Grzegorz Zientecki – Dziennik Amalfitański

Warszawa,
1 lipca 2025

Dokąd zmierza świat? Wciąż kręci się w kółko i wciąż powraca do punktu barbarzyństwa, tak jak morderca powraca na miejsce zbrodni.

Wczoraj w telewizji dokument o Herlingu -Grudzińskim. Fragmenty wywiadów z pisarzem, z jego żoną Lidią Croce (córką filozofa i pisarza włoskiego, Benedetto Croce) i córką Martą, z córką Martą, z krytykami literackimi. Cóż za zrządzenie losu, niedługo wybieram się przecież w podróż do Neapolu. Oglądając ten film dowidziałem się, nie kryjąc swego zdumienia, że mieszkając już w Neapolu pisarz poddany był ostracyzmowi. Studentom włoskim ( lewica jest bardzo silna we Włoszech) zakazywano nawet przechodzenia ulicą Via Crispi, przy której mieszkał pisarz. Na szczęście później miasto doceniło i pokochało Herlinga- Grudzińskiego.

Niesprawiedliwość jest tym większa im bardziej rozbudowane jest prawo.

Architektura- królewskie niewolnictwo przestrzeni.

Więcej dokonałbym batutą, dłutem czy pędzlem. Piórem tylko siebie przekreślam.

Warszawa,
2 lipca 2025

Pisanie pozwala na pozbycie się grawitacji. Albo przynajmniej daje takie złudzenie.

Księżyc o lekko zaróżowionym policzku. Podstarzały amant wśród gwiazd.

Nieba mam zawsze w nadmiarze. Tak jak Jego łaski.

Przywrócić słowu godność człowieka.

Każde wspomnienie to nirwana. Nic nie powoduje tak całkowitego i doskonałego roztopienia, jak proces wspomnieniowy.

Warszawa,
4 lipca 2025

Dwudziesta piąta rocznica śmierci Herlinga- Grudzińskiego. Fascynująca i jakże bogata jest twórczość tego pisarza. Późno, bo dopiero teraz zaczynam go odkrywać. Zaczytuję się w jego „ Dzienniku pisanym nocą”. Wiele tam wspomnień, a pisarz przeżył przecież wojnę i koszmar komunizmu. Był więźniem sowieckiego łagru w Jarcewie. Wyróżniam dwie postawy wobec tej traumy. Jedna, jak u Herlinga-Grudzińskiego, to powiedzieć o swoich doświadczeniach jak najwięcej. Druga zaś to jak ślimak zatrzasnąć się w sobie i wszystko przemilczeć. Obie są słuszne, obie równouprawnione. Ale jednak opisać to wszystko i przekazać światu jako swego rodzaju testament, ostrzeżenie przed totalitaryzmami jest chyba powinnością każdego pisarza. „ Dziennik pisany nocą”, jak mówi o nim sam autor jest jego opus magnum. I dodaje: „ Otóż to, co mnie interesuje jako diarystę, to próba opisania naszej epoki, choćby jej wynik był tylko fragmentaryczny”.

Zło, które zaczyna się wybielać, mrocznieje jeszcze posępniej.

Warszawa,
5 lipca 2025

Światem rządzą prawa ustanawiane przez tych, którzy prawo depczą.
Każda podróż odświeża wzrok. Każda podróż odświeża serce. Ale najbardziej chyba odświeża umysł. Każda podróż jest poszukiwaniem piękna. Bo piękna w świecie zaczyna dramatycznie ubywać. Człowiek nie tylko słabnie z braku chleba, człowiek marnieje nie tylko z braku słowa. Ale z braku piękna człowiek może nawet umrzeć.

Na spotkanie z morzem czekam jak na spotkanie z kochanką. To moja najstarsza namiętność.

Człowiek nie zdoła powrócić do Raju dopóki, dopóty jego tęsknota będzie większa za Rajem niż za Ojcem.

Życiu można odpowiadać tylko miłością.

Warszawa,
6 lipca 2025

Neapol, Wezuwiusz, Capri. Geografia posiada baśniowy język. Taki język posiada też astronomia. Kwazary, pulsary, parseki. Obie mówią baśniowym językiem przestrzeni. Kiedyś zresztą miałem studiować geografię. Ale o wiele lepiej niż ślęczeć nad atlasami jest podróżować.

Czy świadomość piękna kobiety jest jednocześnie świadomością jej grzechu? Róża nie posiada raczej tego dylematu.
Ogród i literatura. Jaki to skarb, ze mam te dwie oazy.

Wszechmiłujący. To najbliższe mi określenie Boga.

Piękno nie leczy z okrucieństwa, ale może choć minimalnie stępia mu ostrze.

Warszawa,
9 lipca 2025

Ciernie miłości ranią bardziej niż ciernie nienawiści.

Warszawa,
11 lipca 2025

Samotność. Nie do zniesienia wśród bliskich.

Los często zaplata nam węzeł gordyjski. Nie doceniamy jego troskliwości, który tak mocnym węzłem chce nas ochronić przed wypadnięciem za burtę.
Nie róża, tylko jej cierń broni poezji.

Chwalebnym jest opisać świat tak jak go widzisz. Jeszcze większym splendorem się okryjesz, jeśli opiszesz co myślisz o świecie. Lecz najwyższą chlubą będzie opisanie twojej miłości względem świata.

Lilie. Zawsze zaczynają rozkwitać kiedy odjeżdżamy.

Warszawa,
12 lipca 2025

Lato pozostało już tylko we wspomnieniach, albo na kartach dawnych powieści, w melodiach starych piosenek czy na kadrach filmów z przeszłości. Te upalne dni, te parne pożądliwości, te gorące wieczory lipcowe z koncertami świerszczy to już tylko cudowna przeszłość. Dziś siedemnaście stopni, szaro-bure obłoki i wiatr. Wciąż ten chłodny, wyjący wiatr. Portret współczesnego lata z wisielcami w tle. Teraz, ta pogoda staje się chyba najlepszym argumentem aby wreszcie stąd wyjechać.

Podobnie jak każdy gatunek pająka buduje jeden tylko rodzaj sieci, tak też każdy pisarz jest w gruncie rzeczy monotematyczny.

Już dawno nasuwała mi się ta refleksja. Mianowicie, kiedy patrzę na morze wydaje mi się, że podpatruję pracujący umysł. Fale generują kolejne fale, jak myśli stwarzają kolejne myśli. I tej bezcelowej precyzji nie ma końca.

Każdy przedmiot w ciszy deklamuje światu swoją historię.

Zakwitły bugenwille i oleander. To dobry znak na naszą włoską podróż.

Warszawa,
13 lipca 2025

Wylot do Neapolu.

Lido Lago,
14 lipca 2025

Po przylocie, przed północą jedziemy autokarem do hotelu. Niesamowity widok. Pełnia księżyca, który raz po raz zakrywają chmury. Wezuwiusz. Samotna pinia. Oświetlona światłami Zatoka Neapolitańska. Pejzaż jak z Ajwazowskiego. Dla takiej chwili warto było tu przyjechać.

Rano, otwieram drzwi balkonowe i wpuszczam do pokoju szum morza. To najstarsza symfonia świata. Bo tylko pozornie wydaje się , że jest to jeden dźwięk., jedna monotonna mantra. Kiedy się wsłuchać dokładniej jest to nie tylko oceaniczna, ale jakaś kosmiczna, uniwersalna polifonia. Są tam i trąby archanielskie i skrzypienie maswerku galaktyk i szept Boga.

Lido Lago,
15 lipca 2025

Spacer brzegiem morza. Idziemy obmywani falami mając przed sobą górzyste ramiona okalające Zatokę Salernijską. Te wody, ten krajobraz były wytchnieniem i inspiracją dla Sandora Maraia. Nie mogę myśleć inaczej o tym miejscu, które tak drogie było sercu tego węgierskiego pisarza.

Lido Lago,
17 lipca 2025

Wczoraj wycieczka na Capri. Z Salerno, z nabrzeża Manfredi wyruszamy stateczkiem o bardzo adekwatnej nazwie „Relax”. Wybieramy panoramiczny, górny pokład, zapewniający wspaniałe widoki. A te są iście bajkowe. Raz po raz odsłaniają się amfiladycznie klify, a siedziby ludzkie niczym jaskółcze gniazda przyklejone są do stromizn spadających do morza. Zastanawiam się jaką trzeba mieć psychikę, by chcieć zamieszkać w takim właśnie miejscu. Z pewnością perspektywa jaka z tych miejsc się roztacza jest urocza, ale widmo ewentualnej katastrofy czy nie rodzi frustracji ? Stateczek zawija do Minori, Amalfi i Positano. To ostatnie wciśnięte jest między ostre klify. Na samym szczycie jednego ze wzgórz wznosi się samotna skała stercząca niczym maczuga Herkulesa. Od czasu do czasu znika w obłokach, co przypomina nieco pejzaże Yunnanu z dawnych chińskich zwojów. U podnóża gór, oblewane przez fale znajdują się tajemnicze pieczary i groty, które mogły być siedzibą nimf, syren czy demonów. Odyseję mógł zrodzić jedynie duch Medyteranu. Surowość skał tonują zielone tarasy winorośli. Ten prastary symbol działalności człowieka nadaje pejzażowi uroku i szlachetności. A tak swój rejs na Capri opisał Marai: „ Mały stateczek wypływa z portu w Salerno szarym świtem. Kiedy dopływamy do Amalfi, zaczyna prószyć światło, zatoka i cała okolica oblana jest złotym blaskiem. Winnice na krasowym, skalistym zboczu góry ciemnozielone, morze głęboko niebieskie. Wyniosły, patetyczny brzeg z nieforemnymi skałami, dalej łańcuch górski Apeninów; przy południowej granicy Italii wielkie góry wpadają do morza; cisza, słone, jodowe tchnienie wiatru -wszystko to razem tworzy odwieczne, milczące piękno”.
Zbliżając się do Capri zauważyliśmy, że nad samą wyspą zawisł soczewkowaty obłok UFO. Jakaś niesamowita aura piękna i tajemniczości spowijała wyspę. Widać też już było słynne skały Faraglioni. Po zacumowaniu wjeżdżamy kolejką Funicolare na platformy widokowe. Kolejka ta przypomina nieco te, którą dwadzieścia lat temu wjeżdżaliśmy na Peak Victoria w Hong Kongu. Tamta jednak była wygodniejsza, gdyż jej wagoniki były wyposażone w foteliki. Tutaj jedziemy w ogromnym ścisku. Ale dotarcie na punkt widokowy wynagradza wszystko. Widać Wezuwiusza, Zatokę Neapolitańską i wyspę Ischia. W dole flotylla jachtów. Inna perspektywa odsłania iglice Faraglioni. Jak pisze w swoim Dzienniku Podróży Stefan Żeromski: „ Od niższego Faraglionu , który naprzeciwko mnie widać w oddali, ciągnie się niewysoki łańcuch skał , a w nich grota. Tam to Odysseus miał ujrzeć bielejące ciała nimf”. Dzisiejsze pokolenie przypuszczam, skłonne byłoby raczej do porównania tych wapiennych iglic do scenografii Tolkienowskiej. Z grot Capri mogłaby wyruszać na przykład flota Elfów. Skały noszą imiona: Fuori, Al Centro i Di Terra. Szkoda, że w programie wycieczki nie znalazło się zwiedzanie willi Tyberiusza. Jej pozostałości znajdują się na Monte Tiberio. Cesarz z wysokości 354 metrów mógł nie tylko rozkoszować się pięknym widokiem, ale tez z pewnością snuć plany podbojów. Podobną podniebną kwaterę, Orle Gniazdo miał w Alpach Hitler. Tyberiusz miał przed sobą pustkę i nieskończoność morza. Tu, w tej wilii czytał zapewne „ Raport Piłata do cesarza Tyberiusza o Jezusie Chrystusie”. Jak pisze ksiądz profesor Witold Kawecki w swojej książce ” Podróże po Włoszech z Artemizją Gentileschi”, „zawarta jest w nim refleksja nad prawem z jednej strony, z drugiej natomiast nad miłością i litością”. Ciekawe jakie wrażenie mógł ten dokument wywrzeć na cesarzu. Czy Tyberiusz zdawał sobie sprawę, że żyje równolegle w czasach panowania Króla nad królami ?
Pewnie uspokoił go raport Piłata, ze podczas przesłuchania Chrystus powiedział, że jego Królestwo nie jest z tego świata, a najbardziej pewnie ucieszyła go wiadomość, że „ król żydowski” został stracony. W każdym bądź razie sam fakt, że na Capri znajdowało się ponoć 12 willi Tyberiusza czyni z niej do pewnego stopnia wyspę demoniczną. Kolejnym przyczynkiem do tej opinii może być fakt, ze na wyspie mieszkał Friedrich Alfred Krupp, stalowy potentat III Rzeszy i zarazem naczelny zbrojmistrz Hitlera. Chociaż na wyspie pozostawił po sobie piękny ogród, przemianowany obecnie na Ogród Augusta. Ale nie zmienia to faktu, ze wyspa jest wyjątkowa. Choć jej etymologia wywodzi się od włoskiego słowa caprese, czyli koza, moja prywatna wersja obstaje przy słowie kaprys. Bo czyż nie dla kaprysu przybywają tu najbogatsi ludzie świata? Czy nie dla kaprysu wznoszą wspaniałe wille? Czy do Marina Grande nie zawijają najwspanialsze jachty? Te oceaniczne rydwany to może już ostatnie piękne dzieła współczesnego człowieka. Nanizując na mój szlak podróżny wyspy, które odwiedziłem, Capri jest na nim dwudziestą siódmą perłą.

W drodze powrotnej dzwon z kościoła Santa Maria Assumpta w Positano. Na redzie Amalfi podziwiamy zaś przepiękną 4 – masztową barkentynę. Przenoszę się w XIX wiek, w czasy Ajwazowskiego, który z pewnością sportretowałby ja nie tylko ze wszystkimi detalami takielunku, ale też z czułością i z miłością z jaką portretuje się kobiety.

Lido Lago,
19 lipca 2025

Niektórzy wczasowicze nakładają na siebie tak grube warstwy ochronnego kremu, że wyglądają jak aktorzy japońskiego teatru No.

Ciekawi mnie, czy tych dwóch wybitnych pisarzy, mam na myśli Herlinga- Grudzińskiego i Maraia wiedziało o sobie? Żyli przecież w tym samym czasie i tak blisko siebie. Polski pisarz w Neapolu, węgierski w Salerno, chociaż w Neapolu bardzo często bywał. Marai w swoim Dzienniku nie wspomina jednak Herlinga- Grudzińskiego. Obu przecież łączyła wyraźna niechęć do komunizmu, obu też łączyła miłość do sztuki. Obaj też bywali u wybitnego filozofa i pisarza włoskiego Benedetto Croce, a Herling- Grudziński ożenił się przecież z jego córka, Lidią. Dziennik polskiego pisarza obejmuje lata 1970-1999, a przecież właśnie w okresie od 1967 do 1979 roku , Marai powraca ze Stanów Zjednoczonych, aby ponownie zamieszkać w Salerno. Ciekawe jak mogłoby przebiegać spotkanie tych dwóch wybitnych osobowości.

Wczoraj Salerno. Wspaniała katedra San Matteo. Dziedziniec z łukami mauretańskimi, co zawsze nadaje budowli lekkości. Ale prawdziwy cud skrywają podziemia. Krypta św. Mateusza wraz jego relikwiami to arcydzieło samo w sobie. To prawdziwa Marmurowa Komnata. Kolumny i ściany pokryte są wzorami z różnokolorowego ręcznie wycinanego kamienia tworząc marmurowe arrasy. Sufit zaś pokrywają piękne obrazy i bogate stiuki. Całe wnętrze emanuje platynowo- złotym blaskiem.
Samo miasto jednak rozczarowuje. Owszem, jest piękna długa promenada Lungomare, jest Ogród Minerwy słynący z uprawy najrozmaitszych ziół i zapewniający ładną panoramę na port, ale poza kilkoma starymi kamienicami i wąskimi zaułkami jest miastem już nowoczesnym. Jedyne co mnie cieszyło to fakt, że błądzę uliczkami po których spacerował i może muskał też te stare mury Sandor Marai.

Lido Lago,
20 lipca 2025

Dziś idąc brzegiem morza byliśmy świadkami nowoczesnej techniki połowu. Młodzi Włosi używali do tego drona. Podczepiali do niego przynętę i wysyłali w morze. A wbite w piasek wędki czekały w gotowości na wielką rybę. Drony robią ogromną „karierę” na wojnie ( nie tylko tej rosyjsko-ukraińskiej). A tutaj znalazły całkiem inne, służące hobby i rozrywce zastosowanie.

Włosi z pewnością nie są introwertykami, a nie żyją wcale dłużej od nich. Ale żyją z pewnością radośniej.

Wieczorem, przy hotelowej windzie spotykamy dwie wiekowe już Włoszki. Jedna z nich dowiedziawszy się, ze jesteśmy z Polski zaczęła z prawdziwą życzliwością wspominać naszego papieża. To niezwykłe, że 20 lat po Jego śmierci wspomnienia u tej Włoszki są jeszcze tak żywe.

Lido Lago,
21 lipca 2025

Morze potrafi być głęboką ciszą. Zupełnie jak ludzkie serce.

Lido Lago,
22 lipca 2025

Moment, kiedy budzi się ametystowe oko morza. Woal mgieł ściele się nisko nad horyzontem. Kutry wypływają na połów. Kościste ramię zatoki zaczyna ożywać i różowieć we wschodzącym słońcu jakby ktoś w tę skalistą martwotę wpompował krew.

Lido Lago,
23 lipca 2025

Wczoraj, idąc do portu w Salerno, ze wzruszeniem i radością odkryłem skromny monument poświęcony Sandorowi Maraiemu. Wierna podobizna głowy pisarza spoczywa na postumencie wysokości dorosłego człowieka. Pomnik znajduje się na Piazza XXV Aprile, na początku nadmorskiej promenady Lungomare, którą pisarz z pewnością wiele razy się przechadzał.
Żona zrobiła mi przy pomniku zdjęcie. Z pewnością postawię tę fotografie na półce bibliotecznej obok Dzienników pisarza.

Stateczkiem „ Vega” wypływamy do Amalfi. W Atrani witają nas dzwony z kościółka Santa Maria Maddalena i pojedyńcza salwa. Iście królewskie honory. Żona śmieje się, że to na jej cześć, gdyż ma na imię Joanna, podobnie jak jej imienniczka, królowa Giovanna d Angio, która z wielkimi honorami była witana na Capri w 1380 roku. Kolejną przystanią jest właśnie Amalfi. Patrząc na to maleńkie, wciśnięte między drapieżne klify miasteczko, aż trudno uwierzyć, że było ono siedzibą jednej z czterech wielkich włoskich republik kupieckich. Jego potężna flota docierała do krajów Maghrebu i Lewantu. Na miejskim murze znajduje się ułożona z barwnych , ceramicznych kafli wspaniała mapa Morza Śródziemnego. Do dziś bandera włoskiej marynarki wojennej wykorzystuje symbol kupieckiej republiki Amalfi. Na Piazza Flavio Gioia znajduje się pomnik wynalazcy busoli. Ten XIV– wieczny włoski żeglarz i podobno też pirat stoi dumnie na pięknym postumencie imitującym spiętrzone, morskie fale. W miasteczku tym opracowano też w X wieku tzw. Tablice Amalfitańskie. Było to prawo morskie obowiązujące praktycznie w całym basenie Morza Śródziemnego.

Prawdziwą perłą Amalfi jest katedra Św. Andrzeja. To patron tego miasta. Mieszkańcy wierzą bowiem, że wraz ze św. Mateuszem uratowali oni, wywołując sztorm i zatapiając flotę pirata Ariadeno Barbarossy, przed jego inwazją na Salerno i właśnie Amalfi. Coroczne , uroczyste procesje w Amalfi odbywają się właśnie 27 czerwca. Kiedy dochodzimy do katedry wita nas wspaniała fasada z czarnego i białego kamienia, wraz z pięknymi mauretańskimi łukami i kunsztownymi maswerkami. Nad nimi zaś góruje fantastyczna złota mozaika Chrystusa Pantokratora. Kiedy wspinamy się po sześćdziesięciu dwóch stopniach, aby dostać się do wnętrza katedry, przypominam sobie ten proroczy i budzący dreszcz fragment Dziennika Herlinga- Grudzińskiego: „ W Amalfi, w kawiarni u stóp wzbronionych mi schodów ( z racji choroby serca pisarza, przypis mój) prowadzących do katedry, czekałem na Boleckich opanowany powtórnie katastroficznymi, dość szalonymi obawami. Może dlatego, że główna ulica Amalfi, od placu Katedralnego do portu, przypominała mi do złudzenia fragment Dubrownika. A jeśli to arcydzieło inkrustowanego frontonu i kampanili na tle gór przyciągnie nowych barbarzyńców w strupieszałej, trzęsącej portkami Europie, która utraciła już nawet zdolność do doświadczenia wstydu?”
Do katedry prowadzą drzwi wykonane z brązu w 1066 roku. Przywieziono je z ówczesnego Konstantynopola. Arcyciekawe są fragmenty odkrytych fresków. Pojawiają się blade niczym zjawy wyświetlane na ekranach z głębokiej przeszłości. Kapitalny, utrzymany w kolorystyce fresków Giotta, jest fresk „ Ukrzyżowanie”, przypisywany Roberto d Oderisio, jednemu ze znaczniejszych XIX-wiecznych malarzy Kampanii. Po tych wszystkich cudach można ochłonąć nieco spacerując ocienionym Chiostro del Paradiso ( Rajskim Krużgankiem). Dużo tu zieleni i można podziwiać na tle kampanili smukłe palmy.
Znalazłem tu fantastyczną mozaikę przedstawiająca papugę. Jest niemal wyjęta wprost z ilustracji baśni o Szeherezadzie. Cudowna też jest dzwonnica katedry, którą wznoszono od 1180 roku, a jej budowa trwała sto lat. Główna wieża otoczona jest czterema mniejszymi, a wszystkie one pokryty są oczywiście jak większość świątyń Wybrzeża Amalfitańskiego barwną majoliką.

Krypta św. Andrzeja przypomina kryptę św. Mateusza z katedry w Salerno. Ówcześni mistrzowie do perfekcji opanowali sztukę ręcznego wycinanie marmuru i tworzyli z niego bajeczne, kamienne arrasy. W kaplicy dominuje potężny, niemal czarny posąg św. Andrzeja. Rzeźbę w brązie wykonał Michelagelo Naccherino. Przepiękne stiuki pokrywające sufit kaplicy są dziełem Vincenzo de Pino. Ciało św. Andrzeja sprowadzono z Konstantynopola podczas IV Wyprawy Krzyżowej i trafiło ono do Amalfi 8 maja 1208 roku. Do dziś zdarza się tu pewien nie do końca wyjaśniony przypadek. Mianowicie z krystalicznej ampuły niekiedy wydobywa się tajemnicza substancja , którą miejscowi nazywają manną. Ale Włochy pełne są przecież takich cudów. Choćby krew św. Januarego w Neapolu, czy podobne zjawisko w kościele San Gregorio Armeno z krwią św. Patrycji.

Lido Lago,
26 lipca 2025

Na deser zostawiliśmy sobie przepiękne miasteczko Vietri sul Mare. Co ciekawe jest przemilczane przez przewodniki, a przecież geograficznie od niego zaczyna się cała Costiera Amalfitiana. Jest też stolicą artystycznej ceramiki. To z tutejszych manufaktur pochodzi majolika, która zdobi kopuły kościołów tej części Włoch. Już na skraju miasteczka wita nas sympatyczna fontanna z syreną. Wszak jesteśmy na mitycznym Wybrzeżu Syren. Co ciekawe początki Vietri sul Mare sięgają czasów Etrusków, którzy założyli tu swoją osadę. Błądząc uliczkami miasta niemal co krok spotykamy sklepy z bajecznie kolorową ceramiką i dominującym na niej motywem cytryn. Wybrzeże Amalfitańskie słynie z ich upraw, a Limoncello jest tu podobno najlepsze. W kawiarni Miramar z panoramą na zatokę pozwalamy sobie na chwilę dolce vita. Z kawą espresso zajadamy się pysznym delizia al limone. To mocno schłodzone, biszkoptowe ciasto z kremem nasączone sokiem z cytryny posiada moc cudownego orzeźwienia w tym włoskim upale. Dziś było 35 stopni.

Zachwycił nas piękny kościół San Giovanni Battista. Na fasadzie barwne kafle ze scenami Zwiastowania oraz wiktorii Archanioła Michała na diabłem. Na frontonie zaś ceramiczne tondo z Janem Chrzcicielem trzymającym chorągiew z napisem : ECCE AGNUS DEI. W bocznej nawie kościoła przepiękny złocony obraz przedstawiający Madonnę karmiącą Dzieciątko, w dole zaś obrazu miniatura z wyobrażeniem veraikonu. W zupełnej ciszy, ponieważ byliśmy w kościele zupełnie sami, mogliśmy z wdzięcznością pomodlić się za dar zobaczenia tego niewysłowionego piękna.
Ciekawa, sama w sobie jest manufaktura i zarazem muzeum ceramiki w Vietri sul Mare. Przypomina jakieś baśniowe baszty Gaudiego. W podobnym stylu zaprojektowany jest też Villa Communale, czyli Park Miejski. Faliste, nieregularne linie balustrad z paskami barwnej ceramiki, winda w kształcie latarni morskiej i … wszechobecna na murach poezja. Wiersze różnych włoskich autorów, między innymi Alfonso Gatto, o Wybrzeżu Amalfitańskim spisane, a właściwie wymalowane na ceramicznych kaflach.

Lido Lago,
28 lipca 2025

Wczesnym świtem mewy
Budzą się z wrzaskiem rozkapryszonych księżniczek
Daleko kuter
Pełznie po morzu jak strudzony pielgrzym
Świat trwa w zawieszeniu
Jakby przeciągał się w hamaku
Nad otchłanią wszechświata

 

Grzegorz Zientecki

 

O autorze:

Grzegorz Zientecki – ur.1962 w Lublinie. Absolwent Wyższej Szkoły Morskiej w Gdyni. Na statkach Polskich Linii Oceanicznych odbył wiele podróży, m.in. trzy rejsy dookoła świata na m/s „Profesor Mierzejewski” i m/s „Profesor Rylke”. Następnie został zatrudniony na statkach Chińsko-Polskiego Towarzystwa Okrętowego „ Chipolbrok”, dzięki czemu mógł podróżować dalekowschodnim szlakiem Conrada, zwiedzając m.in. Singapur, Hong Kong, Bangkok, Dżakartę i porty Chin. Te liczne podróże stały się inspiracją jego twórczości, w szczególności utworów haiku i aforyzmów.

Dotychczas w krakowskim wydawnictwie Miniatura wydał następujące pozycje:

Tomiki haiku:
• Wiersze Podróżne- 2010r.
• Popiół i rosa -2012r
• Zoom Sindbada- 2012r -tom wierszy
• Pory zmroku- 2012
• Mile i wersy- 2013 r.
• Milion powodów do oświecenia-2015 r
• Urodzaj na nieobecność-2015 r.
• Nefrytowa ważka-2017 r.

Oraz następujące tomiki aforyzmów:
• Szlifierz Oka -2012r.
• Wspomnik-2013 r.
• Amneznik -2013 r .
• Wycisznik -2014 r.
• Resetnik-2015 r.
• Minutnik-2016r.
• Z 1001 nocy na oceanie – 2019 r.
• Żyję w słowach jak drzewo w liściach – 2021 r.

W 2015r. Grzegorz Zientecki otrzymał jedno z wyróżnień literackiej nagrody Naji Naamans w Libanie w dziedzinie aforystyki. Od 2016r. członek Polskiego Stowarzyszenia Haiku.
W sferze zainteresowań Grzegorza Zienteckiego oprócz literatury znajduje się także historia, sztuka, reportaż, astronomia, natura /jest kolekcjonerem egzotycznych muszli/.

Subskrybcja
Powiadomienie
0 Komentarze
Najstarsze
Najnowsze Popularne
Inline Feedbacks
View all comments