Dariusz Bitner – Lustra

Screenshot 2017-04-19 19.36.30

„Gdy w prasie zapowiedziano druk w odcinkach pod pierwotnym tytułem Kawaler de Rougeville, do Dumasa napisał z protestami jakiś markiz o takim samym nazwisku. Dlatego pisarz zmienił tytuł, niebawem jednak dostał kolejny list: ‘Drogi panie – pisał arystokrata – może pan zatytułować swą powieść, jak panu się żywnie podoba. Jestem ostatni z rodu i w przeciągu godziny wypalę sobie w łeb’. I rzeczywiście markiz de Rougeville popełnił samobójstwo z powodu kobiety”. (Klub Dumas, Arturo Pérez-Reverente)

Samobójstwo z powodu kobiety? – lakoniczność tego stwierdzenia naprowadziła mnie na trop myśli, że tak jak każde odebranie sobie życia jest przede wszystkim manifestacją, a nie rezygnacją, tak powód jest zawsze i bez wyjątku trudny do rozpoznania, nawet, gdy delikwent zadbał o wyjątkowo czytelne tropy. Zapewne jedyne, co na ten temat można powiedzieć na pewno, napisał Edward Stachura w wyznaniu Pogodzić się z życiem: „Samobójstwo dokonuje się z miłości do życia, a nie z nienawiści”.

Wyrastające z tej tezy oczywistości wykraczają daleko poza stwierdzenie, że ktoś palnął sobie w łeb, bo kobieta go nie chciała. Można by tu raczej dostrzec subtelną metamorfozę wszelkich zachłanności, życia pełnego, spełnionego, mobilnego i, rzecz jasna, szczęśliwego, metamorfozę w swoisty negatyw, lustrzane odbicie, skrajną odwrotność, w zaprzeczenie, jakie staje się zawsze, gdy niemożność realizacji okaże się nieodwołalna (może gdy zbraknie sił, aby sprostać swoim fantomom, może gdy zderzenie ideałów jest zbyt brutalne). Każda emocja, każda idea, każda utopia w swej szczytowej postaci staje się swoim zaprzeczeniem; wie się o tym powszechnie, a jednak mało kto rezygnuje z dotarcia do końca. Wiara w wyjątkowość nas samych daje nam złudne przekonanie, że mimo wszystko – nam może się udać. W to z całą pewnością wierzy i bankrut, który nie znajduje innego finału dla swej porażki, i zakochany bez pamięci. W gruncie rzeczy przyjęło się kwestie finansowe i sercowe brać za główny motyw desperacji. I to nie jest nowiną, bowiem z tych dwóch kwestii składa się życie każdego. Osobnicze historie są tu bez znaczenia: bezrobotny, który się powiesił, młodzian z podciętymi żyłami, niezrealizowany w miłości czy neurastenik, po którym się spodziewano, że prędzej czy później wyskoczy oknem bez powodu – oni wszyscy zbyt mocno pragną żyć, by zadowolić się taką cząstką życia, jaką los im przypisał.

Inna osobliwość anegdoty o markizie de Rougeville, to jego stoickie: „w przeciągu godziny wypalę sobie w łeb”. Przypomniało mi to zasłyszaną w zamierzchłej młodości historię (wziętą jakoby z prasy codziennej) o dekadenckim Zachodzie, gdzie pewien osobnik zabił się, zostawiając informację, że jest zdrowy, bogaty, ma piękną żonę i wszelkie ziemskie luksusy, i teraz może to już tylko stracić, więc woli odejść w pełni szczęścia. Lustra metamorfozy są rodem z prześmiewczego gabinetu, gdzie postaci zyskują karykaturalne odbicia. A jednak i ta (prawdziwa lub nie) przypowieść mieści się w paradoksalnej tezie Stachury.

Klub Dumas, książka, którą potrafi zachwycić się każdy mól książkowy, odświeżyła w mej pamięci sympatię (słabość) do literatury popularnej; tej, co jest solą… lub może należałoby powiedzieć: mlekiem bibliotek. Awantury muszkieterów i nieugięta logika Holmesa, z awantury wszak, z Odysei, cała sztuka słowa; od tajemnicy, czy to wyrafinowanych morderstw, czy tajemnych spisków, zaczynamy swoje literackie peregrynacje. W czasach swej buńczucznej młodości upomniałem się ze szkolnej ławy (potem tajemnym sposobem dowiedziałem się, że mój postulat dotarł do samego ciała gogów, jak napisałby zapewne Niziurski) o literaturę popularną, kryminały, książki przygodowe i ogólnie uznane za lekkie. Stałem niezłomnie na stanowisku, że z każdej, najgłupszej nawet książki można wyprowadzić doniosłe wnioski. A jeśli już nie dałoby się przemycić do obowiązkowych lektur Fantomasa, to dobrze by było zmienić obowiązujące smutne i nudne tytuły na ciekawsze, a takich na przestrzeni wieków przecież nie brakowało. Na to moje mędrkowanie polonistka wzięła się pod boki i spytała, z żarzącymi włóknami wolframowymi w oczach: I co byś zaproponował zamiast na przykład Nocy i dni? A ja palnąłem bez zastanowienia, bo całkiem szczerze: Na srebrnym globie. Dobrze pamiętam, że był to koniec naszej rozmowy. Nie usłyszałem żadnego komentarza. (Dla własnej cichej satysfakcji przyrzekłem sobie, że cokolwiek bym pisał na maturze, to zacznę od tej księżycowej trylogii – i zacząłem, o ile mnie pamięć nie myli, frazą: „O’Tamor, biedny marzyciel…”)

Dziś bardziej niż kiedykolwiek wiem, że są na świecie literatury, z których nic, ale to nic dobrego nie da się wypreparować. Ale to już znak czasu – rozumnie więc zacząłem dla własnej przytomności i na własny użytek odmawiać niektórym książkom tytułu „literatura”.

Śmierć w książce Pérez-Reverente’a jest obecna już na pierwszych stronach (chyba jako wabik na czytelnika) i wątki ze śmiercią pojawiają się co i rusz (nie może być inaczej, skoro jesteśmy na tropie diabła w najczystszej postaci), a jednak emocjonalna warstwa tego tematu jest taka, jak by wyszła spod pióra Juliusza Verne’a. Książki w tej książce żyją pełnią życia, a śmierć jest tylko papierem. Ten temat obywa się lakonicznością, jaką znać w informacji: „popełnił samobójstwo z powodu kobiety”.

Jakiś czas temu w korespondencji mailowej Eugeniusz Kurzawa wspomniał o swojej fascynacji Godziną X, Jalu Kurka. Przywoływał obrazy, jakich z tą cieniutką książeczką zupełnie nie kojarzyłem. Ale przecież czytałem ja tak dawno… i, jak pamiętam, nie zrobiła na mnie porażającego wrażenia. (Byłem w końcu pełen zapału i wiary w życie). Teraz odszukałem zakurzony tomik i ze zdumieniem odkryłem podkreślenia zrobione w latach siedemdziesiątych. Mówią one o moich ówczesnych zainteresowaniach. „Jeszcze w roku 1905 Paul Klee dowodził, że im straszniejszy staje się świat, tym bardziej potrzebna, nawet konieczna, wydaje się sztuka abstrakcyjna” (zapewne szukałem usprawiedliwienia dla swojej aspołecznej postawy twórczej). „Ach, kochamy się w abstrakcjach, jesteśmy jednak niewolnikami fizjologii” (tu zapewne szukałem alibi dla mojego stylu pisania, a dodać trzeba, że „poemat fizjologiczny” pojawił się dopiero rok później). Nie da się ukryć, że bardziej trzymałem się życia, mimo fizjologicznych udręk, niż abstrakcyjnej w moim wyobrażeniu śmierci. Dziś widzę, że rzecz ma się odwrotnie (znów to lustro, zamieniające lewą stronę na prawą) – życie jest czystą abstrakcją, poprzez świadomość, pewność swej odrębności i jednocześnie osamotnienia, poprzez bezustanne boje jaźni z zewnętrznością, operą innych jaźni i niewzruszoną materią – jest abstrakcją, na końcu której czeka cierpliwie czysta fizjologia.

Wiem, dlaczego podkreśliłem te fragmenty (byłem w nie uwikłany), ale czemu zaznaczyłem taki? „Któż bo odważy się powiedzieć ojcu, że cierpi na raka żołądka? (…) W dodatku oszukują cię dokoła, nie chcą ci wyjawić, że masz przed sobą zaledwie parę dni życia”. Nie mogłem wtedy przewidzieć niczego, co piętnaście lat później stało się z moim ojcem. Nikt mu nie powiedział, że ma raka żołądka, więc do końca się łudził, że to nie to; umarł czekając na wyzdrowienie, na lek, który postawi go na nogi. Nie wiedział, że umiera. Nie chciał wiedzieć? Do dziś próbuję przekonać sam siebie, że ta śmierć nie była rodzajem zabójstwa. Jeśli nie dano mu szansy pożegnania się, rachunku sumienia, odkupienia, jeśli nie przygotowano go na ten koniec i pozwolono łudzić się, że jeszcze nie teraz… to jak to nazwać?

Nienazwane jest groźniejsze od nazwanego. Markiz de Rougeville nie omieszkał uporządkować otaczającej go abstrakcji, chociaż miłość do fatalnej kobiety sprawiła, że nie zamierzał dłużej w tej abstrakcji przebywać. Fizjologia dzieje się sama – ale możemy jej ułatwić zadanie. Bo śmierć, pozostająca dla każdego abstrakcją, okazuje się tylko fizjologią, przeciwko której trwa życie. Ale kto wie, czy samobójstwo nie jest przypadkiem zwycięstwem abstrakcji – wywyższeniem fizjologii. Swego rodzaju kunsztem; najwyższą sztuką życia.

.

Dariusz Bitner

.

O autorze:

01

Dariusz Bitner, rocznik 1954, gdynianin z urodzenia, szczecinianin przez zasiedzenie. Chciał być pisarzem od szóstego roku życia, do pięćdziesiątego piątego. Potem chciał przestać, ale się nie udało – pisze dalej. Udało mu się napisać dwie dziesiątki książek, z których wymienić można kilka najważniejszych w oczach autora, a więc: „Ptak” (1981), bo to pierwsza powieść, chociaż mikro; „Cyt” (1982), powieść rozwinięta w trylogię wydaną pod tytułem „Pst” (1997), bo w gruncie rzeczy to coś więcej niż powieść; „Kfazimodo (1989), bo jest to pierwsza i ostatnia powieść popularna; „Opowieści Chrystoma” (1992), bo to baśń, adresowana wcale nie do dzieci; „Trzy razy” (1995), bo to dość szalony tryptyk prozatorski, „Bulgulula” (1996), bo to bardzo szalone opowiadania; „Mna” (2000), bo to trzeci z tomów esejów o pisaniu, ujętych w cykl „Chcę, żądam, rozkazuję”; „Psie dni” (2001), bo to niedocenione, a dobre opowiadania; „Mała pornografia” (2005), bo to mała pornografia; „Książka” (2006), bo to zrealizowana, chociaż dyskusyjna, utopia o książce totalnej; „Jesień w Szczecinie” (2011), bo to eseje, ale i jednocześnie powieść, Bóg wie zresztą – co to. Pracował kiedyś jako dziennikarz, zajmował się reklamą, a także składem książek i adiustacją tekstów. W swoim wydawnictwie Basil wydał książkę autorstwa Henryka Berezy pt. „Epistoły”, poza tym powołał do życia i przez 9 miesięcy wydawał rozprowadzane bezpłatnie pismo „BABORAK. Kultura Szczecińska”. Otrzymał kilka nagród literackich, z których najważniejsza to Nagroda im. Edwarda Stachury za dzieło nieistniejące, za maszynopis książki „Sam w śmietniku słów”. Wspomina o tym wyłącznie na okoliczność tego tytułu, bowiem dziś wszystkie te nagrody nie mają już dla niego znaczenia. Ale są miłym wspomnieniem. Właściwie wszystko staje się powoli wspomnieniem.

.

Subskrybcja
Powiadomienie
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze Popularne
Inline Feedbacks
View all comments
Mariusz Wesołowski
7 years ago

Zawsze uważałem, że pogłoski o śmierci tradycyjnych form literackich są mocno przesadzone (niech duch Marka Twaina wybaczy mi to zapożyczenie). Prawdziwa literatura to – semper et ubique – albo interesująca fabuła (w prozie), albo obraz i muzyka słowna (w poezji). Wszystko inne jest obrokiem dla „literaturoznawców”. Ale cóż, ja jestem również z rocznika 1954…8)