Jacek Czajewski – wspomnienie z Powstania Warszawskiego

Screenshot 2015-07-31 13.30.07

WSTĘP

Coraz szybciej wykruszają się szeregi ludzi będących świadkami II Wojny Światowej i skomplikowanych polskich losów w pierwszych latach po jej zakończeniu. Historia przekazywana na zasadzie ustnej tradycji następnym pokoleniom dzieci i wnuków nie jest trwała, szczegóły bywają mylone, zacierają się. Słowo mówione, nawet zapisane na magnetycznych nośnikach, ma ograniczone szanse przeżycia, podczas gdy papirusy przetrwały kilka tysięcy lat. Dlatego postanowiłem przelać na papier moje wspomnienia przede wszystkim z lat wojny i okresu bezpośrednio po niej. Nie bez wpływu na tę decyzję była lektura wstrząsającej książki Normana Daviesa „Powstanie’ 44”, który ilustruje swoje dzieło m.in. relacjami świadków opisywanych wydarzeń. Moje wspomnienia są wspomnieniami dziecka i kilku–, a w końcu kilkunastoletniego chłopca, ale można w nich odnaleźć niejedną, może mało istotną, lecz historyczną prawdę o tamtych latach, warunkach życia, ludziach i ich postawach. Oczywiście tekst ten nie ma wagi ścisłego, historycznego dokumentu, bo pamięć jest zawodna. Mogłem nieprecyzyjnie określić czas niektórych wydarzeń, ich opis jest z pewnością subiektywny i niepełny, ale zapewniam, że wszystko, co opisałem, rzeczywiście miało miejsce i nie ma tu żadnej fantazji.

(…)

Screenshot 2015-07-31 13.29.49Powstanie

W połowie roku 1944 obserwowaliśmy z okien odwrót niemieckiej armii. Ulicą Leszno od Wisły w stronę Woli ciągnęła kawalkada samochodów, konnych furmanek z rannymi i wlokących się piechotą, noga za nogą, żołnierzy. Widać było, że jest to pobite, uciekające wojsko.

Screenshot 2015-07-31 13.25.56

Pierwszego sierpnia 1944 r. wybuchło Powstanie Warszawskie. Jego pierwszy dzień okazał się tragicznym dla naszych sąsiadów, państwa Żurków. Ich mieszkanie było położone na tej samej klatce schodowej i tym samym piętrze, co nasze. Mieszkaliśmy zatem, jak to się mówi, „drzwi w drzwi”. Pani Żurkowa samotnie wychowywała dwie córki. Z jedną z nich, Krysią, starszą ode mnie o dwa czy trzy lata, byłem bardzo zaprzyjaźniony. Młodsza córeczka miała ok. 3 lat. Córkami opiekowała się niania. Miała ok. 50 lat. Wiedzieliśmy, że ukrywa się z racji swego żydowskiego pochodzenia i niechętnie wychodzi z domu. Tego dnia po południu jednak na nieszczęście wyszła zabierając ze sobą tę trzyletnią dziewczynkę i została przypadkowo ranna w nogę, niedaleko naszego domu, w strzelaninie, jaka wybuchła w chwili wybuchu Powstania. Przyniesiono ją do domu. Opatrywała ją m.in. moja mama. Rana obficie krwawiła. Widok ten wywołał u kochającej nianię, tej trzyletniej dziewczynki tak silny szok, że zmarła na drugi czy trzeci dzień po tym wydarzeniu. Mieszkający w oficynie stolarz zbił z desek trumienkę i dziecko zostało pochowane na podwórku naszego domu. Na tym pogrzebie byli wszyscy lokatorzy. Nianię ostatni raz widziałem, gdy nas wyprowadzano z Warszawy. Wiózł ją na dziecięcym wózku mąż, który też się gdzieś w pobliżu ukrywał i w odpowiednim momencie pospieszył żonie z pomocą. Krysię spotykałem po wojnie na korytarzach tej samej szkoły, do której uczęszczaliśmy, ale ona była o trzy klasy wyżej niż ja, więc nasza znajomość ograniczała się do tego, że na przerwach lekcyjnych zwracała mi uwagę, bym się nie bił z rówieśnikami, co mi się często zdarzało.

Po wybuchu Powstania w naszej okolicy niewiele się działo. W pierwszym lub drugim dniu Powstania ojciec kazał mi złożyć i zabrać do mieszkania leżak stojący na balkonie od strony ulicy. Męczyłem się dość długo z jego złożeniem, gdy nagle usłyszałem, że coś uderzyło o ścianę domu na wysokości mojej głowy, kilkadziesiąt centymetrów ode mnie i zobaczyłem odpryskujący od ściany tynk. To strzelał niemiecki snajper z wieży kościoła na Nowolipkach, jedynego ocalałego budynku, królującego nad morzem gruzów zburzonego getta, bo po jego spaleniu sterczące ściany wypalonych domów rozebrano pozyskując cegłę. Nie trafił, ale sam fakt oddania strzału do będącego jeszcze dzieckiem cywilnego mieszkańca, którego musiał wyraźnie widzieć z odległości ok. 400 metrów przez lornetkę czy lunetę snajperskiego karabinu, daje najlepsze świadectwo „rycerskości” niemieckich żołnierzy. Odtąd nie wychodziliśmy na balkon i trzymaliśmy się z dala od frontowych okien. Była woda, był gaz. Nie pamiętam, czy i do kiedy mieliśmy jeszcze energię elektryczną i jak długo działały telefony. Na razie jedynym niebezpieczeństwem były naloty, przed którymi chroniliśmy się w piwnicach. Tu z przykrością muszę stwierdzić, że śpiewane podczas nalotów przez starsze babcie pobożne pieśni i głośne modły wytwarzały taki nastrój grozy, że denerwowały nawet takiego małego chłopca jak ja, mimo że przecież byłem wierzący, chodziłem do kościoła, brałem udział w przygotowaniach do Pierwszej Komunii.

W poprzek ulicy Leszno na rogu Solnej (dziś Al. Solidarności i zachodnia krawędź Al. Jana Pawła II) ustawiono barykadę. Od naszego domu oddzielały ją trzy budynki: Leszno 49, 47 i 45. Między tymi budynkami wybito w piwnicach przejścia, którymi codziennie przechodzili łącznicy zdążający do gmachu sądów i powrotem. W większości byli to żołnierze Armii Ludowej, która na terenie sądów miała jakiś lokalny sztab. Zadaniem chłopców z naszej kamienicy było przeprowadzanie łączników przez labirynt piwnic. Droga wiodła piwnicami do sąsiedniego budynku, potem przez jego podwórko, znów piwnicami do następnego domu, przez kolejne podwórko itd. Mieliśmy ustalone przez siebie dyżury i czekaliśmy na łączników na przejściu do gmachu sądów i przy barykadzie. Siódmego czy ósmego dnia Powstania szedłem na swoje stanowisko w stronę barykady. Gdy otworzyłem drzwi zamykające na parterze wyjście z piwnicy na klatkę schodową budynku Leszno 49, zobaczyłem buty i bryczesy stojącego przed tą klatką, tyłem do niej i do mnie, a przodem do podwórka, niemieckiego żołnierza ze rozpylaczem w ręku. Rzuciłem się z powrotem po schodach w głąb piwnicy trzaskając drzwiami za sobą. Żołnierz je natychmiast odchylił i puścił za mną serię, ale już wtedy byłem za załomem ściany. Pierwszą osobą, którą zobaczyłem wbiegając na nasze podwórko był mój ojciec.

– Tato! Pod 49. są Niemcy! – krzyknąłem przerażony.

Ojciec uwierzył mi bez dyskusji, ale inni nie chcieli wierzyć. Wprawdzie wiadomo już było, że wojska niemieckie przybliżają się do nas, ale od strony Woli, gdzie brygady Ukraińców dokonywały niesłychanej rzezi na mieszkańcach Warszawy, więc można się było ich spodziewać, ale z przeciwnego kierunku. Tymczasem Niemcy przebili się dość daleko na wschód wzdłuż ulicy Chłodnej i zawrócili ulicą Leszno w stronę Woli, czego nie byliśmy świadomi. Opowiedziałem, co widziałem, odpowiedziałem jeszcze na kilka pytań i wreszcie mi uwierzono. Ojciec przekonał sąsiadów, że skoro Niemcy mogą się pojawić w każdej chwili, a u nas nie ma powstańców i nie mamy się czym bronić, to należy rozebrać zbudowaną w bramie barykadę, bo gdy ją zastaną, to rozbiją ją pancerfaustami i granatami, a nas wystrzelają. W ciągu pół godziny barykadę rozebrano. Wtedy pojawił się jeden z sąsiadów pełniący funkcję komendanta domu. Podniesionym głosem kazał natychmiast ponownie postawić barykadę, a tym, którzy ją rozebrali groził sądem wojennym. Ojciec zaczął z nim polemizować, tłumacząc jak wygląda sytuacja, ale komendant nie chciał słuchać żadnych argumentów. Dyskusję przerwało silne uderzenie w zamykającą bramę furtę, podpartą żelaznym drągiem. Drąg przeleciał o przez całą kilkunastometrową długość pomieszczenia bramy docierając aż na podwórko, a do wnętrza wpadli, jak się później okazało Ukraińcy (lub Rosjanie?) pozostający w niemieckiej służbie, z gotowymi do strzału schmeisserami wołając „Hände hoch!”. Komendant błyskawicznie ściągnął z ramienia biało-czerwoną opaskę i podniósł ręce do góry. Ja wpadłem do pi  wnicy, a ojciec i mama za mną. Każde z nas uchwyciło przygotowaną na taką okoliczność walizkę. Po chwili wyszliśmy na górę i dołączyliśmy dostawionych w dwu rzędach sąsiadów. W jednym rzędzie stali mężczyźni, w drugim kobiety i dzieci. Wszyscy z rękami w górze. Ci, którzy nie zdążyli zabrać walizek – z obiema rękami w górze, ci z bagażem – z jedną, tą wolną od dźwigania bagażu. Kierujący akcją podoficer zerwał czapkę z głowy jednemu z naszych sąsiadów, włożył mu ją do ręki i kazał zebrać do niej od wszystkich zegarki, pierścionki i inne kosztowności. Gdy otrzymał wypełnioną nimi czapkę dokonał szybkiej selekcji. Biżuterię i złote zegarki schował do kieszeni, pozostałych kilka mniej cennych zegarków wcisnął do kieszeni temu, który je zbierał, oddał serię z automatu do biegającego psa, pięknej bokserki Azy, ale nie trafił i dał sygnał do wymarszu. Ów sąsiad nie miał już możliwości oddania właścicielom zegarków wzgardzonych przez Ukraińca i z jego późniejszych relacji wiem, że przechowywał je przez wiele następnych lat czekając na okazję ich zwrotu.

W naszej kuchni, na palącym się gazowym palniku pozostał prodiż z piekącym się chlebem, a nas popędzono nas w stronę ulicy Solnej. Między ustawioną wzdłuż niej barykadą a ostatnim, narożnym budynkiem Leszno 45 zrobiono wąskie przejście, niestety wypełniane częściowo płomieniami buchającymi z płonącego składu aptecznego. Musieliśmy przebiec tę przestrzeń, a potem ustawiono nas po wschodniej stronie ulicy Solnej tyłem do płonącego za nami budynku. Przed nami ustawiono karabin maszynowy, przy którym położyli się dwaj żołnierze montując taśmę z nabojami. Rodzice widząc, że będziemy rozstrzelani, wepchnęli mnie za siebie. Pewnie chcieli odsunąć ode mnie choć na chwilę moment śmierci lub zaoszczędzić mi widoku przygotowań i świadomości tego, co ma nastąpić. Ale szalejące za nami płomienie tak poczęły nagrzewać mi plecy, że nie mogłem wytrzymać i przecisnąłem się przed rodziców. Wówczas zobaczyłem, jak do gotujących się już do oddania serii żołnierzy podbiegł jakiś oficer, począł machać rękami i coś krzyczeć. Żołnierze podnieśli się, zabrali karabin, a nas popędzono dalej i kazano wejść do kościoła Karola Boromeusza na ulicy Chłodnej.

 W kościele był już taki tłum ludzi, że wtłoczenie naszej grupy wydawało się niemożliwe, jednak ciosy kolb zrobiły swoje. Nam i jeszcze kilku osobom udało się wcisnąć z przedsionka kościoła do znajdującego się pod jego południową wieżą pomieszczenia, którego drzwi były wprawdzie zamknięte, ale wyłamały się pod naporem tłumu. Tu też było ciasno, ale nie tak, jak w głębi kościoła, gdzie nie jedna osoba po prostu się udusiła lub została zgnieciona. W naszej wieży to nie groziło. Nad głową była wysoka na kilkadziesiąt metrów przestrzeń powietrza i tylko każdy wstrząs od bliższych i dalszych detonacji powodował osypywanie się z góry kurzu i pyłu na nasze głowy. Dopóki wieża się trzymała, byliśmy bezpieczni. Siedzieliśmy tak w tym kościele kilka godzin. Raz po raz rozchodziły się podawane z ust do ust przerażające wieści. To miano nas zamkniętych w kościele za chwilę podpalić, to wysadzić w powietrze, albo wytruć gazem. Dodatkową chwilę realnej grozy przeżyliśmy, gdy do kościoła wtargnął pijany Ukrainiec i wystrzelił w tłum całą zawartość magazynka swojego mauzera. W tym tłoku każdym pociskiem pewnie zabił i ranił wielu ludzi. Został natychmiast obezwładniony przez innych żołnierzy i wyprowadzony na zewnątrz. Czy i jak go za to ukarano, nie wiem. W sumie i tak mieliśmy szczęście, bo fala bestialstwa, jakiej dopuściły się te same oddziały w pierwszym tygodniu Powstania na Woli, niepomiernie zmalała. Podobno na skutek interwencji Niemców, którzy sami byli przerażeni jej rozmiarami.

W końcu wyprowadzono nas z kościoła, podzielono na kilkudziesięcioosobowe grupy konsekwentnie oddzielając mężczyzn od kobiet i dzieci, a następnie popędzono wzdłuż ulicy Chłodnej, Wolskiej i dalej aż do Dworca Zachodniego. Wzdłuż całej trasy naszego marszu stały niemieckie posterunki, leżały trupy, szczątki broni. Szedłem z mamą dźwigając moją niewielką walizkę, mama niosła dużą. Po obu stronach ulic, którymi szliśmy, płonęły domy. Widok przestrzeni zamkniętej ze wszystkich stron płomieniami spowodował, że ogarnęły mnie jakieś klaustrofobiczne odczucia.

– Mamo! Ja chcę na wieś! – powtarzałem raz po raz.

W miarę oddalania się od centrum domy obniżały się, rozmiary pożogi malały i objawy klaustrofobii znikły. Coraz częściej musieliśmy omijać porzucane przez ludzi bagaże, których nie byli w stanie dalej nieść. Końcowy odcinek naszej trasy był zasypany kluczami od mieszkań. Wyrzucano je razem z nadzieją na powrót do domu. Mama też rzuciła niesioną na ramieniu parę swoich, skórzano-filcowych zimowych butów, tzw. kapcy. Wiedziałem, że były ciepłe, wygodne i drogo kosztowały. Powiedziałem, że dam radę je nieść, ale mama się nie zgodziła. W końcowym odcinku naszej drogi przechodziliśmy obok mieszczących się na przedmieściu domków z ogrodami, skąd nie wysiedlono (jeszcze?) Mieszkańców. Stali oni przed otwartymi furtkami swych ogrodów podając idącym wodę i wtykając w ręce owoce. Wreszcie dotarliśmy na perony Dworca Zachodniego, gdzie spotkaliśmy się z ojcem.

Ojciec szedł tą sama trasą, co my, ale w osobnej grupie mężczyzn i przeżył po drodze osobliwą przygodę. Gdzieś na granicy śródmieścia i Woli grupę zatrzymano przed kawiarnią z ogródkiem mieszczącą się w niezniszczonym domu. Z kawiarni wyszedł oficer, przeszedł się wzdłuż kolumny Polaków lustrując ich dokładnie i zatrzymał się przed ojcem.

– Schprechen Sie Deutsch? – zapytał.

Ojciec potwierdził. Oficer zaprosił go grzecznie do środka kawiarni. Grupa, z którą ojciec przyszedł, pomaszerowała dalej. Wewnątrz kawiarni mieścił się niemiecki sztab, na stolikach leżały jakieś dokumenty, mapy, nad nimi naradzało się kilkunastu oficerów. Ojca posadzono z boku, przy osobnym stoliku. Po chwili podszedł do niego oficer z generalskimi dystynkcjami i przedstawił się ojcu jako Erich von dem Bach. Poczęstował ojca kawą i powiedział, że chce z nim porozmawiać. Na początku zapytał ojca, kim jest z zawodu, jaki jest jego stan rodzinny, gdzie mieszkał itp. Potem pytał go o poglądy polityczne, ocenę sensu Powstania, sposób traktowania ludności przez ukraińskich i niemieckich żołnierzy, kto zdaniem ojca wygra wojnę i kiedy. Po około półgodzinnej rozmowie podziękował, oświadczył, że ojciec jest wolny i może iść. Ojciec powiedział, że jego grupa już odmaszerowała i zaniepokojony zapytał, jak i dokąd ma iść.

– Niech się pan nie obawia, proszę iść prosto do Dworca Zachodniego, wszystkie posterunki zostaną zawiadomione i nikt pana nie zatrzyma – padła odpowiedź.

No i ojciec poszedł. Samotnie maszerował środkiem jezdni. Po drodze mijał liczne posterunki, które nie reagowały na jego widok. Zatrzymano go tylko w jednym miejscu, pytając, co tu robi. Odpowiedział, że wraca z przesłuchania od generała von dem Bacha. Sprawdzono to drogą radiową i dalej już bez przeszkód dotarł do dworca.

Osobom, które nie znały mojego ojca może wydawać się dziwne, dlaczego z kilkudziesięcioosobowej grupy niemiecki oficer wybrał akurat jego. Odpowiedź jest dość prosta: oficer szukał inteligentnego i wykształconego człowieka, a ojciec nie tylko takim był, ale i na takiego wyglądał, zwłaszcza, że nosił okulary. Pewną rolę odegrało tu być może ubranie ojca oraz intuicja oficera i przypadek.

Na peronie Dworca Zachodniego czekaliśmy na pociąg wraz z tłumem ludzi. W tym czasie zrobiłem – wydawało się – bardzo dobry interes wymieniając ze starszym o kilka lat ode mnie chłopakiem swój scyzoryk na jego rower. Rower nie miał wprawdzie siodełka, ale pomny ostatnich doświadczeń z dźwiganiem bagaży uważałem, że w dalszej wędrówce może być pomocny w ich transporcie. Jednak nie pozwolono mi wnieść roweru do podstawionego pociągu, do którego i tak nie zmieszczono wszystkich czekających. Musiałem rower zostawić. Widziałem jak znów zaopiekował się nim ten sam chłopak, który pozostał wśród czekających na następny pociąg. Myślę, że ten rower nie pierwszy i nie ostatni raz był elementem „niezwykle korzystnej wymiany”, realizowanej nawet w tak tragicznej sytuacji przez pozbawionego skrupułów cwaniaka.

Jacek Czajewski

Subskrybcja
Powiadomienie
0 Komentarze
Najstarsze
Najnowsze Popularne
Inline Feedbacks
View all comments