Dariusz Muszer – Paweł G. i Gaweł P.

Z cyklu: Notatki na blankietach

Paweł G. i Gaweł P. w jednym spali domu. Paweł G. na górze, a Gaweł P. na dole. Dom był niesolidny, naprędce sklecony z gotowych elementów – taki, że zimą było w nim zimno i pod parapetami hulał wiatr, natomiast latem skwarnie jak w piecu martenowskim. Ot, zwyczajny wielkopłytowy budynek spółdzielczy, jakich dziesiątki postawiono w Gorzowie nad Wartą w wybornych czasach gospodarki planowej, żeby kapitalizmowi i własnym obywatelom zagrać na nosie.
Wprowadzili się jednego dnia. Pawłowi G. przydzielono mieszkanie na czwartym piętrze, a Gawłowi P. na trzecim. Mieszkali sobie zgodnie, jak to tylko dobrzy sąsiedzi mieszkać potrafią. Gaweł P. nie polował w swym pokoju na dzikie zwierzęta, nie przewracał stołków, nie fikał koziołków, nie pozwalał nawet niedorosłej córce na głośne słuchanie muzyki disco. Z kolei Paweł G. nie zalewał sufitu sąsiada, nie włączał odkurzacza, gdy w telewizji leciał western lub „Niewolnica Isaura” – w ogóle to kazał rodzinie chodzić na palcach, żeby, broń Boże, nie wywołać przypadkiem sąsiedzkiej kłótni.
Rodziny G. i P. odwiedzały się z okazji imienin, mówiono sobie na schodach dzień dobry, wymieniano poglądy o pogodzie, a także poufne informacje o tym, do którego sklepu rzucili papier ścierny, a do którego kalosze. Ponadto Paweł G. i Gaweł P. pracowali w tej samej firmie, gdzie urzędowali na tym samym piętrze w sąsiadujących ze sobą pokojach. Można więc śmiało powiedzieć, że byli kolegami, by nie rzec przyjaciółmi, o ile przyjaźń między technikiem budowlanym a inżynierem od instalacji sanitarnych jest możliwa. Życie ich toczyło się po staropolsku, czyli nigdy nie mogli doczekać się dnia wypłaty, narzekali na ścisk w autobusach, reżim Pinocheta w Chile i podwyżkę cen kaszanki. Sielanka trwała jednak do czasu…
Pewnego pierwszego Paweł G. odebrał właśnie swoją kolejną wypłatę. Schował ją w tylnej kieszeni spodni od ślubnego garnituru, który od lat służył mu za ubranie robocze. Uczynił tak nie z tej przyczyny, że wynagrodzenie za pracę miał głęboko tam, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę, lecz dlatego, że marynarkę z portfelem zostawił w swoim gabinecie, gdy udawał się do kasy zakładowej.
Przybył do domu na obiad, jak zawsze punktualnie i jak zawsze – trzeba to podkreślić – w stanie całkowitej trzeźwości, jeśli nie liczyć lekkiego odurzenia wiatrem przynoszącym szampański zapach ukiszonej chemią Warty i niemniej upojny aromat dymu z kominów, który spowijał całe miasto. W domu szanowna małżonka urządzała właśnie lekką przepierkę i stwierdziła, że spodnie Pawła G. wyglądają jak psu z gardła wyjęte, a poza tym są niemiłosiernie poplamione. A że była to niewiasta energiczna, szybko wrzuciła mężowski dół od garnituru do pralki.
Dopiero po obiedzie Paweł G. przypomniał sobie, gdzie jest wypłata – jego krwawica i nadzieja. Wspólnie z żoną przetrząsnęli kieszenie spodni i znaleźli bryłkę mokrego papieru, która przypominała wszystko, tylko nie legalne środki płatnicze. I znowu żona wykazała się energicznością: rozsupłała węzeł gordyjski banknotów, każdy z osobna chwyciła klamerką i zawiesiły na sznurze w łazience. I tak dyndały sobie bladokolorowe papierki, susząc się i czekając na lepsze jutro.
I wtedy do mieszkania państwa G. zapukał Gaweł P. Zobaczył wiszące pieniądze o dziwnej barwie i prosto z mostu zapytał, skąd drogi sąsiad je wziął? Na to Paweł G., niewiele się zastanawiając, palnął, że sam od czasu do czasu produkuje takie banknoty i właśnie wyjął świeżą partię z aparatury, a papierki wiszą, bo farba drukarska musi teraz wyschnąć. Dodał też, że przecież nie wypada suszyć falsyfikatów na balkonie, gdyż ktoś mógłby zobaczyć i dopiero byłby kłopot. Następnie zeznał z kamienną twarzą Sfinksa, że robi tak od roku i nikt się jeszcze nie pokapował. Gaweł P. przytomnie pochwalił kolegę za świetny pomysł powiększenia budżetu rodziny i pospiesznie wyszedł bez pożegnania.
Pół godziny później do drzwi państwa G. zakołatała milicja. Niebiescy mundurowi odsunęli gospodarza i udali się prosto do łazienki, gdzie zobaczyli, co mieli zobaczyć. Pokiwali z troską głowami i zadali tylko jedno pytanie: „A gdzie obywatel trzyma aparaturę?”. Paweł G. już miał serdecznie roześmiać się i wyjaśnić całą sprawę, gdy złośliwy diabełek podszepnął mu, aby powiedział, iż aparatura znajduje się piętro niżej, czyli u Gawła P. Funkcjonariusze zbiegli po schodach. Przeszukanie nie trwało długo. W mieszkaniu Gawła P. rzeczywiście znaleziono aparaturę, tylko nie tę do produkcji fałszywych banknotów, ale całkiem inną, składającą się z rurek miedzianych podłączonych wężykiem gumowym do szybkowaru. Znaleziono też przysadzistą butlę w koszyku drucianym, pełną tajemniczego płynu zalatującego drożdżami. Gaweł P. nie wiedział oczywiście, skąd u niego mógł znaleźć się taki zestaw, czyli szedł w zaparte. Milicjanci również nie wiedzieli, a ponieważ chcieli się dowiedzieć, oświadczyli, że w takim razie zabierają Gawła P. ze sobą na komendę. Dowody rzeczowe również, przy czym dźwiganiem pokaźnej butli z zacierem obarczyli domorosłego bimbrownika. Wkrótce Gaweł P., siedząc na pryczy w izbie zatrzymań, przeklinał dzień, w którym wprowadził się do bloku i dostał za sąsiada Pawła G.
Sprawa fałszywych banknotów w łazience państwa G. wyjaśniła się oczywiście sama i interwencja prokuratora nie była potrzebna. Bank wymienił wyprane pieniądze na nowe i pani G. mogła udać się na comiesięczne poważniejsze zakupy.
Na całej historii najbardziej skorzystała niedorosła córka Gawła P. Odtąd bowiem, jako że między sąsiadami zapanował rozbrat, dziewczęciu pozwolono słuchać muzyki disco na cały regulator.

.

Dariusz Muszer

.

O autorze:

screenshot-2016-10-21-14-14-46

Dariusz Muszer, ur. 1959 w Górzycy na Ziemi Lubuskiej. Prozaik, poeta, publicysta, eseista, dramaturg i tłumacz. Autor kilkunastu książek. Pisze po polsku i niemiecku. Mieszka w Hanowerze.

fot. autora – Hanna Rex

 

 

.www.dariusz-muszer.de

..

Subskrybcja
Powiadomienie
0 Komentarze
Najstarsze
Najnowsze Popularne
Inline Feedbacks
View all comments