapał się dość szybko na pracę u pewnego moguła prasowego, co wzbudziło u jednych Polusów zdziwienie, u innych zaś szczękościsk, tudzież zgrzytanie zębami. Natomiast w gnieździe rodziny Ch., umieszczonym na siódmym piętrze podniebnego wieżowca, zagościła radość bez granic, jako że ojciec dostał w końcu stałą robotę. Odtąd starczało im na wszystko i poza przysłowiową mąką kartoflaną, niczego w domu nie brakowało. Wermut i piwo z plastikowych butelek lały się na imprezach strumieniami, a na zagrychę podawano prawdziwe serdelki z musztardą sarepską i remuladą duńską.

Imperium moguła wydawało świerszczyki i brukowce nie tylko dla tubylców niemieckich, lecz również dla takich, co zamieszkiwali europejskie prowincje, przymusowo wcielone ostatnimi czasy do kręgu wiodących cywilizacji planety Ziemi. Czyli również w Polsce. Wiesław Ch. musiał odbyć szereg szkoleń z zakresu strategii medialnych, fałszowania, kodowania i przekręcania informacji, zaciemniania obrazów i uwypuklania wklęsłych figur, zanim przydzielono go do działu zajmującego się formatowaniem polskojęzycznych odbiorców.

Do pracy chodził w jedwabnym garniturze koloru zielonkawego, który nakazano mu kupić w wyznaczonym sklepie. Szło mu dobrze, jego bezpośredni zwierzchnik często go chwalił, a raz nawet zaprosił na kolację do wykwintnej restauracji, gdzie podano śledzie w śmietanie z kartoflami w mundurkach. Te mundurki spowodowały, że Ch. zaczął pisać powieść. Pracował nad nią wytrwale przez dwa dni i trochę z południa, a następnie odłożył na później. I do dziś nie skończył. Niektórzy mówią, że zjadły ją mole. Inni nie wierzą w austriackie gadanie o rzekomej powieści i utrzymują, że Ch. jest zbyt nerwowy, żeby wytrwać do drugiego rozdziału. W każdym razie chciał dobrze, ale wyszło mu tak, jak wyszło. Zresztą, powieść to każdy głupi dzisiaj napisać potrafi, uznał Ch., gorzej ze sprzedażą.

U moguła Wiesław Ch. spędził dziesięć lat. I któregoś dnia śpiochowi zaordynowano pobudkę. Stwierdzono, że dość się już nasiedział w firmie, teraz czas na agenturalne badania polowe. Postanowiono wysłać go do Polski. Aby uwiarygodnić go w oczach tych, których miał obserwować i przeinaczać na synów i córy Europy, potrzebna była legenda. Podrasowano mu nieco życiorys w mediach społecznościowych i na innych internetowych portalach – z niezbyt odważnego i raczej biernego uczestnika walki z komunistami zrobiono z niego opozycjonistę i dziennikarza pełną gębą. Dla niepoznaki otrzymał również od moguła regularne wymówienie z pracy, żeby nikt się nie domyślił, kto był faktycznym sponsorem całej akcji.

Późnym latem Wiesław Ch. wyruszył z Niemiec, żeby zbombardować Warszawę stekiem słów, a na jej gruzach postawić swój wiekopomny pomnik. Na początek redaktor prowadzący nakazał mu nawiązanie stosunków z kontaktami wcześniej zainstalowanymi w stolicy wschodniej prowincji. Wiesław Ch. wypił z kim trzeba, przespał się z kim nie trzeba – i sprawa była załatwiona.

Pierwszym poważnym zadaniem, jakie otrzymał, było przykładne oplucie kogoś. W tym celu zorganizowano mu występ w telewizji. Ch. do oplucia wybrał tych, których najlepiej znał, czyli emigracyjnych pobratymców. Opluwanie polskojęzycznej diaspory w mediach krajowych zaliczyć należy do tradycji narodowej chronionej patentem. Na Wielką Emigrację z pierwszej połowy XIX wieku pluto za caratu, na powojenną i solidarnościową emigrację pluto w gadzinówkach socjalistycznych, a na wychodźstwo najnowsze pluć może do woli każdy, niezależnie z jakiej opcji politycznej i seksualnej się wywodzi. Bo Polak, gdy wyjedzie z Ukochanego Kraju, staje się dla tych, co o wyjeździe tylko pomarzyć mogą, zdradziecką zwierzyną do odstrzału. A po zakończonym polowaniu ściąga się z delikwenta skórę i używa jako wycieraczki. Albo bębenka.

Ch. wykonał swoje zadanie. Wlazł do studia z reklamówką i podczas rozmowy z dziennikarką dwojga imion i dwojga nazwisk oświadczył w stosownym momencie, że może telewidzom pokazać, kto tak naprawdę wyjechał na emigrację. Jako że wszystko było wcześniej ukartowane, dziennikarka zgodziła się, a wtedy Ch. rozdziawił reklamówkę i wysypał jej zawartość na stolik. Dziennikarka udała zaskoczoną i aż krzyknęła z uciechy. Z kolei Ch. oświadczył, że to właśnie jest to, co wyjechało na emigrację. Wtedy kamera zrobiła zbliżenie blatu stolika, na którym spoczywały owcze bobki.

W kilka dni po nadaniu programu jedna z regionalnych gazet zarzuciła nieśmiało Wiesławowi Ch., że nie zajmuje się kulturą i dziennikarstwem, tylko bobczeniem. Atak na Ch. uznano za małostkowy i podstępny wyczyn nie-Europejczyka. Na pomoc Ch. pospieszyła pewna gazeta o ogólnopolskim zasięgu, znana między innymi z tego, że nie nadaje się nawet do zawijania w nią kiełbasy wyborczej i że jej redaktor naczelny ustalił nowe zasady dotyczące tego, kto i kiedy jest człowiekiem honoru. Ch. został z miejsca zatrudniony w tejże gazecie i odtąd mógł pluć, co śliny wystarczy.

Upodobał sobie czepianie się gumowców z onucami, w których jakoby chodzi bezprawnie po Europie każdy Polak, oraz innowierców, czyli takich, którzy jeszcze w coś wierzą. Bo Ch. wytresowano, że ma nie wierzyć w nic, a życie to jedna wielka hucpa i guma do żucia – i tą nieswoją prawdą Ch. zapragnął obdarzyć polskojęzyczną ludzkość. Był bezwzględny, obśmiewał wszystko, co zalatywało religią, tradycją i jakimikolwiek wartościami. Walił poniżej pasa, kopał leżących, gryzł i drapał ile wlezie – bobczył niczym pismak z czerezwyczajki rodem.

Dzięki swojemu niewyparzonemu pióru i niemniej niewyparzonej gębie, udało mu się zaprzyjaźnić z antyonucową i antygumiakową wierchuszką. Wpuszczono go na salony, gdzie mógł bezkarnie puszczać bąka za bąkiem i prać po pyskach włościan, wzbudzając zachwyt i podziw proeuropejskich zwolenników kiepskiego trawienia i nowego nieporządku. Jako znańca, zaczęto zapraszać Ch. na festiwale artystyczne, a pewne wydawnictwo, sponsorowane przez obce siły i jeszcze bardziej obcy kapitał, podjęło się publikacji jego upławów pismaczych w formie zwartej. Książki Ch. nie wzbudziły jednak zachwytu krytyków i nie wywołały ogólnonarodowej histerii czytelniczej, co ździebko martwiło Ch., ale wytłumaczył sobie z niemiecka, że walka z analfabetyzmem nadwiślanym dopiero się zaczęła, więc nie należy przedwcześnie rzucać flinty w zboże. I tak bujał się przez kilka lat, chłepcząc szczęście z pucharu narodowego nieszczęścia i ciągle mając nadzieję, że na końcu mozolnej drogi czeka go nagroda: złoty zegarek marki Rolex i czerwony samochód z otwieranym dachem. Bo to mu właśnie przyrzeczono.

Upojony braniem, zapomniał o ostrożności. Myślał, że wszystko mu wolno i że nikt mu nie podskoczy. Zdarzyło się jednak, że do jego kolejnego artykułu zakradła się pewna nieścisłość, by nie rzec wprost: niektóre pasaże godziły w osobę moguła prasowego, który przecież wysłał Ch. na podbój dzikich, a nie po to, żeby ich dokształcać i uczyć skręcania bumerangów. Chodziło o zdanie mówiące o tym, że współczesna Polska to kolonia, która tylko dlatego uzyskała niepodległość, aby jedna forma kontroli mogła zostać zastąpiona nowszą i o wiele bardziej skuteczną.

Redaktor prowadzący zawezwał Ch. do stolicy Cesarstwa Europejskiego, czyli do berlińskiej bazy. I nic nie pomogło, gdy nieborak tłumaczył się chochlikiem drukarskim i przestawieniami dokonanymi obcą ręką – został zrugany jak zwyczajny czeski pies i założono mu kaganiec. Obiecał, że w przyszłości będzie się powstrzymywał od dmuchania w gwizdek jako sygnalista i mieszania palcem w zupie, w której mu mieszać w żadnym wypadku nie wolno.

Ledwo jednak wrócił do grodu bohaterskiego Warsa i niezwyciężonej Sawy, przydarzyła mu się kolejna wpadka, tym razem towarzyska. Podczas rozmowy w kawiarni wyraził się dosadnie o swojej interlokutorce, gwieździe ruchu antyprokreacyjnego i promotorce związków monopłciowych, z którą był za pan brat, a nawet za pani siostra. W normalnych warunkach nie miałoby to żadnego znaczenia, gdyż dosadność jest nieodłącznym elementem umowy społecznej, jaką zawarli między sobą potomkowie króla Popiela: im więcej brzydkich słów na ustach, tym w kraju będzie ładniej. Przeklinanie należy bowiem do dobrego tonu, a obycie towarzyskie oraz inteligencja (IQPL) mierzone są w qrwach: kto ich więcej rzuci w jednym zdaniu, ten dostaje puchar, miejsce w programie telewizyjnym lub przechodnią księżniczkę lub księcia do użytku osobistego.

Tym razem jednak sytuacja nieco się skomplikowała, ponieważ przedstawicielka siódmej płci obraziła się i wyszła. Ch. zmiarkował, że grunt mu się pod nogami fajczy jak niemenowska stodoła, i wybiegł za nią, żeby wyjaśnić sprawę. Lecz to tylko pogorszyło sytuację, gdyż uciekinierka najpierw nie zauważyła, że Ch. za nią biegnie, a gdy zauważyła, to pomyślała, że jakowyś prawicowy dewiant przygotowuje się do wykonania z nią coitus a tergo i przygrzała mu torebką w łepetynę. Ch. stanął jak niepyszny i próbował się wytłumaczyć. Ponieważ jednak w wyniku uderzenia stracił przednie zęby, zaseplenił tylko coś po hiszpańsku. Tymczasem siódmopłciowa teleportowała swoje ciało stałe do taryfy, która właśnie nadjechała, i na chodniku nie pozostał po niej nawet zapach perfum. Bo też ich nie używała.

Zawrzało w mediach społecznościowych. Ch. został postawiony pod pręgierzem opinii publicznej. Wysmagano go należycie. Gazeta, w której publikował swoje teksty, tym razem nie zamierzała go bronić. Ba, wynajęto dziennikarza, a ten wysmażył taki tekst, że Ch. poszło w pięty! Drzwi salonu zamknęły się za nim z hukiem.

Jakby wszystkiego nie było dosyć, żona wystąpiła o rozwód, a heteroseksualna kochanka odeszła do innego, bądź też do innej. No i jeszcze wydawnictwo odmówiło wydawania kolejnych książek. Świat Ch. runął w gruzach.

Niemiecki redaktor prowadzący odwołał nieszczęśnika z Warszawy i zaproponował mu pracę u siebie w biuletynie ogłaszającym w różnych językach i dialektach wytyczne dla podległych dziennikarzy. Ch. uniósł się honorem i odmówił.

Któregoś dnia naszło go oświecenie: zapuścił wąsy, wdział kontusz i odtąd krąży po europejskich bezdrożach, zachodząc w głowę, co w swoim życiu zrobił nie tak, że Unia Europejska tak mocno go doświadcza. Pewna organizacja charytatywna chciała go zmusić do wstawienia zębów, ale odmówił i uciekł. Bo bez zębów może się zawsze poskarżyć, że wybito mu je podczas walki o demokratyczną demokrację.

A moguł prasowy wysyła kolejnych kurierów do nadwiślańskiej prowincji, i nie traci nadziei, że może któremuś się bardziej poszczęści niż temu ciamajdzie Ch.

Na koniec należy podkreślić, że przekręcanie większości faktów historycznych w powyższym tekście jest całkowicie niezamierzone, a w dodatku nieprzypadkowe.

 

.

O autorze:

screenshot-2016-10-21-14-14-46

Dariusz Muszer (ur. 1959) – prozaik, poeta i tłumacz. Ukończył studia prawnicze, pracował w różnych zawodach, m. in. jako ślusarz, klezmer, instruktor teatralny, dziennikarz, oświetleniowiec i taksówkarz. Mieszka w Hanowerze. Pisze po polsku i niemiecku.

Opublikował m.in. tomy wierszy: Die Geliebten aus R, und andere Gedichte (1990), Księga zielonej kamizelki (1996), Jestem chłop (2004), Wszyscy moi nieznajomi (2004), Zapomniany strajk (2012), oraz powieści: Ludziojad (1993), Die Freiheit riecht nach Vanille (1999, wyd. pol. Wolność pachnie wanilią, 2008), Der Echsenmann (2001), Niebieski (2006), Gottes Homepage (2007, wyd. pol. Homepage Boga, 2013) i Lummick (2009).

.

fot. autora – Hanna Rex

..
Strona internetowa: www.dariusz-muszer.de

E-booki autora – do nabycia na amazon.ca

 

 

Newsletter

Chętnie przeczytam najlepsze teksty.

WESPRZYJ NASZ PORTAL KUPUJĄC NA “AMAZON”

1 Comment

  1. Rewelacyjne opowiadanie, pełne zjadliwego humoru, szyderczej ironii i gorzkiej prawdy. Brawo!

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*