W zakamarkach dziurawych kieszeni trafiam na tekst-wypowiedź z lat 80. (Pierwodruk w „Twórczości”).
Mówię (1)
Kiedyś postanowiłem być słowem-dziełem. Cała moja twórczość wzięła się stąd, że chciałem się ukryć; parawan książek wydał mi się całkiem bezpiecznym schronieniem. Wszystko, co najważniejsze, zawsze można napisać, to kim jestem, jak wyglądam i co mam do powiedzenia — jest bez znaczenia. Niestety, nie byłem konsekwentny. Mój wzór, Thomas Pynchon, pisarz, który wskazał mi drogę, pozostał nieosiągalnym ideałem. Samotnikiem, który robi swoje wbrew… a może raczej bez związku z całym światem. Podziwiałem go, ale od początku czułem, że nie podołam wyzwaniu, by zmierzyć się z jego tajemnicą, z wielką, fizyczną nieobecnością jako postaci (i to w świecie krwiożerczego biznesu, gdzie pisarz musi kłaniać się w pas swoim czytelnikom, bo tak mu każe wydawca). Idealny model tajemniczego twórcy, jaki Pynchon zrealizował, pozostał dla mnie nieosiągalny.
Na początku było łatwo. Starałem się, aby na napisanych przeze mnie książkach nie było mojej fotografii — nie dało się jednak uniknąć informacji. Nie udawało się nie być. Unikałem wszak wywiadów, stroniłem od spotkań autorskich, ignorując informacje, jakie to profity płyną z takich spotkań… próbowałem się ukrywać, nie obsesyjnie, ale konsekwentnie. Wszystko oczywiście wzięło w łeb z nastaniem nowych czasów.
W nowej krzykliwej sytuacji marketingowej uległem pokusie ukazywania się i się pokazywania. Postawiłem tym samym cały swój świat na głowie i nawet udzieliłem kilku wywiadów, w tym i radiowych, i telewizyjnych… coś niebywałego! — niegdyś zupełnie nie do pomyślenia! (Tymczasem Pynchon ukrywa się do dziś).
Nie zapomniałem, że odzywanie się publiczne jest moją najsłabszą stroną. (W szkole podrywałem dziewczyny pisząc do nich liściki — nie umiałem otworzyć gęby!) Przyjąłem jednak inną wersję wydarzeń: muszę podejmować wyzwania, podjąłem ich w swym życiu wiele; im bardziej wydawały mi się przekraczające moje możliwości, tym bardziej wiedziałem, że muszę im stawiać czoło. Czy ma to jakiś związek z moim pisaniem? A cóż takiego związku nie ma?! W tym cała siła, że ten związek jest oczywisty i niezniszczalny. Nie ma nic, co by mogło od mojego pisanie oderwać się i odpłynąć w czarny wszechświat.
Z kilku wywiadów udzielonych pismom (to jeszcze pociechą, że tu mogę grzebać w zapisie i poprawiać słowa rzucone pochopnie), wyszarpuję trochę przemyśleń, wartych może odnotowania w wersji półmówionej-półpisanej.
Początki
Od początku, jak pamiętam, od dzieciństwa roiłem sobie fantastyczne opowieści, które w swoich wyobrażeniach spisywałem w wielkie księgi; byłem zauroczony literaturą. Wychowałem się w rodzinie, która nie przywiązywała wagi do czytania książek i pamiętam, że chyba tylko raz czy dwa dostałem od rodziców książkę w prezencie. Może właśnie dlatego świat literatury wydawał mi się bardziej tajemniczy od tego, jaki towarzyszył mi na codzień. Zawsze (czyli: odkąd pamiętam) chciałem być pisarzem. Uparłem się i wbrew okolicznościom zostałem przy swoim marzeniu. Nie chciałem jednak zostać naturszczykiem, który pisząc — nie wie co robi. Przedzierałem się więc przez tajemnice tworzenia trochę jak Jack London. Z uporem i zawziętością, ale i na granicy rozpaczy, z determinacją kogoś, kto wszystko postawił na jedną kartę. Gdy Wydawnictwo Poznańskie odrzuciło moją pierwszą książkę, trochę surrealistyczne, trochę baśniowe (w klimacie opowieści rosyjskiego romantyka pierwszej połowy XX wieku, Aleksandra Grina) opowiadania, zebrane pod wspólnym tytułem Sny, skończył się dla mnie świat, skończyło życie. Straciłem cel i sens istnienia. Wydawało mi się, że nierzeczywiste klimaty opowiadań dobrze byłoby nazwać metaforycznie, by od razu narzucić czytającemu właściwy dystans do tej nierzeczywistej prozy: tymczasem odpowiedziano mi bardzo realistycznie, że „opis przeżyć i snów, choćby i interesujący, nie stanowi dokonania artystycznego”. Moje opowiadania nic nie mówiły o świecie nas otaczającym, były ucieczką od tego świata; recenzent nie umiał znaleźć granic pomiędzy jawą a snem — nie należało więc czegoś takiego wydawać. Jakoś udało mi się przeżyć i z zemsty napisałem książeczkę bez snów (z zacytowanym jeno opowiadankiem, niechcianym przez świat), co było w jakimś stopniu szyderstwem z mojej strony. Któryś z recenzentów, po ukazaniu się tej książki, napisał, że wydawnictwo źle przysłużyło się młodemu autorowi, który teraz będzie się już do końca życia wstydził. Wciąż swego Ptaka się nie wstydzę.
Słowo
To dla mnie forma świętości. To prawdziwy cud, kiedy człowiek tworzy coś z niczego, kiedy stwarza się rzeczy, które zaczynają swój niezależny byt i stają się faktem. Tak więc jest cud — jest proza. Potrzeba słowa jest w każdym człowieku i jest to potrzeba wielka, ponieważ słowo jest nośnikiem naszych emocji i myśli, a słowo zapisane jest trwalszą formą egzystencji słowa mówionego. Biblia przyznaje słowu pierwszą i największą wartość — moc stwarzania; magia, wszelka magia, zasadza się na mocy słów. Z całą pewnością współczesność nie docenia słowa, szarga nim i lekceważy, przedkładając nad słowo wszelkie komunikacyjne mutacje, takie jak: bity, gesty, dźwięki, algorytmy czy obrazy. Literatura staje się coraz bardziej elitarnym medium i nie mam złudzeń, że nie ma tu mowy o jakiejkolwiek masowości. Moim celem, jako pisarza, jest docieranie do najskrytszych uczuć własnych, do najbardziej wstydliwych, najbardziej skrytych myśli — i wydobywanie ich na światło dzienne. Tego się nie osiągnie skrótową metodą disco czy techno.
Dariusz Bitner
O autorze:

Dariusz Bitner, rocznik 1954, gdynianin z urodzenia, szczecinianin przez zasiedzenie. Chciał być pisarzem od szóstego roku życia, do pięćdziesiątego piątego. Potem chciał przestać, ale się nie udało – pisze dalej. Udało mu się napisać dwie dziesiątki książek, z których wymienić można kilka najważniejszych w oczach autora, a więc: „Ptak” (1981), bo to pierwsza powieść, chociaż mikro; „Cyt” (1982), powieść rozwinięta w trylogię wydaną pod tytułem „Pst” (1997), bo w gruncie rzeczy to coś więcej niż powieść; „Kfazimodo (1989), bo jest to pierwsza i ostatnia powieść popularna; „Opowieści Chrystoma” (1992), bo to baśń, adresowana wcale nie do dzieci; „Trzy razy” (1995), bo to dość szalony tryptyk prozatorski, „Bulgulula” (1996), bo to bardzo szalone opowiadania; „Mna” (2000), bo to trzeci z tomów esejów o pisaniu, ujętych w cykl „Chcę, żądam, rozkazuję”; „Psie dni” (2001), bo to niedocenione, a dobre opowiadania; „Mała pornografia” (2005), bo to mała pornografia; „Książka” (2006), bo to zrealizowana, chociaż dyskusyjna, utopia o książce totalnej; „Jesień w Szczecinie” (2011), bo to eseje, ale i jednocześnie powieść, Bóg wie zresztą – co to. Pracował kiedyś jako dziennikarz, zajmował się reklamą, a także składem książek i adiustacją tekstów. W swoim wydawnictwie Basil wydał książkę autorstwa Henryka Berezy pt. „Epistoły”, poza tym powołał do życia i przez 9 miesięcy wydawał rozprowadzane bezpłatnie pismo „BABORAK. Kultura Szczecińska”. Otrzymał kilka nagród literackich, z których najważniejsza to Nagroda im. Edwarda Stachury za dzieło nieistniejące, za maszynopis książki „Sam w śmietniku słów”. Wspomina o tym wyłącznie na okoliczność tego tytułu, bowiem dziś wszystkie te nagrody nie mają już dla niego znaczenia. Ale są miłym wspomnieniem. Właściwie wszystko staje się powoli wspomnieniem.
