Marek Sołtysik – Pamięć o Iredyńskim

Pisarz w aurze populistycznej nagany

 

Urodzony 4 czerwca 1939 roku w Stanisławowie, w domu przy Sapieżyńskiej, zmarł w warszawskim szpitalu 9 grudnia 1985 roku. Znakomity dramaturg był również poetą lirycznym. Szlagierami do tekstów Iredyńskiego rozpoczął karierę Jerzy Połomski. Sama czułość w piosenkach pozwala podważyć twierdzenie świadków epoki o okrucieństwie pisarza. Mówię o literatach, bo ich spostrzeżenia mogą dziwić w tej samej mierze, w jakiej nie dziwiły reakcje Władysława Gomułki, pierwszej osoby w peerelu, który wymachując z trybuny partyjnej debiutancką powieścią Iredyńskiego Dzień oszusta, wykrzykiwał, że ten degenerat, wywiera zgubny wpływ na społeczeństwo.

Bohater Dnia oszusta, inteligentny esteta, prowadzi grę ze światem. Otoczenie doskwiera mu, nie akceptując jego sposobu bycia, on zaś, żeby się bronić, żeby przeżyć, nakłada maskę cynika i nihilisty. Prowokuje ― nie mogąc wytrzymać w świecie śmierdzącym beznadziejnością ― i tak to odwraca proporcje, zamienia wytyczone odgórnie kierunki.

Taka proza nie mogła się podobać i władzom, i literatom funkcyjnym. Doszło do katastrofy.

Do przerwy w życiorysie tak pięknie zaczynającego pisarza. Żeby wykazać się przed władzami, reżymowe łapsy przygotowały zasadzkę, a może po prostu przy okazji przychwyciły Iredyńskiego na czynie nieobyczajnym. Niechętnie wracał do wspomnień o kilku latach więzienia.

Autor sztuki Żegnaj, Judaszu, przewrotnej i drapieżnej (prapremiera w Zurychu w 1968, premiera polska w trzy lata później w krakowskim Starym Teatrze w reżyserii Konrada Swinarskiego, z Anną Polony w roli Młodziutkiej Bladej), po odzyskaniu wolności miał zapewne popaść w niepamięć ― ale przyjaciele zniweczyli plany prześladowców. Sztuki, wystawiane na Zachodzie, pracowały na swego autora; pozwalały mu na powrót do życia w dobrobycie. Zagraniczne stypendia zaowocowały ironiczną mikropowieścią Manipulacja.

Jej temat ― hochsztaplerka w miejsce roboty artystycznej i wynikające stąd zagrożenia ― znalazł kulminację w sztuce Iredyńskiego Kreacja, ostatniej wystawionej za jego życia w Teatrze Polskim w Warszawie w reżyserii Jana Bratkowskiego (premiera 14 marca 1985 roku, z świetną kreacji Mariusza Dmochowskiego). W eseju, zamieszczonym w teatralnym programie tamtej Kreacji, określiłem ją mianem „tragedii z głębokim przesłaniem moralnym, będącej ostrzeżeniem dla wszystkich, którzy uczestniczą w kulturze (…), gdzie patos lub na odwrót, specjalny rodzaj przaśnej prostoty jest tylko pustym dźwiękiem, bo sztuka tam odchodzi na plan najdalszy i jest mało ważnym pretekstem do załatwiania doraźnych interesów, które wynikają wyłącznie z układów”.

*

Książek nie zbierał; przeczytane wynosił stosami do garażu, skąd, wraz z kolejną partią ubrań, zabierał je ktoś, komu w życiu udało się inaczej. Lubił samochody, jeździł bezkolizyjnie. Nawet w okresie przeklętych alkoholowych ciągów potrafił rozpoznać fałszywych i od stołu wyrzucał ich z domu. Nie oceniał twórczości kolegów. Kiedyś zrobił wyjątek. Dla mnie ― wówczas debiutanta. W lutym 1977 po dwóch latach gnicia w cenzurze ukazała się moja nagrodzona powieść Domiar złego. Jej bohaterowie byli nam skądś nawet znajomi, lecz żyli w mieście, w którym domy miały ukryte przed przybyszem drzwi oraz okna, a rok był wyznaczany przewrotnie: porankiem, dniem, wieczorem i nocą. Bohater trafił właśnie na kwartał nocy. Siła miłości sprawiła, że przeszkoda, legendarna granica mgły, okazała się pozorna i bohater z ukochaną, mieszkanką złego miasta, wrócił do świata, skąd go przyniosło i gdzie żaden zakaz nie obejmuje możliwości działania. Książkę przywitała notka w warszawskiej „Kulturze”, pełna jadu i złośliwej niechęci. Iredyński zareagował natychmiast: wykazując się kunsztem lapidarności, wyraziwszy zdziwienie wyskokiem anonimowej współpracownicy „Kultury”, wyniósł na wyżyny książkę i możliwości stylistyczne debiutanta. Dziesiątki sążnistych recenzji, które się potem posypały, nie miały w sumie tej siły promocyjnej, którą dało kilka słów Iredyńskiego, autora Człowieka epoki, powieści, w której rozczytywała się inteligencja.

 

Marek Sołtysik, Portret Ireneusza Iredyńskiego, olej na płótnie, własność artysty.

 

Debiutował jako szesnastoletni poeta w krakowskim „Dzienniku Polskim”. Nie mógł wytrzymać tego nacisku; swój wielki dzień, z egzemplarzem gazety w kieszeni, spędził w tramwaju; i od zajezdni do zajezdni. Ci, którzy chodzili z nim do liceum, dziś określają go jako kolegę, który stwarzał dystans. Miał się ponadto wydawać dojrzalszy niżby to wynikało z metryki. Z Maszą Kapelińską, piękną studentką krakowskiej ASP, stanowili ozdobę piwnic awangardowych. Ale jak długo człowiek niezależny może bezkarnie pozostawać w Krakowie?

Warszawa. Wytworne wielbicielki jego talentu ― opiekuńcze. Po latach wreszcie własny wygodny dom. Wierne psy. Czesław Niemen śpiewał jego wstrząsające w prostocie Wieczory niekochanych. Iredyński ― sprawny autor scenariuszy filmowych i telewizyjnych ― okazał się najoryginalniejszym twórcą słuchowisk w dziejach Polskiego Radia. Przejmujących, przeszywających. Z tą najtrudniejszą prawdą o nas. Z samych głębi!

Więc to tak; była ucieczka ze Stanisławowa przed Sowietami po 17 września 1939, matka zgładzona w niemieckim nazistowskim obozie koncentracyjnym (reminiscencje w sztuce Jasełka-moderne), dzieciństwo spędzone w Bochni, gdzie aurę przesyconą czułością cioć rozrywały przykre pomysły ojca-tyrana (którego potem, osamotnionego w Wałbrzychu, syn z satysfakcją wspomagał finansowo). Kraków, jak się rzekło, wreszcie Warszawa. (Na wiadomość o śmierci ojca, którą latem ujawnił dopiero fetor, syn wprawdzie natychmiast ruszył w drogę, lecz nie był w stanie porządkować miejsca tragedii; pamiątki rodzinne stamtąd ocaliła druga żona Irka, Teresa, i to ona, już w domu, latami ponawiała próby ich wywietrzenia.) I stary dom w lesie na Mazurach. Tam pisał, jak zwykle zrywami, i tam podjął ostatnią próbę zerwania z alkoholem.

W latach osiemdziesiątych ostro postrzegał złożoność czasów, w których telewizja zaczęła się dobijać o jego sztuki ― o dzieła znakomitego pisarza, który ani tak, ani owak się nie opowiedział. Od rana, w domu na Spychowskiej, otoczony świeżą prasą najrozmaitszych opcji, fakty i ich ewentualne następstwa rozważał w milczeniu; od stanu wojennego podczas lektur już nie wstrząsał nim śmiech.

 

Marek Sołtysik, Ostatni portret Ireneusza Iredyńskiego, 1984, tusz lawowany.
W zbiorach Biblioteki Narodowej w Warszawie.

 

Kpiarz. Do końca ufny w poczucie humoru i przyzwoitość interlokutorów. Przeliczył się. Nie dostrzegł fali neo-chamstwa. Oto już gorzej widzący, zmuszony odżywiać się kleikami, unikający kontaktów, zgodził się, żeby przeprowadziła z nim wywiad miła dziennikarka kolorowego pisma. Zakpił sobie i na pytanie z serii „czym jest dla pana kobieta”, odpowiedział na odczepnego mniej więcej tak: „niech pani napisze, że kobieta jest dla mnie naczyniem na spelmę” (wymawiał „l” zamiast „r”). Wywiadowczyni potraktowała to z całą powagą, może chochlik w oczach pisarza był już nie do wyłapania ― i tak to słowa Iredyńskiego (tym razem z „r” w miejsce jego „l”) zwielokrotnił potężny nakład. Znakomity pisarz umierał przez kilka tygodni w aurze populistycznej nagany.

.

Marek Sołtysik

..

O autorze:

Marek Sołtysik (ur. 1950), pisarz, artysta malarz, redaktor, edytor. Debiutował w 1972 jako poeta. Autor kilkudziesięciu wydanych książek i emitowanych słuchowisk, dwóch wystawionych jednoaktówek, utworów prozą adaptowanych na filmy. Laureat III Nagrody w konkursie S.W. „Czytelnik” na debiut powieściowy, Nagrody im. Piętaka, Nagrody Stanisława Wyspiańskiego I stopnia, Nagrody Miasta Krakowa, Nagrody „Krakowska Książka Miesiąca”, wielokrotny stypendysta Ministerstwa Kultury, w 2012 odznaczony brązowym Medalem „Gloria Artis”. Był redaktorem w „Życiu Literackim”, stałym współpracownikiem krakowskiego „Przekroju”, ilustratorem prasowym, w 1990-91 szefem zespołu scenarzystów w krakowskim ośrodku TV za dyrekcji Kazimierza Kutza, wcześniej pracował jako pedagog w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, niedawno wrócił tam z wykładami dla doktorantów. Prowadzi zajęcia w podyplomowym Studium Literacko-Artystycznym na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pisze wciąż, publikuje, wystawia. Dwukrotnie został odznaczony medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” (srebrnym i brązowym)

 

close

Be the first to comment

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*