Włodzimierz Antkowiak – Sted. Obrazki – Pozdrowienie

 

Gdzieś w połowie lat siedemdziesiątych przeprowadziłem się z rodzinnego domu na Fortecznej na nowe osiedle Strzemięcin (M-2, trzydzieści trzy metry kwadratowe, jeśli dobrze pamiętam), do bloku na południowych obrzeżach miasta, na wysokiej skarpie Kępy Strzemięcińskiej nad Wisłą. Były tam dwa pokoje i kiedy Sted odwiedził mnie na Strzemięcinie po raz pierwszy, dałem mu zapasowy klucz do mieszkania, aby mógł swobodnie korzystać z mniejszego pokoju, gdyby przyjechał niespodziewanie w czasie mojej nieobecności.

   Sporo czasu spędzałem wtedy na kei w basenie jachtowym w Gdyni, remontując nabyty okazyjnie za pożyczone pieniądze drewniany jacht (stary, ale z dobrym silnikiem volvo penta). Dla oszczędności spałem na łódce i co parę tygodni jeździłem do Grudziądza, aby się porządnie wyprać, odżywić, załatwić bieżące sprawy.

   Któregoś wieczoru pod koniec czerwca przyjechałem z Gdyni, z dworca dojechałem na osiedle miejskim autobusem, prawie pustym, ostatnim kursem, niedawno uruchomioną nową linią – to były pierwsze miesiące Strzemięcina, zamieszkane były dwa czy trzy nieduże bloki, niewiele osób wracało tak późno na osiedle. Szybko zauważyłem, że ze dwadzieścia metrów za mną idą dwie dziewczyny z ciężkimi plecakami. Zwróciłem na nie uwagę już wcześniej, wysiadały z autobusu na końcowym przystanku, zaraz po mnie.

   Wstawiałem wodę na herbatę, kiedy usłyszałem jakieś głosy na klatce schodowej, szuranie pod drzwiami. Po dłuższej chwili rozległ się króciutki dzwonek do drzwi. To były te dwie dziewczyny, obie mocno przestraszone. Miały klucz do mojego mieszkania, które – według ich wiedzy – powinno stać puste, tymczasem we wzierniku w drzwiach zauważyły światło. Klucz dostały w pociągu od Steda, którego poznały w podróży. Przekazanie klucza dopiero co poznanym osobom było może nieco ekscentryczne (choć w tamtych czasach, kiedy ciągle jeszcze żywe były jakieś hippisowskie echa, nie było aż tak osobliwe, jak się dziś wydaje), w każdym razie Sted intuicyjnie zaufał im (zrozumiał spontanicznie, że zasługują) i nie pomylił się.

   Dziewczyny pochodziły z południa Polski, obie studiowały psychologię w Katowicach, w pierwszych dniach wakacji wybrały się na kilkanaście dni nad morze, budżet miały skromny, do Gdańska miały dotrzeć koło północy i nie wiedziały, gdzie będą spać. Sted dał im klucz od mojego mieszkania oraz adres Inki Jerzakowej (pierwszej żony poety i malarza Mieczysława Czychowskiego) w Sopocie. Plan był taki, że pierwszą noc spędzą w moim mieszkaniu w Grudziądzu, a następnego dnia rano pojadą do Trójmiasta i spróbują szczęścia u Inki. Zostały na parę dni i w następnych latach odwiedzały mnie od czasu do czasu.

   Parę lat po śmierci Steda jedna z tych dziewczyn, teraz już psychoterapeutka, zjawiła się pod wieczór w Grudziądzu, to były ostatnie dni lipca. Po zmroku poszliśmy nad Wisłę, aby posiedzieć nad wodą i odpocząć od upału. Ze skarpy Kępy Strzemięcińskiej można było zejść nad rzekę stromą ścieżką niedaleko „mojego” bloku, można też było dojść przez niewielki sosnowy las do wygodnego zejścia ze skarpy. Był w tym miejscu kolektor wodociągowy, a na dole niedawno zbudowana długa, betonowa główka, wrzynająca się w nurt Wisły. U szczytu zejścia, kiedy tam dotarliśmy, stały radiowóz i wóz strażacki, a na dole, nad wodą, po północnej stronie główki, kręcili się jacyś ludzie z latarkami. Pod wieczór utopił się w tym miejscu chłopiec i teraz, parę godzin po tragedii, kończono bezowocne poszukiwania.

   Wkrótce brzeg opustoszał i zostaliśmy sami na główce. Woda w Wiśle była wysoka i ciągle rosła, nurt niósł gałęzie i zbierane na brzegach śmieci. Usiedliśmy na betonie, twarzami na południe, patrzyliśmy na napływającą wodę, która już prawie przelewała się przez główkę. Mieliśmy świadomość, że zwłoki topielca mogą leżeć tuż przy główce, po jej północnej, głębokiej stronie, zaplątane w korzenie wiklin czy w gałęzie faszyny, choć równie dobrze mogą być już parę kilometrów dalej, przy Kępie Fortecznej albo nawet przy ujściu Osy.

   Mieliśmy dwie małe, pękate butelki piwa, przyniesione z zamiarem wypicia ich nad wodą, i teraz przyszedł na nie czas. Był dwudziesty czwarty dzień lipca i dziewczyna pamiętała, że to jest data śmierci Steda. Otworzyliśmy te piwa i odlaliśmy trochę do wzbierającej rzeki, która sięgała nam już prawie do stóp – dla Steda.

   I wtedy z tej czarnej, napierającej na główkę wody, z wiru, ze dwa metry od nas, coś zaczęło się bardzo powoli wyłaniać. Patrzyliśmy na to zmartwiali, zdrętwiali, niezdolni w tej jednej chwili choćby drgnąć. To coś przebiło powierzchnię wody i wychyliło się kilkadziesiąt centymetrów ponad taflę. Potem wir zakręcił tym i wyłonił się pień. A potem powoli zniknął, wir go wchłonął, na powierzchni pozostała tylko ta kilkudziesięciocentymetrowa końcówka konara, która wykonała pełny obrót w wirze, zanim porwał ją opływający główkę prąd, coś stuknęło w beton gdzieś głęboko pod powierzchnią, konar dopłynął do czubka główki i zniknął w silnym nurcie.

   Powoli dochodziliśmy do siebie. Dokładnie mówiąc – ja dochodziłem. Bo dziewczyna była zupełnie opanowana. „Sted nas pozdrowił” – powiedziała bardzo spokojnie. Była osobą głęboko religijną, z pewnością wierzyła w życie pozagrobowe i nic nie mogło zachwiać jej przekonaniem, że w tym, co przed chwilą obserwowaliśmy, nie było żadnego przypadku, naturalnego działania wezbranej rzeki i zachowującego ciągle jeszcze niewielką dodatnią pływalność namokniętego drewna.

   Parę razy pytałem ją w następnych latach, czy Sted dał jej jeszcze jakiś znak, w rocznicę urodzin, śmierci czy przy innych okazjach, ale nie miała już takich doświadczeń. Ten jeden raz, nad Wisłą, Sted wyłonił się z rzeki pod postacią pnia wielkiego drzewa, wysunął nad powierzchnię ramię, pozdrowił nas i odpłynął. Jeden raz.

 

Włodzimierz Antkowiak

….

O autorze:

Włodzimierz Antkowiak jest autorem ponad dwudziestu książek – poetyckich, prozatorskich, popularnonaukowych i reportażowych, w tym czterech zbiorów opowiadań – „Pewnego dnia na wysokościach” (Gdańsk 1979), „Brat wszystkich” (Gdańsk 1983), „Kukułka” (Warszawa 2015) i „Lalka” (Warszawa 2021), powieści „Depozyt Ollenhauera” (Toruń 2018) oraz reportażu literackiego „Vamos, peregrino! Droga do Santiago de Compostela” (Warszawa 2005).

Był członkiem Związku Literatów Polskich i Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Jest członkiem Stowarzyszenia Autorów ZAiKS, przewodniczącym Międzynarodowej Agencji Poszukiwawczej (MAP) oraz członkiem założycielem Asociación de Buen Gusto dr. Hannibal Lecter (Towarzystwo Dobrego Smaku im. dr. Hannibala Lectera) z siedzibą w Getafe pod Madrytem.

close

Be the first to comment

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*