Włodzimierz Antkowiak – Co wiemy o Bursztynowej Komnacie?

Najsłynniejszy skarb z Polski. Co wiemy o Bursztynowej Komnacie?

Od dziesięcioleci Bursztynowa Komnata porusza wyobraźnię poszukiwaczy skarbów. Przetrwała wojnę? Kto ją ukrył? Gdzie jest? Wiele wątpliwości rozwiewa Włodzimierz Antkowiak, przewodniczący Międzynarodowej Agencji Poszukiwawczej, która zajmuje się rozwikływaniem zagadek przeszłości. Nakładem wydawnictwa Bellona właśnie ukazała się jego książka „Poszukiwacze zaginionej komnaty. Polskie tropy”.

Aleksandra Zaprutko-Janicka: Tak dla laika… Czy mógłby pan w kilku zdaniach wyjaśnić, czym właściwie jest ta słynna Bursztynowa Komnata?

Włodzimierz Antkowiak: Komnata powstała na zlecenie króla Prus Fryderyka I w 1701 roku, prawdopodobnie dla uczczenia jego koronacji. Miał to być pełen wystrój jednego z pomieszczeń pałacowych, wykonany w całości z jantaru. Realizacją tego zamysłu zajęli się mistrzowie bursztyniarstwa powiązani z Gdańskiem. Całe tony bursztynu poddawano starannej obróbce, tworząc misterne dzieło. Forma komnaty zmieniała się, rozbudowywano ją. Nawet nieukończony Gabinet Bursztynowy wywarł niesamowite wrażenie na ceniącym „złoto Bałtyku” rosyjskim carze Piotrze I, który gościł u Fryderyka I. Budowę ukończono ostatecznie w 1712 roku.

– W roku 1717 car Piotr I ponownie przyjechał do Niemiec. Tym razem gościł u syna Fryderyka I, króla Fryderyka Wilhelma. Wyraził wówczas zachwyt dla dzieła sztuki. Fryderyk Wilhelm znacznie wyżej niż zdobione wnętrza cenił potęgę wojskową. Chcąc zyskać względy cara i jego wsparcie w wojnie przeciwko Szwedom, podarował mu tę komnatę. Drogocenne wyposażenie spakowano do 18 skrzyń i wysłano do Rosji. Sala, w której ją eksponowano, była większa od tej w pałacu Fryderyka Wilhelma. W celu dopasowania komnaty dołożono do niej kolejne elementy. Całość była warta krocie.

Kiedy pan po raz pierwszy usłyszał o bursztynowej komnacie?

– Wydaje mi się, że już w dzieciństwie. To bardzo głośna historia, a ja zawsze dużo czytałem. Musiałem gdzieś trafić na wzmiankę. Mogę pani powiedzieć, że Bursztynowa Komnata jest znana w Rosji, Niemczech, Czechach czy krajach nadbałtyckich. Swego czasu dość długo przebywałem w Hiszpanii. Rozpytywałem wówczas ludzi z innych krajów i innych kontynentów między innymi właśnie o Bursztynową Komnatę. Okazywało się wówczas, że w dalszych zakątkach świata wcale nie jest aż tak znana. Niemcy są tym zabytkiem zainteresowani dlatego, że u nich powstała. Rosjanie, bo do Rosji trafiła jako prezent dla cara i stamtąd naziści ją zrabowali. A Polacy? Na ziemiach należących dziś do Polski mogła zostać ukryta. Wszystkich innych napędza aura tajemnicy, jaka ją otacza. Jest czy przepadła? Spłonęła? Ocalała z pożaru? A jeśli przetrwała, to gdzie ją ukryto? Ja jestem prawie przekonany, że ona nadal istnieje. Przemawiają za tym mocne przesłanki.

Z kiedy w takim razie pochodzą ostatnie pewne informacje na temat Bursztynowej Komnaty?

– Ostatnie pewne? Z okresu wojny, a konkretnie z lutego 1944 roku, z dnia, w którym w sali znajdującej się pod tą, w której komnata była eksponowana na zamku w Königsbergu (obecnie Kaliningrad) wybuchł pożar. Wtedy zabytek został zdemontowany i zapakowany do skrzyń. Od tego momentu komnaty nikt nie widział i na dobrą sprawę nikt nie wie, co się z nią działo, bo wszystko znamy już tylko z zeznań świadków, albo z dokumentów, które nie koniecznie są prawdziwe.

Na temat tego, co dalej działo się z komnatą pojawiają się sprzeczne relacje. Jak refren powracają w nich słowa „powiedział mi to doktor Alfred Rhode”. Czy myśli pan, że celowo rozpuszczał on informacje wzajemnie się wykluczające?

– Zacznijmy od tego, że Alfred Rhode był zdeklarowanym nazistą i to bardzo prawdopodobne, że w przemyślany sposób prowadził dezinformację. Spod jego ręki wyszedł najlepszy opis Bursztynowej Komnaty. W swoim artykule wyraźnie stwierdzał, że to jest niemieckie dziedzictwo. Szedł nawet dalej. Jego zdaniem sam bursztyn to niemieckie tworzywo. Nie dopuszczał do siebie myśli o rosyjskich konotacjach Bursztynowej Komnaty. Jestem przekonany, że był gotów zrobić wszystko, by nie trafiła w ręce Rosjan.

Rhode był ogromnie zaangażowany w kwestię Bursztynowej Komnaty.  Skąd to jego zainteresowanie i wręcz emocjonalny stosunek?

– Alfred Rhode był wybitnym ekspertem od bursztynu, dyrektorem muzeum zamkowego w Königsbergu, gdzie znajdowały się olbrzymie zbiory tego surowca oraz wyrobów artystycznych i rzemieślniczych z niego wykonanych. Po tym jak oddziały niemieckie dokonały grabieży, komnata trafiła właśnie w jego ręce, zresztą w wyniku jego starań. Występował o to do Ericha Kocha. Niewątpliwie, nawet w wojennej zawierusze Königsberg, był najlepszym miejscem dla zabytku. Trafił pod opiekę eksperta, a co więcej w pobliżu znajdowała się kopalnia bursztynu, do dzisiaj zresztą działająca, która mogła dostarczyć każdą ilość jantaru, potrzebną do przywrócenia zabytkowi świetności. Warto podkreślić, że komnata nie była wówczas w najlepszym stanie.

To niesamowity skarb, bardzo kuszący łup. Wielu wysoko postawionych nazistów starało się przejąć komnatę. Jakie były plany względem niej?

– Alfred Rosenberg, minister Trzeciej Rzeszy do spraw Terytoriów Wschodnich chciał by trafiła do Rygi, gdzie planowano stworzyć muzeum wojskowe pokazujące niemieckie sukcesy. Wilhelm Keitel z dowództwa Wehrmachtu widział ją we Wrocławiu, gdzie miała powstać podobna placówka. Swoje plany miał też Hermann Göring. W pewnym momencie pojawiła się też perspektywa umieszczenia Komnaty w planowanym światowej klasy muzeum w Linzu, które powstawało na zlecenie Hitlera. Ostatecznie w rozgrywce zostali Rosenberg i Erich Koch, gauleiter Prus Wschodnich i komisarz na Ukrainę. Ostatecznie, decyzją Hitlera, zakulisowe walki o zabytek wygrał Koch, który rezydował w Königsbergu.

Pisze pan o kolejnych tropach, różnych możliwych scenariuszach, miejscach ukrycia komnaty, referuje działania innych poszukiwaczy. To imponujący przegląd teorii, wysiłków i stanu badań. Jak długo gromadził pan te materiały?

– Musze się do czegoś przyznać. Ja nawet nie zauważyłem, kiedy tyle mi się tego nazbierało. Jeszcze w latach 80. pisałem artykuły ciekawostkowo-popularyzatorskie do prasy. Wtedy najbezpieczniejszymi tematami były właśnie historie o skarbach. Jak tylko PRL się skończył, zrobiłem z tego książkę dla poszukiwaczy. Wtedy po raz pierwszy można było w pełni jawnie pisać o informacjach, które się posiada. Jednocześnie założyłem stowarzyszenie – Międzynarodową Agencję Poszukiwawczą, która została zarejestrowana w 1994 roku. Sam przez 30 lat zajmowałem się poszukiwaniem skarbów, prowadziłem poszukiwania, napisałem kilka książek poświęconych eksploracji. Informacje dotyczące Bursztynowej Komnaty gdzieś mi się ciągle pojawiały, gromadziłem je mimochodem, wyszło z tego spore prywatne archiwum. Nie przypuszczałem nigdy, że będę taką książkę pisał.

Ale ona sama aż się o to prosiła!

– Wpadłem na pomysł wykorzystania swoich materiałów w sposób, w jaki nikt jeszcze nie ujął tematu Bursztynowej Komnaty. Zdecydowałem się właśnie na omówienie tego, co działo się z poszukiwaniami zabytku w Polsce.

Poszukiwaniom poświęcił pan spory kawałek życia. Jaka jest najciekawsza rzecz, jaką pan znalazł?

– Na takie pytanie zawsze odpowiadam w jeden sposób – jestem poszukiwaczem, a nie znalazcą. Nie opowiada się o tym, co się znalazło, bo nie jest to zbyt bezpieczne. Ze względu na obowiązujący w kraju system prawny poszukiwacze w Polsce dzielą się na pechowców i szczęściarzy. Pechowcy to są ci, którzy coś znaleźli i znalezisko zostało ujawnione, a szczęśliwcy to ci, którzy szukają, czasem przez wiele lat, ale nigdy niczego nie znaleźli. Konsekwencje tego prawa nie są korzystne dla interesu społecznego, bo przez to większość znalezisk nie wypływa.

Słyszeliśmy wszyscy o Bursztynowej Komnacie, przeżyliśmy szał ze Złotym Pociągiem. Jakie pana zdaniem – jako eksperta w dziedzinie poszukiwań – mniej znane, a równie ciekawe skarby czekają w Polsce na odkrycie?

– Myślę, że najciekawszym skarbem, który leży gdzieś w Polsce, zapewne w górach koło Wałbrzycha, jest archiwum niemieckiej 17. Armii Polowej, ukryte w ostatnich dniach przed zajęciem Dolnego Śląska przez Rosjan. Schowano je już po kapitulacji – w okolicach 8-11 maja 1945 roku. 17 Armia stacjonowała wówczas na Dolnym Śląsku. Spośród jej oficerów wyznaczono ludzi, którzy utworzyli grupy zajmujące się ukrywaniem cennych przedmiotów. Protokoły z ich działań przekazywano właśnie do dowództwa 17. Armii Polowej. Nie wypłynęły dotąd ani te protokoły, ani żadne inne dokumenty wytworzone w czasie jej stacjonowania na Dolnym Śląsku. A była tam przecież kilkanaście tygodni. Archiwa tego zgrupowania z czasu, gdy prowadziło działania w Rosji i na Białorusi, odnaleźli Amerykanie i przekazali Niemcom kopie, a w czasach PRL Polacy zakupili mikrofilmy z tymi dokumentami.

Gdyby udało się znaleźć te archiwa byłaby to prawdziwa mapa skarbów!

– Skontaktował się ze mną kiedyś oficer SS, który był jednym z ukrywających skarby na Dolnym Śląsku. Zgłaszałem to Ministerstwu Kultury, przez 10 lat próbowałem się z nimi porozumieć. Ten człowiek chciał ujawnić miejsce, w którym jego grupa coś ukryła. Z polskim rządem nigdy nie udało się w tej sprawie dogadać. Na motywach tej historii napisałem nawet powieść.

Przejdźmy do najważniejszego. Jakie są przesłanki pozwalające wierzyć, że Bursztynowa Komnata ocalała z brytyjskiego bombardowania Königsbergu i jest gdzieś w Polsce?

– Myślę, że przeczytałem chyba wszystko, co na temat Bursztynowej Komnaty można było przeczytać. Obracam się w środowisku poszukiwaczy, rozmawiałem z nimi, uczestniczyłem w poszukiwaniach tego zabytku. Sam musiałem się zastanowić czy on nadal istnieje. Napisałem w końcu książkę o poszukiwaniach tego skarbu, a gdyby przepadł nie warto by było tego robić. I powiem pani, że przede wszystkim nie ma żadnego dowodu na to, że Bursztynowa Komnata spłonęła. Ona ważyła około sześciu ton i absolutnie nie ma możliwości, żeby zniknęła zupełnie bez śladu.

– Przyjaciółka córki Rhodego Liesel Amm mówiła, że spotkała doktora po brytyjskim nalocie na Königsberg i że to on powiedział jej, że to koniec i wszystko spłonęło, a skrzynie nadal się tlą. Pomysł, że Alfred Rhode mógłby zataić coś takiego przez władzami Trzeciej Rzeszy to kompletna bzdura. Czy w państwie, jakim były nazistowskie Niemcy, dało by się ukryć, że zabytek rangi Bursztynowej Komnaty zniknął?

– Nawet ważniejszą przesłanką jest to, że Bursztynowej Komnaty nadal szukają Rosjanie, którzy są przekonani, że ona nadal istnieje. Kiedy ich komisja „trofiejna” dotarła w 1945 roku do Königsbergu, nawet nie szukała tego skarbu. Panował pogląd, że Komnata została spalona. Prof. Briusow, który zajmował się poszukiwaniem rosyjskich zabytków, był o tym przekonany po tym jak zobaczył na miejscu, na zamku, zgliszcza. Bardzo szybko Rosja zmieniła zdanie i zaczęła poszukiwania. W 2014 roku zmarł Awenir Owsianow, emerytowany pułkownik, który był szefem komisji w Kaliningradzie zajmującej się poszukiwaniem Bursztynowej Komnaty. To był bardzo przyzwoity człowiek, o dużej wiedzy. Podczas międzynarodowej konferencji na temat zabytku, jaka odbyła się w latach dziewięćdziesiątych w Pasłęku, pytany o odnalezienie Komnaty stwierdził, że to tylko kwestia czasu i pieniędzy.

Co w takim razie spaliło się na zamku w Königsbergu?

– Rhode oddzielił rosyjskie dodatki do komnaty od części „rdzennie niemieckiej”. To co znaleziono na zamku to prawdopodobnie zgliszcza tych późniejszych uzupełnień, choć niekoniecznie. Pamiętajmy, że w muzeum przechowywano jeszcze wiele innych wyrobów z bursztynu. Osobną kwestią jest zeznanie Alfreda Rosenberga, ministra Trzeciej Rzeszy do spraw Okupowanych Terytoriów Wschodnich i jeden jego konkretny zapisek. Człowiek nazwiskiem Arno Schickedanz przygotowywał na jego zlecenie sieć skrytek dla dzieł sztuki. Złożył Rosenbergowi sprawozdanie, na którym nazista odręcznie dopisał „Plan Schickedanza był jednak słuszny i sprawdził się. Miejmy nadzieję, że nie znajdzie się żadna świnia, która później zdradzi go aliantom. Bursztynowa Komnata jest dla nas najważniejszym obiektem późniejszych rokowań”.

– Nie sądzę by Rosenberg brał pod uwagę  możliwość negocjowania z Rosjanami. Nie traktował ich tak samo jak aliantów zachodnich. Plan Niemiec opierał się na sprzymierzeniu się z zachodem i wspólnemu obróceniu się przeciwko komunistom. Faktycznie – przytaczając jego słowa – żadna świnia się nie znalazła. Wiele rzeczy wywożono do Saksonii, komnata także miała tam trafić. Jest zatem albo na terytorium „rdzennych” Niemiec, albo na dawnym terytorium zajmowanym przez Niemców, które teraz należy do Polski. Pamiętajmy, że dokładny przebieg granicy polsko-niemieckiej był negocjowany dopiero po wojnie. Równie dobrze skarb może się znajdować na tak zwanych Ziemiach Odzyskanych. I tylko czeka na odkrycie.

Z Włodzimierzem Antkowiakiem rozmawiała Aleksandra Zaprutko-Janicka

 

 

Włodzimierz Antkowiak

POSZUKIWACZE ZAGINIONEJ KOMNATY (fragment)

 

W Polsce dotychczas szukano Bursztynowej Komnaty w dwudziestu miejscach, dwudziestym pierwszym będzie odnaleziony we wrześniu 2020 roku parowiec „Karlsruhe”. Historia poszukiwań Bursztynowej Komnaty w Polsce i szanse jej odnalezienia są tematem książki Włodzimierza Antkowiaka pt. „Poszukiwacze zaginionej komnaty. Polskie tropy”, która ukaże się w marcu 2021 roku nakładem Wydawnictwa Bellona. „Inne opcje” są ostatnim rozdziałem książki.

 

INNE OPCJE

 

Miejsc, w których dotychczas szukano Bursztynowej Komnaty, jest co najmniej kilkaset, nie tylko w Polsce, było też i jest co najmniej kilka tysięcy poszukiwaczy różnych nacji, i można mieć pewność, że pojawią się następni. Bursztynowe arcydzieło z Königsbergu czy z Carskiego Sioła, jeśli (dopóki) nie zostanie odnalezione, ma wszelkie szanse, aby stać się jednym z tych nieśmiertelnych skarbów, których szukać się będzie zawsze: Świętego Graala, grobów Aleksandra Wielkiego, Attyli i Czyngis Chana, skarbu piratów z Wyspy Dębów, skarbu Inków w górach Llanganati w Ekwadorze i tak dalej. Czasem oczywiście zdarza się, że skarb-legenda zostaje odnaleziony, tak jak stało się to niedawno z hiszpańskim galeonem „San Jose”, najbogatszym wrakiem świata, poszukiwanym od przeszło trzystu lat. Galeon został zatopiony przez Anglików w 1708 roku u wybrzeży Kolumbii, a jego ładunek, który ciągle czeka na wydobycie, ocenia się na 17 miliardów dolarów. W 2015 roku odnalazła go, po długich poszukiwaniach, marynarka kolumbijska, a rząd Hiszpanii w 2020 roku zgłosił roszczenia do skarbu „San Jose”, co jest normą w przypadku tego rodzaju znalezisk.

O Bursztynowej Komnacie napisano dotychczas kilkadziesiąt książek, a niektóre z nich były bestsellerami (w Polsce na pewno książka Ryszarda Badowskiego), opublikowano kilka tysięcy artykułów, nakręcono kilkadziesiąt dokumentalnych i sensacyjnych filmów. Nie jest wykluczone, że łączna suma honorariów za te produkcje przekroczyła już wartość samej Komnaty.

Wydano też niemało pieniędzy na poszukiwania. W samym tylko XXI wieku kilkadziesiąt razy szukano Bursztynowej Komnaty m. in. w Polsce, w Niemczech, w Rosji, w Czechach i w Austrii.

W 2008 roku Heinz-Peter Haustein, poseł do Bundestagu i bardzo popularny burmistrz niewielkiej, wschodnioniemieckiej miejscowości Deutschneudorf, położonej w Rudawach we wschodniej Saksonii, w pobliżu granicy z Czechami, ogłosił publicznie, że pod wzgórzem w pobliżu miejscowości, w podziemnych wyrobiskach na głębokości dwudziestu metrów, znajdują się dwie tony skarbów, przywiezionych 9 kwietnia 1945 roku przez oddział SS. Na skarb miały składać się głównie szlachetne kruszce oraz Bursztynowa Komnata. Informacja spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem mieszkańców, a niektórzy z nich pamiętali jeszcze wojenny konwój ciężarówek i SS-manów, wnoszących tajemnicze skrzynie do sztolni. Wykonano badania radarowe i odwierty, przez kilka tygodnie pracowały koparki. Burmistrz na te prace wydał z własnej kieszeni ponad sto tysięcy euro. Skończyło się tak, jak to najczęściej bywa w podobnych przypadkach: po pewnym czasie ślady po sensacji pozostają już tylko w terenie i w archiwalnych rocznikach gazet.

   Niemieccy łowcy skarbów są zresztą najbardziej aktywną nacją, jeśli chodzi o poszukiwanie Komnaty. Trzej emerytowani naukowcy, 73-letni Leonard Blume, 67-letni Günter Eckardt i 71-letni Peter Lor, podobno już w 2001 roku znali dokładną lokalizację skrytki z Komnatą. Skarb miał zostać ukryty w Jaskini Książęcej, znajdującej się we wzgórzu Hartenstein w Rudawach na południu Saksonii, niedaleko Drezna. Naukowcy starali się pozyskać fundusze na badania od rządu Saksonii. Chyba z miernym skutkiem, bo wykonano tylko badania georadarowe, o innych pracach brak informacji.

Jesienią 2010 roku 51-letni Andreas Uckert, kolekcjoner starych dokumentów, ogłosił, iż odnalazł nazistowską mapę prowadzącą do Bursztynowej Komnaty i skarbu III Rzeszy. Mapa ukryta była w starym stole, który Uckert odziedziczył po dziadku, aktywnym naziście, współpracowniku Hermanna Göringa i innych notabli III Rzeszy. Blat odziedziczonego stołu wyłożony był kafelkami, które nie podobały się spadkobiercy. Kiedy je zerwał, odnalazł pergamin z hitlerowskimi symbolami. Jego wartość ocenił dopiero wieczorem, kiedy w ciemności ujawniły się zielone znaki, rysowane fluorescencyjnym tuszem. Mapa wskazywała miejsce ukrycia obu skarbów, które złożono w trzech bunkrach w górach w pobliżu miasta Fulda w środkowych Niemczech. Poszukiwania miały zacząć się wiosną 2011 roku, po stopnieniu śniegów. Brak informacji, że się odbyły.

Mniej więcej w tym samym czasie dziennik „Thuringer Allgemeine” informował, że grupa archeologów rozpoczęła prace wykopaliskowe u podnóża góry Konstein w pobliżu miasta Nordhausen w Turyngii. Jeden z więźniów obozu koncentracyjnego Dora-Mittelbau, pracujący w znajdującej się tu podziemnej fabryce Mittelwerk, w której montowano rakiety V-1 i V-2, zeznał, iż w kwietniu 1945 roku był świadkiem zakopywania przez żołnierzy Wehrmachtu dużych kontenerów. Archeolodzy sądzili, że mogła w nich być ukryta Bursztynowa Komnata, a Sven Ostritz, szef landowego urzędu ochrony zabytków, informował dziennikarzy lokalnego dziennika „Neue Nordhauser Zeitung”, że teren, na którym prowadzone są wykopaliska, nie jest stanowiskiem archeologicznym, nie ma też żadnej wartości kulturowej, a w takim przypadku rząd Turungii nie może zabronić poszukiwań, ponieważ prawo gwarantuje poszukiwaczom wolność badań.

Rudolf Gollmitzer i Johanna Maier, będąc dziećmi, mieli okazję obserwować, jak SS-mani wnosili duże skrzynie do jednej z kopalń w Bawarii. Oboje byli przekonani, że skrzynie zawierały Bursztynową Komnatę. Poszukiwań prawdopodobnie nie podjęto.

68-let­ni po­szu­ki­wacz skar­bów Karl-He­in­ze Kle­ine był przekonany, że Bursztynową Komnatę ukryto w Wuppertalu w Nadrenii-Westfalii na polecenie Ericha Kocha. Miejscem jej ukrycia miał być znajdujący się w pobliżu miasta rozległy system bunkrów i podziemnych korytarzy. Władze Wuppertalu wydały zgodę na przeszukanie bunkrów, a lokalna firma budowlana udostępniła sprzęt niezbędny do badań. Kleine zapewniał, że ma dowody na obecność Komnaty w bunkrach, ale poszukiwania skończyły się fiaskiem.

W 2011 roku niejaki Mario Ulbrich wydał książkę, w której twierdził, że Bursztynową Komnatę ukryto w szybach w nieznanej dziś kopalni w okolicach Zwickau w okręgu Chemnitz w Saksonii, na przedgórzu Rudaw. Skutkowało to wysypem łowców skarbów, którzy z wykrywaczami i łopatami eksplorowali przez kilka miesięcy lasy wschodnich Niemiec.

Niedługo potem Matthias Gruba, inżynier pasjonujący się historią drugiej wojny światowej, wywołał kolejna falę poszukiwań Bursztynowej Komnaty w okolicach Chemnitz. Badając kroniki wojenne Auerswalde, gdzie Niemcy zbudowali dwa gigantyczne działa, Dorę i Gustawa, zdolne do wystrzeliwania wielotonowych pocisków, Gruba odnalazł tajne plany podziemi pod miejscowością oraz nieznane dotąd protokoły dokumentujące tajne transporty z Königsbergu do Auerswalde.

Oczywiście nieustającym powodzeniem cieszy się w Niemczech dolina Jonas (Jonastal), na terenie dawnej NRD, od lat najpopularniejszy wśród niemieckich poszukiwaczy teren eksploracji. Jest tu ogrodzony poligon wojskowy, zasłany niewybuchami, poszukiwania są więc nielegalne i niebezpieczne, ale nie odstrasza to pasjonatów. Położona w centrum doliny potężna podziemna budowla Ohdruf, której przeznaczenie – podobnie jak przeznaczenie dolnośląskiego „Riese” – nie jest pewne, została zajęta przez wojska amerykańskie na początku kwietnia 1945 roku i oddana Rosjanom pod koniec wojny, Amerykanie przechwycili jednak całą dokumentację i utajnili ją na sto lat. Budowla nie została ukończona, część tuneli jest zablokowana, zapewne też nie wszystkie są znane, co sprawia, że poszukiwacze spodziewają się tu odnalezienia ukrytych skarbów, w tym Bursztynowej Komnaty.

Na terenie Niemiec szukali jej zresztą nie tylko Niemcy. W 2003 roku w rejonie dawnego bunkra Hitlera w Berlinie szukał Komnaty zespół Amerykanina Normana Scotta, Global Explorations Company z Florydy.

Trzy lata później, w 2006 roku, Scott wydał podobno ponad 10 milionów euro na poszukiwania w słynnym, mającym zła sławę austriackim jeziorze górskim Toplitz, w którym po wojnie znaleziono skrzynie z milionami podrobionych funtów, drukowanych przez Niemców w ramach operacji „Bernhardt”, mających zdestabilizować brytyjską gospodarkę. O wielkich skarbach zatopionych w jeziorze krążą legendy, miejscowi bowiem zeznawali po wojnie, że Niemcy zmuszali ich do wypływania na jezioro na łodziach wyładowanych skrzyniami, które topiono na głębi. Toplitzsee ma 103 metry głębokości, dno jest zamulone, pod wodą dryfują pnie, poszukiwania są niebezpieczne, toteż po wypadku śmiertelnym, któremu uległ nurek (według innej  wersji wypadków śmiertelnych było kilka), władze okresowo zabroniły nurkowania. Zakaz obowiązywał do 1983 roku.

W roku 2000 dno jeziora przeszukiwali płetwonurkowie amerykańskiej firmy Oceaneering, którzy znaleźli tylko skrzynkę z kapslami, zatopioną w 1984 roku dla żartu przez będących w dobrych nastrojach klientów jednej z nadbrzeżnych piwiarni.

Global Explorations Company uzyskała prawo poszukiwań w Toplitzsee na cztery lata – od 2005 do 2008 roku. Norman Scott dysponował zeznaniami świadka, który twierdził, że w kwietniu 1945 roku, na miesiąc przed kapitulacją III Rzeszy, widział, jak zatapiano w jeziorze 27 ponumerowanych skrzyń. Ponieważ do 27 skrzyń spakowana miała być Bursztynowa Komnata, ewakuowana z Königsbergu, Scott uznał, że chodzi o ten zabytek. W 2006 roku wyłowiono fragmenty skrzyń z napisami cyrylicą i numerami, które mogły mieć jakiś związek z Komnatą. I to było wszystko.

Wcześniej, w 2003 roku, przed lub tuż po poszukiwaniach prowadzonych w Berlinie, Norman Scott szukał Komnaty także w Rosji, w Obwodzie Kaliningradzkim, wspólnie z Awenirem Owsianowem.

Owsianow w 2001 roku wizytował (bo trudno to nazwać poszukiwaniami) dawny majątek rodziców Ericha Kocha w dzisiejszej wsi Jasinskoje koło Gwardiejska. Towarzyszyli mu dwaj bydgoszczanie, Jan Kraciński i Kazimierz Nalaskowski, którzy rok wcześniej zawiadomili Międzynarodową Agencję Poszukiwawczą, że dysponują wartościowymi informacjami, dotyczącego rejonu Kaliningradu. MAP skontaktowała ich wówczas z Owsianowem i rok później bydgoszczanie wyjechali na własny koszt (w przeciwieństwie do wielu naciągaczy, którym często udawało się wykorzystywać Rosjan i wyłudzać zaproszenia) do Kaliningradu, a później wraz z Owsianowem do Jasinskoje. Poszukiwacze dysponowali tylko wykrywaczami metalu, orientację w terenie utrudniał fakt, że ze wsi obecnie prawie nic nie zostało, i przedsięwzięcie zakończyło się po jednym dniu.

W 2015 roku Siergiej Trifonow, rosyjski pisarz, historyk, wykładowca akademicki i pasjonat wojennych tajemnic Kaliningradu, zawiadomił agencje TASS, iż jest pewien, że Bursztynowa Komnata nigdy nie opuściła miasta i została ukryta w bunkrze ostatniego komendanta wojskowego Königsbergu, gen. Otto Lascha, gdzie znajduje się do dzisiaj. Trifonow podobno już pięć lat wcześniej miał informacje zdecydowanie wskazujące na tę lokalizację skrytki, a potem zweryfikował je pozytywnie badaniami w terenie. Kamera wziernikowa, wprowadzona do nieznanych dotąd podziemi pod fortem, ujawniła na głębokości ponad dziesięciu metrów dużą żelazną skrzynię, w której według Trifonowa mogły pomieścić się bursztynowe panele. Podziemia były zalane i rosyjscy internauci sugerowali, że oprócz Bursztynowej Komnaty Trifonow może tam również odnaleźć Atlantydę.

Niecały kilometr od bunkra archeolodzy rosyjscy prowadzą badania w podziemiach zamku krzyżackiego, który na polecenie premiera Aleksieja Kosygina został wysadzony w powietrze w 1967 roku, a na jego miejscu zbudowano koszmarny gmach publiczny – Dom Rad. W 2019 roku w rozmowie z brytyjskim dziennikarzem Olivierem Steedsem przedstawicielka archeologów mówiła o naukowym celu i wartości badań, ale nie ukrywała, że w głowach archeologów istnieje świadomość bliskiego związku Bursztynowej Komnaty z zamkiem, z jego podziemiami, świadomość braku jakichkolwiek śladów spalenia zabytku, i że kto wie, kto wie…

W 2016 roku dwóch Niemców, Erich Stenz i Georg Mederer, zamierzało podjąć poszukiwania Bursztynowej Komnaty w zamku we Frydlancie w północnych Czechach, kilkanaście kilometrów od granicy z Polską. Stenz, który pracował niegdyś dla Bundesnachrichtendienst (Federalnej Służby Wywiadowczej), dysponował zeznaniami kobiety, która w czasie wojny służyła na zamku jako kucharka. Kobieta była świadkiem przyjazdu do zamku kolumny wojskowych ciężarówek, z których wynoszono skrzynie z obrazami, złotem i biżuterią, i ukrywano w podziemiach zamku. Stenz i Mederer, którzy od lat zajmują się poszukiwaniami Komnaty, a relację kucharki uważali za w pełni wiarygodną, zakładali, że również i ten skarb mógł trafić do Frydlantu. Odwiedzili zamek najpierw jako turyści, dogadali się z miejscowym przewodnikiem, który pozwolił im dokładnie obejrzeć podziemia, a w następnym roku zwrócili się do Czechów o zgodę na rozebranie jednego podejrzanego muru w piwnicach. Zezwolenia odmówiła kasztelanka zamku, a dyrektor Narodowego Instytutu Dziedzictwa, Miloš Kadlec, wyjaśnił, że pod koniec wojny do zamku rzeczywiście zwożono skrzynie, ale były w nich książki z  biblioteki berlińskiej, które jeszcze w 1945 roku wróciły do Berlina.

Jaroslav Pacha, właściciel zamku w miasteczku Zbiroh w środkowo-zachodnich Czechach, jest przekonany, że skrzynie z Bursztynową Komnatą przywieziono właśnie tutaj i że nadal znajdują się gdzieś w podziemiach. Pacha prowadzi w zamku restaurację i ekskluzywny hotel, legenda o ukrytym skarbie zapewne nie przeszkadza w interesach.

Prawdziwym poszukiwaczem skarbów jest z pewnością Josef Muzhik z miasteczka Stechovice, oddalonego 30 kilometrów od Pragi. Czech od trzydziestu lat szuka skarbu gen. Emila Kleina, który gdzieś w miasteczku ukrył 540 skrzyń z zawartością wycenianą dziś na 50 miliardów funtów szterlingów. Kilka lat temu Muzhik połączył siły z sudeckim Niemcem Helmutem Genzelem, który jako funkcjonariusz czechosłowackiej bezpieki przesłuchiwał po wojnie gen. Kleina. Genzel wniósł do spółki jeszcze coś – informacje uzyskane od żony jakiegoś SS-manna, z których wynikało, że Bursztynową Komnatę ukryto właśnie w pobliżu miasteczka. W 1992 roku Genzel nabył od władz wyłączne prawo do poszukiwania niemieckich skarbów w Stechovicach. W 2016 roku obaj z Muzhikiem byli przekonani, że są już tylko o krok od skarbu. Brak informacji o dalszych sukcesach spółki.

Tych kilkanaście przykładów nie wyczerpuje rzecz jasna tematu poszukiwań Bursztynowej Komnaty. O części z nich nie wiemy, bo nie dotarliśmy do informacji, jeśli odnotowane zostały tylko gdzieś w lokalnych mediach, niekoniecznie w Europie, inne prowadzono w tajemnicy, a jeśli zostały ujawniane, to tylko przypadkiem, na skutek wpadki eksploratorów.

Tych „innych opcji” jest zresztą sporo. Polska nie znajduje się wprawdzie na czele listy krajów, na terenie których większość historyków i poszukiwaczy spodziewa się odnalezienia Komnaty, pierwsze pozycje w rankingu zajmują Niemcy i Rosja, ale i my jesteśmy na podium. Nie można wykluczyć, że Bursztynową Komnatę ukryto właśnie u nas, na terenach, które przed wojną należały do Niemiec. Niemcy wprawdzie szybko poznali ustalenia konferencji trzech mocarstw w Jałcie (4-11 lutego 1945 roku), wiedzieli, że po wojnie stracą sporo terenów, w tym Prusy Wschodnie, ale nie była to wiedza powszechna. Z pewnością nie miał do niej dostępu dr Alfred Rohde i jest mało prawdopodobne, że wiedział Erich Koch. Zresztą mogło już być za późno, aby ewakuować Komnatę z terenów, zajętych przez Rosjan.

W Polsce jest przynajmniej kilku poszukiwaczy przekonanych, że znają prawdopodobne, a czasem nawet dokładne miejsce ukrycia Bursztynowej Komnaty, choć najczęściej trudno traktować te przekonania poważnie. Rok 2020 wydawał się być raczej stracony dla poszukiwań, dopóki we wrześniu nie odnaleziono wraku parowca „Karlsruhe”, ostatniego statku, który wypłynął z Piławy, portu obsługującego Konigsberg, przed zajęciem miasta przez Rosjan. Sezon 2021 i następne z pewnością przyniosą informacje o przedsięwzięciach eksploracyjnych, których celem będzie dotarcie do skrytki, choć niekoniecznie będzie się o tym mówić otwarcie. Zbierając materiały do książki, weryfikując je, trafiałem na osoby planujące i przygotowujące poszukiwania bursztynowego arcydzieła w Polsce – i tylko tyle mogę o tym powiedzieć.

Nie wiemy, czy tajemnica losów Komnaty zostanie kiedykolwiek wyjaśniona, być może pozostanie tajemnicą na zawsze. I może nie byłoby to wcale takie najgorsze?

Być może wiedza jest dobra, ale tajemnica jest lepsza?

.

Włodzimierz Antkowiak

Autor jest pisarzem i od ponad dwudziestu lat przewodniczącym Międzynarodowej Agencji Poszukiwawczej (MAP), organizacji zarejestrowanej, z siedzibą w Toruniu, zrzeszającej głównie naukowców i zajmującej się rozwiązywaniem różnego rodzaju zagadek przeszłości. O nieodnalezionym archiwum BIP-u pisał kilkakrotnie, m. in. w swoich książkach „Leksykon skarbów polskich” (Warszawa 2011), „Skarby polskie”(Warszawa 2013) oraz „Złoty pociąg i tajemnice skarbów Polski”(Warszawa 2015). 

.

close

1 Comment

  1. “I powiem pani, że przede wszystkim nie ma żadnego dowodu na to, że Bursztynowa Komnata spłonęła.” Mimo że to było aż 6 ton bursztynu, to bursztyn nie jest wytrzymały na ogień. Taki los tej komnaty przewidział Czesław Klimuszko (1905-1980), słynny jasnowidz z Polski. Co prawda Rosjanie odtworzyli tę komnatę i można ją zwiedzać w Petersburgu.

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*