Aleksander Rybczyński – Nocny dyżur

Niektórym z nas zabrano życie. Wielu przeszło przez ścieżki zdrowia, ból, cierpienia i upokorzenie. Pozostałym zabrano wszystko, co mieli: czas. W prl-u człowiek był niczym, a jego czas, skała na której demokratyczne społeczeństwa budują spełnione życie bezwzględnie przepuszczano przez palce. Zdarzało się, że palce systemu przepoczwarzały się w milicyjne pałki, wiszące nad głową każdego obywatela.

 Dlatego też trudno ustalić, kiedy właściwie zaczął się stan wojenny. Trwał on przecież, nie ogłaszany, od zakończenia drugiej wojny światowej. Najboleśniej doświadczyli go żołnierze polskiej armii podziemnej, ofiary sądów, ferujących wyroki śmierci, jak mandaty za jazdę bez biletu w parowozie dziejów. Stan wojenny, nie ogłaszany przez dziesiątki lat, co jakiś czas objawiał swoje brutalne oblicze i prawo do wstrząsania szarą egzystencją mieszkańców potężnego przed stuleciami europejskiego państwa. To oni przeżywali kolejne odwilże i następujące po nich okresy przykręcania śruby. Przetrwali poznański czerwiec, grudzień na Wybrzeżu i strajki 1976 roku. Czasami nawet przebierano ich w mundury okupacyjnych armii, wysyłając w sierpniu 1968 roku z “bratnią pomocą” do Czechosłowacji, by zdławić przedłużającą się “praską wiosnę”.
 .
Porwany falą wolnościowego zrywu sierpnia 1980 roku, niosłem ten bagaż historii, stale w poczuciu zagrożenia, ze świadomością niestabilności czasu, który rozdzierał nasze życie, nieprzewidywalnymi szarpnięciami historii. Stąd trudno powiedzieć, kiedy naprawdę zaczął się mój stan wojenny? Tym bardziej, że przypadek ocalił mnie od jego najboleśniejszych konsekwencji.
 .
Sytuacja stawała się coraz bardziej napięta; mówiono o możliwości sowieckiej interwencji, wprowadzeniu stanu wyjątkowego, ale tak naprawdę mało kto wierzył w realność zagrożenia. Oddech wolności, którym tak entuzjastycznie wszyscy się zachłysnęliśmy, pozwalał nam spokojnie spać, w przekonaniu, że nikt już nie spacyfikuje wyzwolonej siły wolnościowych i niepodległościowych aspiracji. Byliśmy chyba, jak pod działaniem silnego narkotyku, bo przecież równocześnie żyliśmy w przekonaniu, że komuna za naszego życia nie upadnie.
Mimo tej pozornej beztroski trwało pogotowie. “Solidarność” organizowała całodobowe dyżury, mające umożliwić sprawną koordynację działań, szybką komunikację i zapobiec ewentualnej katastrofie. Jako szeregowy członek NSZZ zgłosiłem się na ochotnika do pełnienia nocnego dyżuru. Zaproponowano termin z 12 na 13 grudnia. Była to sobota i wybierałem się na urodziny.  Poprosiłem o zmianę daty. Zamiast w sobotę, poszedłem więc na dyżur w środę. Spędziłem go w siedzibie “Solidarności” na dworcu PKP w Krakowie. Byłem sam w pokoju, na biurku stał telefon, milczący całą noc. Trwała cisza przed burzą, a złowrogo narastający, tajemniczy niepokój chwytał za gardło.
Wielokrotnie wyobrażałem sobie, jak wyglądał dyżur w noc z soboty na niedzielę? Oddział ZOMO, uzbrojony po zęby, wbiegający do małego pokoiku, by internować “ekstremistę”. Rzucający ofiarę na podłogę, pałujący dla zasady, wywlekający na mróz bez wiszącej w szafie zimowej kurtki i wrzucający do stojącej przed budynkiem milicyjnej budy. Do dzisiaj zastanawiam się, kto, z powodu mojego młodzieńczego, barwnego trybu życia, stracił może zdrowie i prawdopodobnie spędził miesiące w więziennej celi. Dzisiaj już wiadomo, że drobni działacze, wystawieni na graniczne przyczółki szeregowi żołnierze, nie mieli szans trafić do wczasowych ośrodków wypoczynkowych razem z Maleszką i późniejszymi uczestnikami rozmów okrągłego stołu. Może mój zmiennik miał szczęście, albo potrafił pragmatycznie podpisać wymagane dokumenty lojalności? Może jednak, wieziony w mroźną, grudniową noc w nieogrzewanej budzie do odległego miejsca odosobnienia dostał zapalenia płuc i musiał walczyć o życie? Może wreszcie był twardy, nie podpisał niczego, zgodził się na emigrację i dzisiaj jest moim sąsiadem w Ontario?
Jak zachowałbym się sam w godzinie próby? Nie mam odpowiedzi na te pytania, pamiętam jedynie noc z środy na czwartek, 9 grudnia 1981 roku. Czy wtedy właśnie rozpoczął się mój stan wojenny? Nie działo się nic, dokoła panowała prawie cisza, siedziałem w budynku pogotowia ratunkowego PKP w Krakowie. Strategiczne miejsce, na pewno na oku operacji sztabowej reżimu. Napisałem wtedy wiersz, który, jak się wydaje po latach, trafnie oddaje nastrój tamtej nocy. Jest zresztą zatytułowany “Taki nastrój”.
 .
Taki nastrój
jest środek nocy
nad głową przelatują samoloty
ich charczący śpiew
dławi się
w filiżance kawy
powoli ubieram stare łachy
wyglądam całkiem nieźle
w białym płaszczu
źle wyglądają ulice
wymiecione do czysta z ludzi
przygarniają zmokłe kaczki gazet
kiedyś był za oknem snieg
teraz przy ścianie kwitnie groch
pytam gdzie jesteś
i łatę świtu kładę na srodek nocy
(jest środek nocy)
jak oko cyklonu
i cicho tak bardzo tylko ten spiew szalony za oknem
i stukot złamanego serca autobusu
gdzie jesteś kochana gdzie jesteś
samym środkiem ulicy
odchodzę w nieznanym kierunku
z piwnic wychodzą mężczyźni
z domów wychodzą mężczyźni
z nieba pada deszcz
 .
przed siebie w milczeniu
przed siebie w milczeniu
przed siebie w milczeniu
dlaczego nikt nie rozmawia
od czasu do czasu
zaglądamy w oczy
otwiera się przed nami zdumiona lufa czołgu
.
taki nastrój
wyznania miłości nie sprzyjają zwycięzcom
gdzie jesteś kochana
ustawiony tyłem do przyszłości
nie mogę powstrzymać głowy
oglądam się za siebie
wszystko w porządku
jesteś
jesteś Jak obłok
.
za sobą mam Polskę
i ciebie mam obok
9 grudnia 1981
 . .
Wiersz został czujnie wyłowiony z tomiku złożonego w “Wydawnictwie Poznańskim” przez wewnętrznego cenzora, nazwanego kiedyś we wspomnieniach Edwarda Stachury “redaktorem Śledzikiem”. “Zdumiona lufa czołgu”, wspomniana w wierszu, była zbyt wielkim zagrożeniem dla stabilności kultury prl.
.
Rano wyszedłem z siedziby kolejowej “Solidarności”. Ulice zapełniały się niepowstrzymanym jeszcze tłumem. Zostały mi tylko trzy dni wolności. W pamiętną niedzielę rano bezskutecznie próbowałem włączyć III program Polskiego Radia, by wysłuchać audycji “60 minut na godzinę”, współredagowanej przez Marcina Wolskiego i Jacka Fedorowicza, z których tylko jeden pozostał w III RP przyzwoitym człowiekiem. Szybko okazało się, że nie mamy szans w walce z potężną zmilitaryzowaną machiną. WRONa wiedziała, jak nie dopuścić do strajku generalnego, który miał być naszą ostateczną bronią. Decyzja masakry górników kopalni “Wujek” musiała być podjęta na najwyższym szczeblu, by ostatecznie zastraszyć społeczeństwo, a dziesięciomilionową “Solidarność” rzucić na kolana.
Czas, który był wszystkim, co mieliśmy; czas którego nas pozbawiono; czas który mogliśmy ofiarować dla Polski – był dla rządzącej junty łakomym kąskiem: do przeżucia i wyplucia, tak by nie pozostał żaden ślad, a system nie uległ zatruciu. W trakcie trwania rozmów okrągłego stołu wyjechałem na stałe z Polski. Naiwnie łudziłem się, że ostatnie restrykcje stanu wojennego zniesiono w Magdalence. Kilka miesięcy później, kiedy ogłoszono “upadek komunizmu”, wydawało mi się, że zostawiłem Polskę bezpieczną i wolną.
(…)
Aleksander Rybczyński

Subskrybcja
Powiadomienie
0 Komentarze
Najstarsze
Najnowsze Popularne
Inline Feedbacks
View all comments