Włodzimierz Antkowiak – Sted. Obrazki – Ryby

   Sted parę razy odwiedzał mnie na Strzemięcinie, skąd blisko było do Wisły. Zazwyczaj pisaliśmy coś, każdy w swoim pokoju, czasem mijaliśmy się w przedpokoju w drodze do czy z kuchni albo łazienki, i zamienialiśmy parę słów w przelocie, co mogło wyglądać na przykład tak: Sted mógł mnie zatrzymać szturchając palcem w pierś i powiedzieć: – „Młody poeta a stara kobieta to jedno”, po czym z chichotem schować się w swoim pokoju, a przy następnym spotkaniu ja mogłem go szturchnąć palcem w pierś i powiedzieć: – „Najgorsze jest ta młoda poezja, bo starej w ogóle nie ma” – i zachichotać w rewanżu (był dziewięć lat starszy ode mnie, inna generacja). W czasie wolnym od pisania i innych gabinetowych zajęć wędrowaliśmy gdzieś, zazwyczaj wyruszając na południe, najpierw ścieżką biegnącą u podnóża Skarpy Strzemięcińskiej (wspominał we „Wszystko jest poezja” baraki choleryków, których ruiny były wtedy jeszcze dość widoczne nad brzegiem), a potem brzegiem rzeki lub wałem przeciwpowodziowym w kierunku Chełmna.

   Któregoś letniego wieczoru dotarł na Strzemięcin w momencie, kiedy szykowałem się na ryby, na nocny połów z nadzieją na złowienie węgorza/y i z mniejszą nadzieją na suma. Sted postanowił mi towarzyszyć. Zeszliśmy po stromej skarpie Kępy Strzemięcińskiej nad brzeg, wybrałem obiecujące miejsce, mniej więcej pośrodku między dwiema kamiennymi, rozmytymi przez powodzie główkami. To były właściwie rudymenty główek, niedaleko wchodziły w nurt rzeki, który biegł tu stosunkowo blisko brzegu, tak że mogłem sięgnąć przynętą na skraj szybkiej wody. Rzuciłem dwie wędki „na grunt” (obciążone ołowianymi ciężarkami, które pozwalały utrzymać przynęty w jednym miejscu), zawiesiłem dzwoneczki na górnych przelotkach wędzisk, usiedliśmy na jakiejś wysuszonej kłodzie i czekaliśmy w ciemności na sygnał.

   Łowiłem na „szyjki” rakowe (mięso z ogonów raków), które są bardzo skuteczną, smużącą przynętą – zapach rozchodzi się w wodzie i zwabia ryby, czyhające gdzieś w dole rzeki. Bardzo szybko doczekaliśmy się potężnego brania. Ryba mocno parła pod prąd i wiadomo było od razu, że to coś większego. Wyholowałem ją poślizgiem na piach blisko południowej główki. Od jakiegoś czasu nie brałem latarki na ryby, uczyłem się radzić sobie na biwakach i w czasie nocnych połowów bez światła, toteż nie od razu mogłem zorientować się, co to jest. Obła, biała ryba, o wrzecionowatym kształcie – na pewno nie był to węgorz i na pewno nie sum. Obawiałem się, że może to być brzana, silna, waleczna ryba, i próbowałem dotykiem rozpoznać otwór gębowy, który u brzan, zbierających pokarm z dna, jest charakterystyczny, rozciągliwy, brzana wysuwa go w dół. Brzanę musiałbym wypuścić, bo był to okres tarła, połowa czerwca, a mięso brzany w czasie tarła jest lekko trujące. Ale nie mieliśmy do czynienia z brzaną, ryba nie miała tego charakterystycznego ryjka, mógł to być kleń, ewentualnie boleń, choć raczej kleń, w każdym razie mogliśmy ją wziąć.

   Zdobycz była spora i całkowicie zabezpieczała nasze bieżące potrzeby na białko zwierzęce, toteż nie łowiliśmy dłużej. Po kwadransie nad wodą wracaliśmy do domu z rybą, tak, jakbyśmy wyskoczyli po nią do sklepu. W domu okazało się, że złowiliśmy klenia, ważył prawie dwa kilogramy i wystarczył na trzy posiłki – późną kolację, a potem jeszcze na śniadanie następnego dnia i dwudaniowy obiad (pierwszym daniem był ostry, przyprawiony chili bulion do picia, ugotowany na głowie i płetwach).

   To nie był pierwszy raz, kiedy Sted wybrał się ze mną na ryby – był drugi albo trzeci. Wcześniej, kiedy jeszcze mieszkałem na Fortecznej, byliśmy którejś zimy raz albo dwa razy na zachodnim brzegu Wisły, ze sto metrów na południe od mostu, gdzie przy niskich i średnich stanach wody znajdowało się dogodne miejsce do rzucenie wędek na miętusy. Miętusy łowi się nocą, w ciemności, jest to ryba zimnych wód, tarło odbywa w lutym, zima jest najlepszym okresem na połów, latem miętus zapada w letarg i nie żeruje. Miętus należy do rodziny dorszowatych, ma – podobnie jak dorsz – doskonałą wątróbkę i mięso lepsze od dorszowego. W tym miejscu niedaleko mostu łowiłem przynajmniej kilkanaście razy, czasem z piszącym wiersze lekarzem wojskowym, o którym wspominałem już wcześniej – zawsze bez sukcesu. Rzeką spływała kra, ale tu prądy układały się tak, że między główkami prawie nie było lodu, kry spływały nurtem i można było dość bezpiecznie rzucić dwie wędki na grunt. Brania były zdecydowane, ostre, wydawało się czasem, że ryba wyrwie wędkę z uchwytu. Zacinałem – czasem od razu (żeby ryba nie zdążyła poczuć haka i nie wypluła przynęty), czasem czekałem dłużej (żeby połknęła głęboko) – i zawsze nic. Zmieniałem mniejsze haki na większe, potem na zupełnie duże (miętus ma szeroki otwór gębowy, podobnie jak sum, przy zacięciu hak mógł mu „wyskoczyć” z pyska) – i nic. Nigdy nie zrozumiałem przyczyny tych porażek.

   W czasie zimowej zasiadki ze Stedem przy moście (jednej na pewno, być może była też druga), również zdarzały się potężne, mocne brania i kończyło się zawsze tak samo – zacinałem w momencie, kiedy coś potężnie targało wędką, i wyciągałem pusty hak. Po zacięciu nigdy nie poczułem ryby na haku.

   Te dwa czy trzy razy, raz latem i raz lub dwa razy zimą, Sted towarzyszył mi w czasie połowów, ale to nie była jego bajka. Był świadkiem sukcesu i bolesnej porażki, lecz ani jedno, ani drugie nie ujawniło w nim instynktu łowcy. Nie wypływało to z żadnych ideowych pobudek, nie miał nic przeciwko zdobywaniu mięsa metodą połowu (w końcu był mięsożerny) – po prostu łowienie nie budziło w nim emocji. Był obojętny na to. Nie przypominam sobie, aby kiedykolwiek pisał o rybach, o wędkarstwie czy kłusownictwie. Nie podzielał mojego hobby; zresztą chyba nie miał żadnego. Miał dwie wielkie pasje: pisanie i wędrowanie, które mu wystarczały.

   Wiele lat później, w czasie jednej z wypraw poszukiwawczych w okolicach Srebrnej Góry (eksplorowaliśmy podziemne wyrobiska Wielisławki, szukaliśmy w rząpiu, najniżej położonym punkcie kopalni, w podziemnym jeziorku, zalanego przejścia do nieznanej części podziemi, gdzie mogły znajdować się ukryte pod koniec wojny, zdemontowane szybowce – na szczycie Wielisławki przed i w czasie wojny działała wyciągarka, swoje pierwsze loty odbywało tu wielu późniejszych pilotów Luftwaffe, których od początku lat dziewięćdziesiątych czasem spotykaliśmy na górze – eleganckich, starszych panów, zawsze bardzo uprzejmych; tych szybowców po wojnie nie odnaleziono i istniało przypuszczenie, że zostały ukryte w niedostępnych wyrobiskach góry, za zawałami), przypomniał mi się Sted. To była pierwsza połowa lat dziewięćdziesiątych, stare służby już nie istniały, a nowe jeszcze nie okrzepły, były to najlepsze czasy dla poszukiwaczy i najlepsze lata Międzynarodowej Agencji Poszukiwawczej, grupującej eksploracyjną elitę. Przypomniało mi się jedno ze spotkań ze Stedem, kiedy po paru miesiącach nieobecności wrócił do kraju, chyba z Meksyku, po powrocie odwiedził parę zaprzyjaźnionych, bliskich jego sercu osób, i nie podobało mu się to, co zobaczył. „Co się porobiło z tymi ludźmi…” – mówił. Do mnie nie miał zastrzeżeń, toteż mogłem pozwolić sobie na uwagę: – „Nie dopilnowałeś” – powiedziałem. Nie zauważył ironii w moich słowach. „Tak” – powiedział. – „Tak”.

   W Srebrnej Górze, w forcie Ostróg, gdzie MAP miała bazę wypadową na Dolny Śląsk, przypomniała mi się ta scena. Przyszło mi do głowy pytanie: co dzisiaj powiedziałby Sted, gdyby się tu nieoczekiwanie zjawił. O wielu z naszych wspólnych znajomych nie wiedziałem nic, poznikali gdzieś, ale inni, nieliczni, po których nigdy byśmy się tego nie spodziewali, błyskawicznie dorabiali się albo stawali się autorytetami moralnymi i robili spektakularne kariery polityczne. Sted musiałby być załamany, gdyby to zobaczył. A potem spytałby mnie: – „A ty co teraz robisz?”. A ja odpowiedziałbym: – „Ja szukam skarbów, Sted”. A Sted powiedziałby wtedy: – „Potęga!”.

   Bo poszukiwanie skarbów było tym, co na pewno by go wzięło. Nie tak, jak mnie, na kilka lat, ale na jakiś czas na pewno. To musiałoby go ruszyć. Jeździłby z nami. Miałby hobby.

 

Włodzimierz Antkowiak

….

O autorze:

Włodzimierz Antkowiak jest autorem ponad dwudziestu książek – poetyckich, prozatorskich, popularnonaukowych i reportażowych, w tym czterech zbiorów opowiadań – „Pewnego dnia na wysokościach” (Gdańsk 1979), „Brat wszystkich” (Gdańsk 1983), „Kukułka” (Warszawa 2015) i „Lalka” (Warszawa 2021), powieści „Depozyt Ollenhauera” (Toruń 2018) oraz reportażu literackiego „Vamos, peregrino! Droga do Santiago de Compostela” (Warszawa 2005).

Był członkiem Związku Literatów Polskich i Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Jest członkiem Stowarzyszenia Autorów ZAiKS, przewodniczącym Międzynarodowej Agencji Poszukiwawczej (MAP) oraz członkiem założycielem Asociación de Buen Gusto dr. Hannibal Lecter (Towarzystwo Dobrego Smaku im. dr. Hannibala Lectera) z siedzibą w Getafe pod Madrytem.

 

Ilustracja: Gustav Breuning 1828-1902, Widok na Grudziądz z Kępy Strzemięcińskiej

close

Zachęcamy do subskrypcji biuletynu POLSKA CANADA

2 Comments

  1. Na Warmii Sted bywał na rybach u Wieśka Niesiobędzkiego, pili! Obaj juz RiP

  2. P.S. Zapomniałem dodać…Wiesiek Niesiobędzki też był poetą, dobrze się rozumieli.

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*