Zobacz

Jan Tomkowski – Mój pamiętnik literacki [16]

 

56ba6a5193cea

Po sukcesie „Literatury polskiej” mogłem już wybierać między wydawcami, z których każdy chciał wydać kolejną popularną i kolorową książkę – najlepiej o literaturze.

Wiedziałem chyba dokładnie, co powinienem zrobić.

Przez wiele lat po ukończeniu studiów nie miałem pojęcia, że polonistyka, nawet warszawska, tak znacznie obniżyła loty. Literatury powszechnej prawie już nie uczono i nikt nie miał pewności, jak się do tego zabrać. Studenci wybierali literaturę francuską albo niemiecką, a najczęściej literaturę antyczną, z którą zawierali bardzo przelotny kontakt. Jeśli sobie dobrze przypominam, do egzaminu wystarczały dwie lektury! Można było skończyć studia znając „Odyseję” i „Eneidę”, lecz nie wiedząc nic o „Boskiej Komedii”, „Don Kichocie” czy „Ulissesie”. Kto przekartkował „Eugeniusza Oniegina”, nie musiał już czytać „Pani Bovary” ani „Czarodziejskiej góry”.

Niektórzy powiadali, że to z powodu braku podręczników!

Jeśli chodzi o mnie, to już w liceum zaczytywałem się starymi podręcznikami, takimi jak „Wielka Literatura Powszechna”, a nawet wcześniejszymi. Znajdowałem w nich Włochów, Hiszpanów, Niemców, Francuzów, Anglików. Dziwiło mnie tylko, że podobnych syntez nikt już nie pisał w drugiej połowie XX wieku. Antologia Eustachiewicza była pożyteczna, ale nie wystarczała pożeraczowi książek, nie mówiąc już o badaczu literatury polskiej.

Od początku wiedziałem dokładnie, jak ma wyglądać „Literatura powszechna według Jana Tomkowskiego” (taki tytuł zaproponował ostatecznie wydawca). Nie chodziło mi o mechaniczne połączenie dziejów literatury poszczególnych narodów. Nie tworzyłem również historii arcydzieł ani encyklopedii najwybitniejszych twórców poezji i prozy. Ramy książki wyznaczała jej poprzedniczka, czyli „Literatura polska”. Skupiałem się wyłącznie na tym, co ważne dla polskiego czytelnika, co polska publiczność już zaakceptowała – głównie dzięki znakomitym polskim tłumaczom.

Znów zastosowałem system rozkładówek i uproszczonego podziału na epoki – trochę odmiennego niż w przypadku literatury polskiej. Literatury orientalne obecne były w stopniu raczej symbolicznym, piśmiennictwo małych krajów, takich jak Albania, Litwa czy Rumunia, rzecz jasna nie mogło być uwzględnione w wystarczającym zakresie. Najwięcej miejsca przypadło jednak prawdziwym wielkościom: czy można mieć jakieś wątpliwości, przydzielając najwięcej miejsca Szekspirowi, Goethemu, Flaubertowi, Dostojewskiemu albo Proustowi? Ostatecznie bez tych wielkich postaci również studiowanie literatury polskiej byłoby nader powierzchowne. Wiedziałem, że czytelnicy będą się domagać ode mnie obecności wielu nazwisk, których nawet nie zdołam wymienić.

„Literatura powszechna” pewnie wyglądałaby inaczej, gdybym zdołał osiągnąć porozumienie z PIW-em. Niestety, szybko się zorientowałem, że o ile za „Literaturę polską” dostawałem osiem groszy od sprzedanego egzemplarza, to za „Literaturę powszechną” w najlepszym razie dostanę trzy. Postawiłem więc na małe wydawnictwo komercyjne, pewnie dlatego że wszyscy pracowali tam na Macintoshach, a ja byłem przecież zakochany w komputerach z kolorowym jabłuszkiem!

W każdy piątek woziłem do Warszawy kolejne partie tekstu, z komputerowcami jakoś się dogadywałem, chyba nawet Adam Rysiewicz bywał ze mnie zadowolony. Gorzej było z grafikami. Nie wypaliła współpraca z Andrzejem Czeczotem. Natomiast główny plastyk „Literatury powszechnej” chciał być twórcą artystycznej ksiązki, lecz nie zdawał sobie sprawy, że komercyjny sukces podobnego opracowania zależy jednak od jego funkcjonalności, a nie wysmakowanej szaty graficznej. Nie mógł zrozumieć, dlaczego upieram się przy swoich pomysłach. Dziwił się, że wprowadzam komiksy zamiast reprodukcji średniowiecznych arcydzieł i że stronice poświęcone powieści „Wojna i pokój” mają przypominać wycinankę. W ogóle chciał, żeby wszystko było ładne, sztampowe i zgodne z modą panującą w studiach graficznych. Ja natomiast chciałem, by rysunki i fotografie zaskakiwały, prowokowały, chwytały za gardło, by stronica odsyłała do kolejnych stronic, nie pozwalając oderwać wzroku od trzymanego w dłoniach egzemplarza.

Katastrofą był reklamowy folder – uczestnicy promocji zostawili go na opustoszałych krzesłach.  Tragedią okazała się paginacja – do dziś numery stronic odczytuję przez szkło powiększające! Ikony także wydawały się mało czytelne. W ogóle naczelny grafik dążył do wypełnienia stronic ilustracjami, nie zawsze najciekawszymi. Tekst odgrywał rolę podrzędną, zajmował czasem nie więcej niż 10% stronicy, w związku z czym zmniejszano czcionkę do mikroskopijnych rozmiarów. Słabo widoczne indeksy i spis ilustracji też spotkały się z krytyką, przy czym wszyscy głęboko wierzyli, że każda decyzja edytorska była ze mną uzgadniana.

Wishful thinking – jak mawiają Anglosasi.

Wykłócałem się dzień i noc, aż pan grafik zaczął mnie unikać.

Mimo wszystko książka okazała się sukcesem i weszła nawet na listy bestsellerów „Rzeczpospolitej”. To nie oznaczało niestety terminowych wypłat kolejnych rat honorarium. Komercyjny wydawca obiecał, że z powodu zwłoki zwróci mi prawa autorskie, które wprawdzie kupił, ale za które płacił z wyraźnym opóźnieniem.

Oczywiście nie dotrzymał słowa. Sprzedał prawa firmie Bertelsmann Media, która pod szyldem „Świata Książki” wprowadzała na rynek kolejne edycje „Literatury powszechnej”, już bez porozumienia z autorem i oczywiście nie płacąc mu ani grosza. Zaprzyjaźniony redaktor zawiadomił mnie w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych, że moją książkę sprzedano już w nakładzie stu pięćdziesięciu tysięcy egzemplarzy.

Kiedy pisałem drugą z moich kolorowych syntez, nie wiedziałem jeszcze, że przyjdzie dzień, gdy będę wykładał studentom przedmiot pod nazwą literatura powszechna. Stało się to najpierw w Kielcach, a potem w Warszawie. Mój kolega, profesor historii, bardzo mi współczuł.

Taki rozległy materiał, mówił, no i przecież nie ma do tego przedmiotu żadnego podręcznika.

Podczas egzaminów wyszedłem na korytarz.

Wszyscy studenci trzymali pod pachą moją „Literaturę powszechną”.

Piękny widok – chyba wart każdych pieniędzy.

Jan Tomkowski

O autorze:

Screenshot 2015-03-21 15.32.13

Jan Tomkowski  (ur. 22 sierpnia 1954 w Łodzi), doktor habilitowany nauk humanistycznych, profesor historii literatury polskiej w Instytucie Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk.

Podaj dalej!
Share on Pinterest
Share with your friends








Submit

Jan Tomkowski – William Blake – EBOOK

Jan Tomkowski – William Blake – poeta, mistyk, artysta

Obok Szekspira i Eliota najczęściej komentowany poeta angielski, zaliczany do najwybitniejszych mistyków europejskich. Oryginalny malarz i grafik, w swoich dziełach łączył słowo i obraz w sposób absolutnie prekursorski. Opracowanie zawiera kalendarium, szkice o twórczości Blakeʼa, imponującą galerię prac oraz słownik pojęć używanych przez artystę. Pobierz Ebook, wydany przez "Oficynę FJ", po kliknięciu ilustracji poniżej.

Biuletyn – bezpłatna prenumerata

PAPIERY FOTOGRAFICZNE

Leave a comment

Your email address will not be published.


*