Robert F. Barkowski – Wycieczka kulturoznawcza

W szkole pojawił się milicjant. Koniec przerwy, nawoływał stary woźny, potrząsając natarczywie trzymanym nad głową dzwonkiem. Uczniowska brać wsiąkała płochliwymi gromadkami w klasy, przepychając się nawzajem pośród podekscytowanych szemrań. Skoro milicjant, to po kogo przyszedł?
Po Alfreda, nauczyciela od języka polskiego, rozniosło się szybko. Buczało niczym w ulu. On miejscowy, jeszcze za Niemca rodzina się tutaj uchowała, oj znaleźli coś, znaleźli.
Nic nie znaleźli. Burmistrz wezwał nauczyciela w pilnej sprawie. Stąd i milicjant. Siedziba miejskiej władzy nadal zajmowała obszerne pomieszczenia trzypiętrowego hotelu, pośrodku rynku na starym mieście. Komenda milicji w restauracji na parterze, zarząd miasta na pierwszym piętrze, sąd na drugim. W piwnicach cele więzienne. A gdzie mieli się, na tymczasowo, pomieścić? Ratusz, poczta, szpital i kościół w gruzach, kamienice, te które się jako tako ostały, zapełnione napływem przychodźców.
Burmistrz przeszedł bez ogródek do rzeczy, zaczynając od przedstawienia Alfredowi nieznajomego mężczyzny:
– Edward, redaktor gazety z Warszawy. Przysłali go na tydzień, ma się rozejrzeć i napisać reportaż. O nas, mieście, okolicznych wsiach, i jak sobie dajemy radę na Ziemi Odzyskanej. Wy, Alfredzie, oddelegowani zostajecie natychmiast do asystowania mu. Bądźcie pomocni, jesteście u siebie. Przy wyjściu kapral wyda wam odpowiednie papiery i pieniądze.
– Oddelegowany, znaczy większy przydział kiełbasy i wódki? – spytał Alfred odruchowo.
Burmistrz pogroził mu palcem:
– Rowery dostaniecie, służbowe, dwie latarki i mapę. Zbierać pokwitowania za każde zakupione jajo.
– A szkoła? Tydzień?
– Nie zgłupieją przez ten czas. Wzmocnią wiedzę przy malowaniu płotu.
Alfred w milczeniu zaprowadził reportera na rynek, roztrząsając po drodze w myślach: co ja z nim mam począć, jaki reportaż, pewnie tajniak? Jak każdego piątku, rynek był wypełniony tłumem ludzi. Jeszcze więcej jak za pozostałych dni w tygodniu. Kręcąc się między straganami zakupił paczuszkę mydła i papierosy. Na koniec wędzoną rybę. Owiniętą w zatłuszczoną gazetę podał bez słowa obcemu.
– Na co mi ryba? – spytał Edward.
– Na wkupne, a gazetę do poczytania, reporter. – Alfred ruszył dalej. – Szukasz przecie informacji o nas? W niej więcej niżbym ci opowiedział.
– Ale tu po niemiecku, stara. – Edward spoglądał zdegustowany na trzymany pakunek.
– A co? Chciał nas poznać? Tu wszystkimi językami się mówi. Wyczytasz w niej o tych, co tu przedtem byli.
Zatrzymali się przy rzędzie drewnianych budek. Przed każdą wystawione ławy z towarami lub niewielkie usługi przeróżnej maści, od ostrzenia noży po strzyżenie i golenie. Zatrzymali się przed manekinem przywdzianym w surdut i kapelusz, trzymającym tabliczkę z napisem „Krawiectwo u Zosi. Szybko, na miejscu i tanio”. Alfred przywitał się wylewnie z właścicielką. Wręczył jej rybę, mydło i papierosy. Wystawiła im na lewo od manekina drewniany stół, niewielki, kwadratowy, przystawiła do niego dwa krzesła, każde z innego kompletu, pokryła stół czystym obrusem w biało-czerwoną szachownicę.
– Przez tydzień możecie tu siedzieć – oznajmiła, postawiwszy na blacie dwa kieliszki i butelkę wódki pod stołem. – Tylko nie odstraszaj mi zaczepkami damskiej klienteli, Alfredzie!
– Pani Zofio, ja sam w strachu. – Skinął nieznacznie głową w kierunku reportera.
Wzruszyła ramionami, po czym zniknęła w budce.
Wypili po jednym, zapalili papierosy. Alfred, wypuszczają z wolna dym do góry, spoglądał w głębię rynkowego rozgardiaszu.
– Co dalej? – odważył się zapytać Edward.
– Patrz, rozglądaj się i notuj, nieustannie zapisuj, jakby co, to pytaj, po to tu jestem.
– Na rynku?
Alfred, odwróciwszy głowę od tłumów, spojrzał mu w oczy. Po chwili rzekł z namysłem:
– A gdzie? Człowiek potrzebuje dwóch rzeczy do szczęścia. Domu jako ostoi bezpieczeństwa. Gdzie może wypocząć, czuć się jak u siebie, pokłócić i nacieszyć rodziną, pokochać z bliską osobą, wyspać i umrzeć. To jedno. A po drugie, potrzebuje miejsca publicznego – nalał wódki do kieliszków – gdzie spotka się z innymi ludźmi, poza domem. – Wypił sążniście, otarł usta. – Gdzie porozmawia, obgada, sprzeda coś, zahandluje, dowie się nowinek, pozna miłostkę, dostanie w mordę, wykrzyczy, no… wszystko co jest ciekawe, intrygujące…, nie rozumie?
– Nie rozumie. – Edward odstawił pusty kieliszek.
– Czego?
– Rynku.
Alfred, odsapnąwszy, przystawił do siebie oba puste kieliszki.
– Jeden to dom, drugi to rynek – rzekł wolno. – Chcesz ich poznać. Do domów nie wejdziesz, zresztą…, a ten – położył palec na obrębie drugiego kieliszka – to rynek, miejsce publiczne. Tu się schodzą wszyscy, gromadnie, każdego dnia, najwięcej w piątek, jak dzisiaj. Obserwuj ich, uważnie. Zapisuj. Jak rozmawiają i o czym, jak bardzo się różnią nawzajem a jednocześnie zlewają, narzecza, ubiory, wyglądy, ha, tu są razem. To nasza ojczyzna, z wielu mniejszych złożona, porzuconych, ha. Przygnano ich, z Ukrainy, Białorusi, Litwy, inni dobrowolnie nadciągnęli, z Pomorza, Śląska i z obozów…, no, notuj, tak ci kazano, jak wspólnie tu mieszamy nową zupę, smaczną, zdrową, o wielu składnikach. – Po chwili dodał ściszonym głosem: – Z pryzmą prastarej polskości i niemieckiej pozostałości.
Zapadło milczenie.
Przed nimi przemaszerowało kilku chłopów, ciągnąc konie.
– Konie też z różnych stron? – wtrącił Edward.
– Sprawdź – uśmiechnął się Alfred. – Podejdź i zawołaj, zobaczysz, na co reagują, wiśta, hejta, nie wiem, jak u was w Warszawie.
– Ja w Warszawie tak samo przychodźca, jak wy tutaj. – Edward skinął głową w kierunku tłumów.
– Mhm, nie każdy przychodźcą – bąknął Alfred.
– Rodzina z Baranowicz i Grodna. – Edward westchnął lekko. – Na największy targ koni jeździło się przed wojną do Suwałk. To był kiedyś targ, człowieku, więcej mrowia handlujących Żydów, jak wszystkich ludzi na tutejszym rynku. – Po chwili zastanowienia zapytał łagodnie: – Co znaczy, nie każdy przychodźcą?
Alfred, nie odwracając wzroku od kręcących się po rynku ludzi, rzekł:
– Pochodzę stąd. A Żydów też kiedyś wielu tu mieszkało, w Międzyrzeczu chociażby.
– Niemiec? Spolszczony, czy jak? – spytał Edward ostrożnie.
– Polak. Z krwi i kości, od pokoleń, jak cały mój ród.
– I uchowaliście się?
– Nic ci do tego. Co, nie sprawdziliście mnie w Warszawie?
– Ach – odmachnął Edward ręką. – Wypijmy jeszcze po jednym i zjedzmy coś. Masz rację – klepnął Alfreda po nadgarstku – rynek imponujący, ludziska zaczynają mnie intrygować, jeżeli za każdym tajemnice, jak za tobą, hem…, zbiorę materiał na całą książkę, nie tylko reportaż.
– Też piszę, dla siebie, wiersze – wtrącił nieśmiało Alfred.
Poszli między stragany, prowadząc ze sobą rowery. Kręcili się przez dwie godziny, do popołudnia. Przy ławie Chołodego, starego chłopa z Ukrainy, zasiedli przed kilkoma misami wypełnionymi pierogami. Zaciekawiony Edward spytał chłopa, dlaczego w każdej misie pierogi różnych kształtów i odmian szarobiałości.
– Bo one na różną modłę robione – odparł za Chołodego Alfred. – Te z Ukrainy, te spod Katowic, tutaj poznańskie, o tam masz brandenburgi, te z ząbkami na obrzeżach tutejsze. – Edward wyjął notes, począł szybko zapisywać jego słowa. – Niektórzy robią pierogi i sprzedają Chołodemu, a on je tutaj z podwójnym zyskiem dalej sprzedaje. A że ludziska z różnych stron, to i różne misy.
Edward zapłacił chłopu z góry, wciskając mu więcej banknotów niż się należało i począł kosztować z każdej misy. Po jakimś czasie oznajmił zawiedzionym nieco głosem:
– Jakoś nie smakują aż tak różnorodnie. Farsze owszem, ale ciasto to samo.
Chołody wsadził do szklanej tutki nowego papierosa, przypalił, zaciągnął się. Zakasłał charkotliwie, zaciągnął się ponownie, po czym rzekł do Edwarda:
– Jak nas, panie, z wszystkich stron na kupę spędzili, to nie wybiją z łepetyn rodzimych zwyczajów. Ale mąka jest ta sama. Zboże tutaj rośnie we wspólnej ziemi, dojrzewa pod tym samym słońcem. Woda też wspólna. Stąd ciasto jednakowo smakuje – zakasłał ponownie.
„Ziemia na polu, zboże, woda, słońce – w tym miejscu te same, zlepią wspólne ciasto”, zapisał Edward w notesie.
Podjedli i ruszyli dalej. Zamiast jednak o otaczających ich ludziach wdali się w dyskusje o literaturze, pisarzach, ulubionych dziełach. Jakby ich ominęło, że rynek począł z wolna pustoszeć. Budkę pani Zofii zastali zamkniętą.
– Chcesz, to możemy pojechać w jedno miejsce – zaproponował Alfred.
– Teraz? – zdziwił się Edward.
– A kiedy? Masz tylko tydzień czasu. Burmistrz kazał pokazać region. Odwiedzimy tajemniczą samotnię. Pozostałość po dawnym plemieniu naszych przodków, Dziadoszanach. Jeszcze przed wojną zachodziłem tam często, napawała mnie natchnieniem i inspiracją do pisania.
– Daleko?
– Nieco ponad dwadzieścia kilometrów w puszcze na zachodzie. Rowerami szybko. Co się wahasz? – Klepnął Edwarda po ramieniu. – Mamy latarki, przepustki od burmistrza, najedzeni jesteśmy, opici też.
Pojechali.
Paręnaście kilometrów na zachód od miasta zjechali z głównej drogi na ubity szlak, prowadzący nieco na południe. Do tej pory napotkali jedynie trzy patrole milicji, kilka krów, sporadycznie odległe sylwetki ludzi pracujących na polach i kiwającą im rękoma dzieciarnię obsiadłą na wiejskim płocie. Mało miejscowych, zauważył Edward. Niektóre wsie jeszcze puste, czekają na zasiedlenie, odparł Alfred. Po krótkim odpoczynku ruszyli dalej. Wjechali w gęste lasy. Droga zawęziła się do dwóch kolein wyżłobionych kołami chłopskich wozów, przedzielonych pośrodku garbem udeptanej trawy. Okolica nabrała urozmaicenia zalesionymi wzniesieniami, jeziorkami i wężowymi wstęgami strumieni. Przystanęli na drewnianym mostku przerzuconym nad wolno płynącą wodą.
– Tu była kiedyś nieprzebyta puszcza – Alfred zakręcił ręką. – Dziewicza, słowiańska. Żadnych dróg. Jedynie tajne ścieżki. Ukryte w borach wysepki na jeziorach, na nich osady.
– Skąd wiesz? – Edward rozglądał się lękliwie.
– Za Niemca ojciec był pomocnikiem leśniczego, zabierał mnie na inspekcje. Dalej nie przejedziemy, musimy prowadzić rowery.
Po godzinie marszu wąską doliną wyszli na przestronną polanę. Wysokie szuwary na jej północnym obrzeżu wskazywały na bagna, na zachodnim skrawku rozrosłe dęby ustępowały miejsca zwiewnym leszczynom. Niedaleko, orzekł Alfred, jeszcze przejście tunelem w żółtawych skałach i dojdziemy do magicznego miejsca. Krocząc między leszczynami, poczuli swąd dymu.
Nieopodal wzniesienia z wyżłobionym u podnóża wejściem wiła się polna droga, z południa na północ. Okap wejścia do tunelu wspierała pionowa drewniana belka. Na poboczu tkwił wypełniony pakunkami wóz, obok stał koń z zatopionym w wysokiej trawie łbem. Na łączce przed wozem buzowały płomienie niewielkiego ogniska, liżące pojemny sagan umocowany na rusztowaniu z grubych gałęzi. Wokół niego krzątały się dwie kobiety.
Na ich widok jedna zerwała się, podbiegła do wozu i chwyciła w dłonie siekierę. Druga, nieco starsza, przystanęła przed ogniskiem, zarepetowała karabin i krzyknęła hardo:
– Siedem naboi zbóje! Czego?!
Edward wypuścił z rąk rower, Alfred wyjąkał:
– Na co zaraz karabinem, kobieto! My tylko przechodzimy…
– Zającowi jaja w skoku odstrzelam – wycelowała w nich broń.
– My nie zające. – Alfred ze strachu zaczął się jąkać. – Nna… naucz…czyiel z miasta, on z…ze…stolicy, eh…
Opuściła nieco karabin, uważnie im się przyglądając. Druga, stanąwszy obok niej, trąciła ją ramieniem i rzuciła coś niedosłyszalnie, wyginając drwiąco usta.
– Co ich tu zagnało? – spytała ta z karabinem.
Niespodziewanie Edward rzucił wyzywająco:
– Przygnało, co miało. Gotujcie dalej zupę i nic wam do tego.
Alfred zerknąwszy na niego z podziwem rzucił:
– Chcemy za skałę, prowadzę kolegę po przeszłości. Nic nam do was.
Zaprosiły ich do ogniska. Niebawem między nimi poczęła krążyć butelka wódki, po niej druga. Zdążają do rodzin, wyjaśniała młodsza z kobiet. Hvala i Zora, przedstawiły się. Przedzielono granicą ich wieś rozległą, niemal miasteczko, rodziny z dziatwą po tej stronie, one po tamtej. Zebrały dobytek i przeszły na polską stronę, ku swoim. Edward naprzeciwko ogniska słuchał, zafascynowany płomieniami tańczącymi między obrębem jej spódnicy. Alfred przyglądał się podniecającym okrągłościom starszej, dosypującej jakieś przyprawy do zupy w saganie. Hvala trzepnęła go dłonią po czuprynie:
– Posilcie się, zuchy, zanim poigracie.
Posilili się.
Alfred z zamkniętymi oczyma głaskał z narastającym podnieceniem powabne kształty. Wzdychając, sięgnął ręką ku jej twarzy, Hvala czy Zora, nieważne…, miękka ciepłość…, palce utknęły w spoconej szczecinie włosów… usta, okolone włosami…, baba z brodą…, szarpnął przerażony, próbował się zerwać, niemoc w głowie i członkach targnęła boleśnie. Edward zawył z bólu:
– Zboczeńcu! Gdzie…, nic nie widzę…
Przysiedli w ciemnościach. Ze strachu uchwycili się za ręce. W głowach waliło młotami przytępienia. Przed nimi, w świetle księżyca, majaczyło opadające ku puszczy zbocze.
– Kręci mi w głowie jakbym rozpędzał na karuzeli – sapnął Edward.
– Struły nas wiedźmy, podłe! – Alfred rzygnął na bok.
– Masz twoje słowiańskie Dziadoszany. – Edward próbował się podźwignąć.
– Podłe łużyckie strzygi, czego chcesz? – obruszył się Alfred.
– Zniknęły rowery, latarki, mapa. Nie mam marynarki, notes z ołówkiem w kieszeni koszuli się ostał. Okradły nas. Przepadły przepustki, pieniądze.
– Mam latarkę, trzymałem w bocznej kieszeni spodni. – Alfred obmacywał się po ciele.
– O, siekiera! – Edward uchwycił trzonek. – Zapomniały? Zgubiły?
Wspomagając się nawzajem, poczęli powoli schodzić zboczem. Alfred oświetlał drogę latarką. Nadal pijani i opętani wywarami spożytej zupy, na wpół obłąkani. Snop światła latarki wychwycił w nocnej ciemności niewyraźne kontury. Drewniane chaty pokryte słomą, okrągła polanka z słupami na obrzeżu. Ręka Alfreda przejechała światłem latarki ponownie po placyku, słupach. Nerwowo, zygzakami, w dół, w górę, na boki…
– Ożeż ty…! – zasyczał Edward gniewnie.
Wyrwał się do przodu. Z ciemności doleciał jego krzyk: – Hitlerowcy! Mordercy! – Począł bez opamiętania rąbać siekierą po jednym ze słupów.
Alfred potknął się, padając na kolano. Latarka w trawie oślepiła go, w głowie ponownie zatańczyły wzburzenia. W końcu ją chwycił. Podbiegł do szalejącego z siekierą Edwarda. Wokół odskakiwały grube drzazgi. Alfred oświecił rąbany słup, zdębiał przez chwilę. Uchwycił Edwarda z tyłu pod ramiona, odciągając go na siłę. Wypuszczona z dłoni siekiera poleciała im nad głowami do tyłu. Przewrócili się na ziemię. Rozszczekały się psy, w oknie jednej z chat zatańczył mdły płomień świecy. Ujadanie psów narastało rozwścieczeniem.
– Uspokój się! – krzyknął na Edwarda, tarmoszącego się pod jego uściskiem. – Miejscowych obudziliśmy!
– Hitlerowców…, swastykę miał na głowie, wielką, pewnie posąg Adolfa…!
– Durniu… – Alfred usiłował mu przymknąć usta dłonią. Światła świec rozbłysły w następnym oknie. – Porąbałeś słowiański kołowrót, pogański symbol słońca, swarżycę na hełmie posągu, przestań się szarpać, musimy uciekać…
Skądś dobiegły piski otwieranej bramy, podniesione głosy:
– Złoźeje! Banditen njeplecne! Łapju! Pśimali do broni! Lass die Hunde los!
Alfred wyłączył latarkę. Szarpnął Edwarda za ramię w górę. Pobiegli bez namysłu z powrotem w kierunku lasu na wzniesieniu. Nie zważając na smagające ich gałęzie, potykając się o nierówności, uderzając o pnie drzew. Byle jak najszybciej i jak najdalej.
Stoczywszy się łagodnym stokiem, wpadli do rzeczki albo stawu, po ciemku nie do rozpoznania, woda po kolana. Biegli przed siebie, dopóty Alfred nie ugrzązł po pachy w mazistej czerni. Edward zdołał go wyciągnąć. Przez kilkanaście sekund łapali z trudem oddech i nasłuchiwali. Nic. Przeskoczyli jakieś dołki, trafili na twardsze podłoże. Biegli teraz spokojniej, miarowo, próbując w świetle księżyca zorientować się w terenie. Przed nimi ponownie zamajaczył kontur lasy. W końcu zabrakło im sił. Alfred, przyjrzawszy się w skupieniu gwiazdom, wskazał ręką. Musimy na wschód, oznajmił. Skręcili w otwierającą się między niewielkimi wzniesieniami dolinę. Maszerowali, strącając się wychwycić uszami jakiekolwiek odgłosy. Po mniej więcej godzinie otwarły się przed nimi pola, może nawet rozległe, dojrzeli na tyle, na ile zezwalała księżycowa poświata i gwiazdy. Niebawem trafili na gruntową drogę, wyraźnie często używaną, sądząc po śladach opon. Przysiedli na skraju nasypu.
– Musieliśmy nieopatrznie przejść na drugą stronę granicy – zastanawiał się Alfred. – To byli Łużyczanie. Co im figurę woja słowiańskiego porąbałeś, pomyliwszy kołowrót z swastyką.
Edward prychnął:
– Ja nie pomyliłem drogi do tajemnej świątyni…
– Ja nie chciałem ruszać zatrutej zupy…
– Ale oczy wytrzeszczałeś na tę starszą, wszystko zjadłbyś.
Milczeli przez chwilę.
– Ci Łużyczanie mówili jakby i po naszemu, ale mieszali z niemieckim. – Edward sprawdził czy nie zgubił ołówka. – Gdybyś poświecił, zapisałbym w notesie.
– Pónaschemu – bąknął pod nosem Alfred.
Włączywszy latarkę, skierował światło najpierw na nadgarstek, chcąc sprawdzić godzinę na zegarku. No tak, przecież wiedźmy ukradły. Poświecił jeszcze wokół siebie i na wschód, wzdłuż pola. Raptem Edward uderzył go w rękę, wytrącając latarkę. Zgasił ją i, przyłożywszy dłoń do ucha, machał niemo do Alfreda drugą ręką. Z oddali dobiegł warkot silników. Instynktownie zerwali się i skoczyli za nasyp, porośnięty wysokimi trawami. Odgłosy zbliżyły się. Rozchylili ostrożnie kępy traw, spozierając na drogę. Z przodu łazik, za nim dwie ciężarówki, wyładowane wojskiem. Na bokach wymalowane „CCCP” i czerwone pięcioramienne gwiazdy.
– Ruski – zauważył z przejęciem Edward.
– Przestań oddychać – szepnął Alfred. – Zabiją nas. Może za nami szukają?
Edward zniżył głowę:
– Po tej stronie granicy?
– Dla Sowietów nie ma granic.
Odczekali, aż ucichną warkoty silników, po czym zasiedli ponownie na nasypie. Alfred przyświecił Edwardowi nad notesem. Nagle zamarli w przerażeniu. Od strony, skąd nadjechała kolumna, dobiegł ponownie jazgot silnika, który przebijały liczne głosy ruskiej przyśpiewki. Zakręciwszy w powietrzu nogami, stoczyli się za nasyp. Alfred wypuścił w panice latarkę. Wyskoczył szybko na drogą, porwał ją, skoczył na nasyp. Kątem oka dostrzegł światła auta omiatające przed sobą drogę. Chwycił Edwarda za ramię:
– Uciekamy! Szybko, w pole! Mogli mnie dojrzeć!
Daleko nie ubiegli, snopy silnych świateł latarek poczęły omiatać pole za nimi. Zaraz ich dojrzą.
– Tutaj! – Edward chwycił Alfreda w biegu za ramię, skręcając w kierunku polnego stracha na wróble. Duży, ich wzrostu, zgrzebny, wystrzępiony kubrak na drewnianym krzyżu, długie frędzle zwisające z rozpostartych ramion, połatany stary kapelusz przywiązany sznurami do szczytu krzyża. Przystanęli za nim, Alfred za Edwardem. Rozpostarli ramiona, skrywając się za jego sylwetką.
Ciężarówka z odkrytą naczepą zatrzymała się w miejscu gdzie przedtem siedzieli, w odległości jakichś czterdziestu metrów od nich.
– Dobrze, że jeszcze ciemno – szepnął Alfred Edwardowi do ucha.
– Nie trzęś się – skarcił go nerwowo Edward. – Bo zaczną ze strachu strzelać do kukły, trzymaj nogi razem, przy sobie.
Kilku żołnierzy, rozstawiwszy się w tyralierę na nasypie, sikało w ich stronę. Jeden, zapiąwszy rozporek, wskazał drugiemu ręką stracha. Roześmiali się. Ten pierwszy podniósł z ziemi kamień, ten drugi przyświecił mu latarką. Rzucony celnie kamień przebił pustkę słomy udającej głowę i trafił Edwarda w czoło. Edward stracił przytomność, na szczęście bez najmniejszego jęku. Alfred podtrzymywał go od tyłu za ramiona, tracąc powoli siły we własnych.
W końcu odjechali.
Alfred, docuciwszy Edwarda, przyłożył oko niemal do jego czoła, oglądając troskliwie zranienie. Duży siniak nad prawym okiem pęczniał nabierając śliwkowego koloru. Zamruczał pod nosem:
– Będziesz miał pamiątkę z reportażu na prowincji.
Postanowili iść dalej polem, równolegle do drogi, w odpowiedniej odległości. Noc jeszcze nie doszła północy. Po półgodzinie ciemność rozdarł przenikliwy gwizd. Przystanęli, zaskoczeni. Gwizd powtórzył się trzykrotnie. Teraz dosłyszeli dalekie jeszcze odgłosy, jakby sapania i stukotu.
– Ha! – Alfred podskoczył w miejscu. – Tam! – machnął ręką na prawo od nich – tam, dalej w polu, szyny równolegle do drogi. Kolego! – chwycił Edwarda za ramiona, omal go nie pocałował w czoło, w ostatniej chwili się powstrzymawszy przed siniakiem – pociąg! Oby tylko nie wojskowy. Szybko! Do torów! Może wolno jedzie!
Po stu metrach dobiegli do kolejowego nasypu. Przyczajeni w przyklęku, spoglądali w kierunku nadciągającej lokomotywy. Parła powoli, ciągnąc niekończący się łańcuch wagonów. Towarowe, z wielkimi drzwiami, przeważnie pootwieranymi. Do obrzeży wagonów przymocowane polskie flagi, drewniane dechy pokryte napisami. W wagonach ludzie, mnóstwo ludzi, niektórzy stali oparci o framugi drzwi, paląc papierosy. Mijały ich przyciszone rozmowy.
– …Nich zakinczujesja, mamo… – dosłyszeli niewyraźnie w przelocie.
Edward uścisnął Alfreda:
– Nasi, spod Lwowa. Swojskie pónaschemu, jak twoi Łużyczanie prawią.
– Przesiedleńcy. – Alfred odetchnął głęboko. – Wypatruj pustego wagonu, niektórych pewnie już wysadzono po wsiach.
Wskoczyli do przedostatniego wagonu, usłanego resztkami słomy.
Alfred upomniał Edwarda:
– Pamiętaj, musimy wyskoczyć przed wjazdem do miasta. Na stacji pełno milicji i wojska, rozstrzelają nas bez papierów.

* * *

Po burzliwej scysji u burmistrza i pobieżnym odespaniu zasiedli w południe na rynku, przy stoliku pani Zofii. Edward z obandażowanym czołem, Alfred z lewą ręką na temblaku, zranił przedramię wyskakując z pociągu.
– Jakżeś ukoił burmistrza? Szalał z wściekłości za te rowery, latarkę, pieniądze i papiery.
– Szepnąłem mu pomysł na napisanie raportu. – Edward delektował się widokiem krążących po rynku ludzi.
– No, ale co? – naciskał Alfred.
– Żeby napisał krótko i treściwie: rowery pożyczyli od nas żołnierze wielkiej bratniej armii wyzwoleńczej, w pogoni za bandytami, którzy napadli i ograbili spełniających obowiązek reportera i nauczyciela.
– To wszystko? – spytał Alfred po dłuższym zastanowieniu.
– Taki raport, drogi przyjacielu, schowają w Warszawie w miejscu, o którym natychmiast zapomną. – Ugryzł ogórek z zakupionego dzisiaj na stoisku słoika. – Mhm, smaczny. – Podał ogórka Alfredowi. – Powiedz, od przychodźców czy tutejszy?
– Przecież widzę, znad Ilanki – wzruszył Alfred ramionami.
– Po czym poznajesz? – Edward uniósł ze zdziwienia brwi.
– Po ogórku, a po czym?
Zatrzymał się przed nimi starszy mężczyzna w wyprasowanych na kant ciemnych spodniach w prążki. Zachęcająco prezentował im olejny obraz oprawiony w podniszczone ramy, zwisający mu z szyi na sznurku.
Pokręcili głowami przecząco, ale uprzejmie.
– Powiedz mi – spytał Edward Alfreda – a macie już w mieście własną gazetę?

 

Robert F. Barkowski

 

O Autorze:

 

Robert F. Barkowski, ur. 1963 w Zielonej Górze. Członek Związku Literatów Polskich oraz niemieckiego PEN-Clubu. Autor kilkudziesięciu książek prozatorskich i popularnonaukowych. Mieszka w Berlinie.

Strona internetowa: www.robert-barkowski.com

Subskrybcja
Powiadomienie
0 Komentarze
Najstarsze
Najnowsze Popularne
Inline Feedbacks
View all comments