Ken Read – You Have to Take the Risk – Trzeba podjąć ryzyko

 

Alek Rybczyński:  Dziękuję bardzo za wyrażenie zgody na rozmowę! Zacznijmy od cytatu z poety Dominika Kiepury, który przesłałem Tobie kilka dni temu: “Nie ma nic piękniejszego od ciszy, ciszy i wiatru, pędzącego z prędkością 100 km na godzinę”.  Zrobiłem to przekonany, że nikt lepiej od Ciebie, nie będzie wiedział, jakie to uczucie. Co o tym sądzisz?

Ken Read:  Z pewnością ten cytat trafił w moje czułe miejsce. Kiedy jesteś na trasie zjazdu, pędzisz z prędkością nawet większą od 100 km na godzinę i jesteś w swoim własnym świecie, przeżywasz dreszcz emocji, to jest ekscytujące, podejmujesz wyzwania, sprawdzasz się i boisz. W miarę, jak stajesz się profesjonalistą, trzeba oddalić te rozmaite emocje i skupić na sobie. Po pierwszej radości i uniesieniu na mecie po udanym zjeździe, trzeba spokojnie poddać analizie każdy fragment trasy, zastanowić się, co można udoskonalić. Nie można tego analizować w trakcie zjazdu, kiedy zawsze wyprzedza się samego siebie. Dopiero potem można powiedzieć “ale to była frajda!” Wszystko dzieje się w jednym momencie: mówi się o finezji przy wchodzeniu w zakręty w zjeździe i wyścigach formuły 1, ale z zewnątrz wygląda to jak gnanie na oślep przed siebie.

To jest trochę, jak obieranie cebuli, warstwa po warstwie, uczenie się powoli tego, co trzeba zrobić. Nie od razu pędzi się z prędkością 120 km/h, do poziomu Pucharu Świata dochodzi się przez wiele lat, zwykle dopiero 10 lat od rozpoczęcia kariery zawodniczej. A wtedy trzeba poznawać trasy, obserwować, co robią najlepsi i budować swoje własne doświadczenie. Dzieje się to w granicach własnej pewności siebie – kiedy lepiej się poznaje siebie, swoje umiejętności, można dochodzić do granic możliwości, co jest konieczne by wygrywać.

.

.

Alek: Jesteś jednym z legendarnych sportowców, ale jest w Tobie coś wyjątkowego. Całe twoje życie jest pochwałą wartości, które definiowały sport przed laty, a teraz zanikają . Mam na myśli przyjaźń, radość współzawodnictwa, nie tylko radość z wygranej, umiejętność przegrywania, idealizm i romantyczne podejście do sportu. Czy zgodzisz się z taką diagnozą?

Ken: Myślę, że to się zmienia, nie zanika. Nie mieliśmy kiedyś dominacji telewizji, która teraz dyktuje wszystko. Kiedyś można było z powodu złej pogody przełożyć zawody na następny dzień, na poniedziałek. Dzisiaj, z powodu praw telewizji to jest niemożliwe. W sport zaangażowane są większe pieniądze, więcej ludzi. Narciarstwo alpejskie jest jednak specyficzne – nie można się nim zająć na własną rękę, jest trudno osiągnąć sukces bez zespołu. Widzę dzisiaj silne więzi przyjaźni pomiędzy zawodnikami. Alpejczycy samotnie walczą z górą, nie mają bezpośrednich przeciwników, jak w tenisie, ale muszą obserwować, jak radzą sobie inni i wykorzystać to w kolejnych zawodach. Obecność drużyny jest tylko pomocna.

Alek: Jest w tym pewna analogia do żeglarstwa, choć oczywiście nie chodzi tutaj o podobne szybkości.

Ken: w sportach zespołowych trzeba pokonać inną drużynę, by awansować dalej. W narciarstwie trzeba mieć zespół wokół siebie, ludzi, którzy współuczestniczą w zawodach, treningach, a sportowcy muszą także angażować się w organizację zawodów i przygotowanie trasy.

Alek: Pędziłeś w zjeździe z prędkością ponad 100 km na godzinę i odnoszę wrażenie, że nigdy nie zwalniasz. Stale poszukujesz nowych wyzwań, nowych projektów, które pozostają w zgodzie w Twoimi przekonaniami, wartościami i chęcią dzielenia się zdolnościami i potrzebą pomocy innym. Co Cię do tego skłania, jakie jest Twoje życiowe credo?

Ken: W Kanadzie nie mieliśmy sukcesów męskiej reprezentacji, a zwycięstwa odnosiły kobiety: Nancy Greene, Betsy Clifford. Musieliśmy sami zbudować wszystko. ale wierzyliśmy, że to jest możliwe. Wymagało to etyki pracy, determinacji, wytrwałości, cierpliwości i pracy zespołowej. Konieczna jest baza popularnego sportu, w które zaangażowane są dzieci, młodzież, wiele oddanych osób, ochotników, tysiące z których można wyodrębnić wąską grupę utalentowanych zawodników, którzy mogą startować w igrzyskach olimpijskich. Konieczni są liderzy, cel, kultura i plan. Kiedy byłem liderem Alpine Canada, moim credo było osiąganie zwycięstw. Zwycięstwa inspirują dzieci i skłania je to do czynnego udziału w sporcie. Można powiedzieć, że moim celem było POKONYWANIE BARIER i wiara w to, że możemy być zwycięzcami i tego dowiedliśmy. Dzisiaj stało się to standardem w Kanadzie. Moim największym sukcesem nie są zwycięstwa z mojej kariery, ale okres, kiedy prowadziłem Alpine Canada w latach 2006-2008, kiedy Kanada osiągnęła największe sukcesy w historii narciarstwa alpejskiego. W 2007 roku kanadyjscy zawodnicy 15 razy stali na podium zawodów Pucharu Świata. Z tego jestem najbardziej dumny.

Alek: To piękne, że mogłeś dzieląc się i pomagając innym osiągnąć sukces: medal olimpijski, który jak pamiętamy, sam pechowo utraciłeś z powodu wypiętej tuż przed finiszem narty.

 Ludzie chodzą w góry z wielu powodów: podziwiać potęgę natury, by oddać się medytacji, by być bliżej Boga, by podziwiać piękno. Czy podczas kariery zawodniczej, kiedy czas mierzono w setnych sekundy, znalazłeś chwilę, by cieszyć się górami i odnaleźć w nich duchową inspirację?

Ken: Na to zawsze był czas. W przeciwieństwie do Europejczyków, którzy po zawodach wracali do domów, my zostawaliśmy w hotelu i rutynowo robiliśmy wypady w góry na narty. Poznawaliśmy wtedy miejsca, którym nie mogliśmy się przyjrzeć podczas konkursów. Do dzisiaj lubię poznawać nowe ośrodki narciarskie, miejsca i ludzi innych kultur.

Alek: Mamy teraz rok olimpijski. Igrzyska skomercjalizowały się w sposób trudny do zrozumienia dla ludzi naszej generacji. Jaka jest Twoja opinia na ten temat? Co tracą współcześni sportowcy, współczesna widownia? Czy świat odrzucił idee barona Pierre de Coubertin, czy może nie jest tak źle, jak się wydaje?

Ken: Na szczęście nie jest tak źle. Na pewno zniknęła pewna intymność igrzysk; ilość uczestniczących zawodników nie zmieniła się wiele, ale urosła cała pozasportowa otoczka – ilość mediów, mnóstwo ludzi zapewniających bezpieczeństwo. Igrzyska stały się wielkim widowiskiem, stwarzają dla sportowców szansę zawodowego uprawiania dyscypliny, dzięki czemu mogą dłużej uprawiać sport i stworzyć z tego życiową karierę. Za moich czasów było wiele ograniczeń, nie zezwalających na zawodostwo, a nie można uprawiać amatorsko sportu przez kilkanaście lat. (co dzisiaj jest normą dla wielu alpejczyków) W 1984 roku Ingemar Stenmark nie mógł uczestniczyć w igrzyskach, bo przeszedł na pełne zawodowstwo. Teraz udział w igrzyskach otwarty jest dla wszystkich i tak jest lepiej. Najważniejsze jednak, że igrzyska olimpijskie stwarzają szansę poznania nowych kultur i ludzi ze środowisk, wykraczających poza własną dyscyplinę. Nieco inaczej jest na turniejach Pucharu Świata, który rodzi bardzo silne więzi koleżeństwa pomiędzy zawodnikami.

Alek: Pamiętasz Andrzeja Bachledę, polskiego alpejczyka, startującego w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. czy nadal utrzymujesz kontakty z rywalami sprzed lat?  Mówiąc o tym musimy pamiętać o prawdziwym braterstwie kanadyjskiej drużyny alpejczyków “Crazy Canucks”. Stało się legendą, jak wspieraliście się, ciesząc się sukcesami kolegów tak, jakby to były własne sukcesy. To dobry przykład dla współczesnych sportowców.

Ken: Andrzej startował w latach przede mną, ale pamietam jak stał na podium w 1972 roku podczas PŚ na Norquay w Banff, naszej rodzinnej górze, kiedy byłem jednym z “forerunners” przez zawodami. Mam kontakt z Andrzejem i jego synem. Jako “Crazy Canucks” przez blisko 10 lat prowadziliśmy wspólne życie, poznaliśmy się doskonale i musieliśmy nauczyć się razem funkcjonować. Musieliśmy także współpracować, dzielić się informacjami o trasie przez radio. To nauczyło nas szacunku. Informacja przekazana po finiszu zawodnikowi, który startował później, mogła pomóc mu pokonać Cię. Następnym razem mogło być odwrotnie. Ta strategia pomagała wszystkim i była źródłem sukcesu. Jestem w bliskiej przyjaźni z Franzem Klammerem, zawsze się odwiedzamy i znamy nasze rodziny. W kontaktach pomagają dzisiaj media społecznościowe, tym bardziej, że mamy wspólną pasję – narciarstwo. Tworzą się także przyjaźnie międzygeneracyjne, gdyż nasze dzieci są także zaangażowane w sport i dzięki temu jesteśmy, jak rodzina.

Alek: Jaką masz radę dla młodych sportowców i wszystkich młodych ludzi, by nie tylko osiągnęli sukces, ale mieli też szczęśliwe życie?

Ken: Mogę jedynie poradzić rodzicom, jak zaangażować dzieci w sport. To może pomóc w ukształtowaniu dzieci i kierowaniu ich rozwojem, który ma wpływ na całe życie, niezależnie od tego, co będą zamierzali osiągnąć. Niezależnie od dziedziny, trzeba mieć prawdziwą życiową pasję. W osiągnięciu tych celów na pewno pomaga sport, przyczyniający się do zachowania mentalnego i fizycznego zdrowia. Czasem ta pasja może prowadzić do sukcesu, ale to bardzo długa droga i rodzice muszą w tym pomagać i być dla dzieci wtedy, kiedy są potrzebni. Sport pomaga w odnalezieniu celu, poznaniu etyki pracy, uzyskaniu umiejętności planowania, budowaniu przyjaźni i ambicji osiągania doskonałości. Te wszystkie wartości pomocne są w osiągnięciu znaczącego, satysfakcjonującego życia.

Alek: Dziękuję bardzo, Twoi synowie mieli szczęście, że mogli się tego wszystkiego nauczyć od rodziców. Dziękuję za niezwykle ciekawą rozmowę, jestem bardzo wdzięczny.

Ken: Muszę jeszcze dodać, jak wdzięczny jestem mojej żonie Lindzie: to ona pomogła dzieciom dotrzeć na szczyt góry, kiedy byłem zajęty pracą. Sukcesy moich synów są głównie zasługą Lindy.

Alek: To piękne, co mówisz. Na pewno Linda jest wdzięczna, że potrafisz docenić jej wkład w wychowanie dzieci.

Ken: Mam nadzieję, że kiedy dotrą do mety, będą mogli powiedzieć: dałem z siebie wszystko. W każdym wyścigu jest tylko jeden zwycięzca, ale wielu sposobów wygrywania.

close

Be the first to comment

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*