Fragment przygotowanej do publikacji powieści „Niewidoczna strona”.
Polski naukowiec wyrusza w rejs jachtem do Kopenhagi. Zamierza zejść w porcie z pokładu i pozostać na Zachodzie, by niezależnie i bez żadnych nacisków kontynuować pracę naukową. Rodzina Jana pozostała w Polsce. Pełen nadziei i obaw, nie wie, co przyniesie przyszłość w wolnym świecie.
.
.
Pułapka w porcie
Po tej rozmowie zbliżył się do nich podekscytowany Witold, dzieląc się uwagami na temat sesji portretowej przy Syrence.
— Będziemy mieli piękną dokumentację rejsu! Już wyobrażam sobie te widoki, wyłaniające się z bieli papieru fotograficznego.
Na „Karolince” czekał na nich Burski. Był zadowolony i jowialny.
— Zadzwoniłem do gościa, który weźmie ode mnie kontrabandę — zaśmiał się, nie zważając na złe spojrzenie kapitana.
— Nic nie chcę wiedzieć o pańskich lewych interesach. Pan wie, że to nielegalne po obu stronach granicy.
Nikt nie chciał słuchać dalszych wynurzeń żałosnego przemytnika. Przerwało je wołanie sprzed trapu.
— Kapitanie, jest ktoś na pokładzie?
Na jacht weszło dwóch mężczyzn w długich płaszczach. Wśród żeglarzy w marynarskich drelichach wyglądali niezręcznie, jak przedstawiciele zakładu pogrzebowego, albo agenci wywiadu po odprawie. Ich przybycie nie wróżyło niczego dobrego. Nieproszeni usiedli na koi.
— Jestem attaché kulturalnym ambasady Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej — powiedział jeden z nich i wyciągnął jakiś dokument, machając nim przed oczami załogi.
— Który z obywateli to doktor Wojkowski?
— Co panów sprowadza — zapytał Jan, starając się, by jego głos brzmiał pewnie i zniechęcająco.
— Otrzymaliśmy ważne informacje, dotyczące pana badań naukowych. Wymagają one wyjaśnienia. Sprawa nie cierpi zwłoki. Zapraszamy do siedziby ambasady. To tylko formalność. Po rozmowie, będzie pan mógł spokojnie wrócić na jacht.
— Jestem uczestnikiem rejsu, doskonalę swoje umiejętności żeglarskie. We wrześniu zdaję egzamin na stopień sternika jachtowego. Poza tym jestem na urlopie. Wszystkie sprawy, dotyczące mojej pracy wyjaśnię po powrocie do kraju — bagatelizował prośbę pracowników ambasady, zdając sobie sprawę, że to nie prośba, a groźne żądanie.
— Panowie wybaczą, ale nie skorzystam z zaproszenia.
Podejrzewał, że jego wyjaśnienia nic nie dadzą, ale chciał zyskać na czasie.
W trakcie tej rozmowy Zwalisty podszedł do stołu nawigacyjnego, spokojnie patrząc na niespodziewanych gości. Szybko zorientował się, że wizyta oznacza poważne kłopoty. Nie odrywając od przybyszów wzroku, włączył radiotelefon.
— Langelinie, mamy problem na pokładzie — powiedział po duńsku, a Jan poczuł, że kapitan jest jego sojusznikiem.
— Co to za rozmowy — zdenerwował się jeden z mężczyzn, po czym przeszedł do działania. — Panie Wojkowski, proszę z nami, nalegamy.
— Nie planowałem odwiedzin w ambasadzie, mamy tylko parę dni na zwiedzanie miasta — zaprotestował Jan, ale ludzie w długich płaszczach szybko zbliżyli się i ujęli go pod ramiona. Coś twardego i metalowego dotknęło jego pleców. Natychmiast zrozumiał, w jak wielkim jest niebezpieczeństwie. Opadły maski uprzejmości.
Na potwierdzenie tych podejrzeń, jeden z agentów zasyczał mu prosto w ucho.
— Żadnych numerów, idziecie z nami. Żarty się skończyły. Zabieramy się stąd bez dyskusji. Schodzimy z pokładu. Samochód czeka na nas przed portem.
Pod łopatką poczuł wciśniętą zimną lufę, ukrytą pod płaszczem.
— Idźcie spokojnie, doktorze, rodzina w Polsce zmartwi się, gdyby przytrafił się wam wypadek — mężczyzna naparł na niego całym ciałem, udając, że pomaga mu z workiem.
Załoga nie miała już wątpliwości, co to za wizyta. Jan był jak sparaliżowany. Zwalisty stał nieruchomo przy stole nawigacyjnym; Witold siedział przerażony, wtulony w swoją koję.
— Co się dzieje? — szepnął student, próbując nerwowo uruchomić aparat fotograficzny.
Burski sprawiał wrażenie, że wszystko jest w porządku, głupawo się uśmiechał i usłużnie robił miejsce agentom, pilnującym, by zatrzymany szedł spokojnie, nie próbując stawiać oporu. Jan, cały czas czując ucisk broni, z rezygnacją chwycił żeglarski worek i pozwolił się prowadzić do zejścia z pokładu „Karolinki”.
Jan wiedział, że wejście do samochodu oznacza kres jego planów i marzeń. Jazda do ambasady zakończy się zapewne aresztowaniem i potajemnym wywiezieniem do Polski. Agenci mogli straszyć twardą lufą pistoletu, ale nie wyobrażał sobie, by zdecydowali się na jego użycie. Takie bezprawie byłoby międzynarodowym skandalem, więc zdecydował się stawić opór za wszelką cenę. Dopóki był na terenie portu, na ulicach miasta wolnego świata, miał prawo o siebie walczyć. Ale nawet ta świadomość nie chroniła go przed paraliżującym strachem, sprawiającym, że powoli ciągnął nogę za nogą, niezdolny do próby oswobodzenia się z potrzasku.
Niedaleko wyjścia z Langelinie zobaczył radiowóz i dwóch policjantów, szybkim krokiem zmierzających w stronę agentów, prowadzących swoją ofiarę. Ręka bezpieczniaka zacisnęła się mocniej na jego łokciu. Serce zabiło mu mocniej. Zawahał się, czując metal pistoletu, lecz zebrał się w sobie i zawołał:
— Excuse me, I need help!
Policjanci przystanęli i uśmiechając się uprzejmie, zapytali:
— What’s wrong, sir?
— Ci panowie, wbrew mojej woli, zabrali mnie z jachtu, którym dzisiaj przypłynąłem do Kopenhagi — odpowiedział głośno, choć głos mu się łamał.
Agenci zaśmiali się nerwowo. Jeden z nich natychmiast pospieszył z wyjaśnieniem:
— Ależ skąd, jesteśmy dyplomatami, reprezentujemy polską ambasadę i chcieliśmy tylko zaprosić pana na rozmowę z konsulem. To wyłącznie kurtuazyjne spotkanie i nie wiem, skąd to nieporozumienie. Pan raczy żartować — zwrócił się w stronę Jana, który wykorzystał zamieszanie, by uwolnić się z uścisku.
— Może to nieporozumienie, ale w żadnym wypadku nie chcę iść z tymi ludźmi. Nie wiem w jakim celu mnie nagabują. Proszę mnie uwolnić, proszę także o przyznanie mi azylu politycznego.
Funkcjonariusze spojrzeli po sobie, po czym wylegitymowali mężczyzn, nonszalancko okazujących paszporty dyplomatyczne. Powierzchownie je obejrzeli, skinęli głowami i zwrócili się do Jana:
— W takiej sytuacji zaprowadzimy pana do biura, gdzie zostanie pan przesłuchany i będzie mógł przedstawić swoją sprawę.
Pracownicy ambasady odwrócili się bez słowa na pięcie, ale na pożegnanie jeden z nich wycedził przez zęby:
— Na pewno jeszcze się spotkamy!
Aleksander Rybczyński
O autorze:
Aleksander R
ybczyński jest absolwentem historii sztuki na Uniwersytecie Jagiellońskim. Opublikował ponad dziesięć zbiorów wierszy, w tym debiutancki tomik “Jeszcze żyjemy”, za który otrzymał w 1983 Nagrodę im. Kazimiery Iłłakowiczówny. Zajmuje się także krytyką artystyczną, prozą, publicystyką, dziennikarstwem, fotografią, filmem oraz pracą redakcyjną i wydawniczą.
Fot. Hanka Kościelska
.
.
