Zobacz

Imke Müller-Hellmann – WITOLD PYREK

Witold Pyrek urodził się 16 sierpnia 1911 roku jako dziecko Reginy i Gracjana Pyrków w Warszawie. Według dowodu osobistego był wysokiego wzrostu, miał pociągłą twarz, niebieskie oczy oraz włosy koloru blond, mimo że na zdjęciu, które przyklejone jest obok danych osobowych, wyglądają one na ciemne. Witold ożenił się w 1936 roku z Marią, a w roku 1940 pojawiło się ich dziecko, Danuta.

Danuta mieszka sama we Wrocławiu. Była technikiem geodetą, a teraz jest na emeryturze. Mieszka na dziesiątym piętrze w osiedlu wieżowców, w małym mieszkaniu, które dzieli ze swoją kotką imieniem Myszka. Na kopercie listu, w którym znajdowała się odpowiedź Danuty na moje zapytanie, widać gotycki Ratusz Wrocławski i podzielony na pięć obrazków herb miasta: święty Jan Chrzciciel, święty Jan Ewangelista, Lew Czeski, Orzeł Śląski i duża litera W. Że będę mile widziana, pisze, że nie ma internetu, tylko telefon, i że dziękuje mi za zainteresowanie się historią jej ojca.

Danuta mówi: „Nie pamiętam go. I, niestety, niewiele o nim wiem. Moja mama już nie żyje. Poza tym nie ma nikogo, kto mógłby mi o nim coś opowiedzieć”. Co wie, to tyle: w 1930 roku zdał maturę. Potem studiował i otrzymał dyplom inżyniera w dziedzinie leśnictwa. „I – mówi Danuta – ojciec był zakochany w mamie. Jeździł do niej w odwiedziny. Na rowerze, aż do jej wioski, oddalonej dwieście pięćdziesiąt kilometrów od Warszawy. Później lubił jeździć motorem. A ze ślubem czekał, póki nie skończył studiów. Był odpowiedzialny”.

Danuta załatwiła mi pokój w hotelu i tłumaczkę do rozmowy. Zaplanowała moje odwiedziny, drobiazgowo dyktując mojej polskiej sąsiadce szczegóły przez telefon: „Miejsce spotkania w hali dworcowej, pod zegarem, młodszy i starszy mężczyzna”. Później skorygowała: „Jednak nie pod zegarem. Teraz na peronie. W rękach będą trzymali słoneczniki”. I tak też się stało. Starszy mężczyzna wyciągnął nerwowo kwiaty słonecznika z plastikowej torby. Pociąg zatrzymał się na innym torze, a oni przebiegli pędem obok mnie. Podążyłam za nimi i lekko dotknęłam jednego z nich. Pojechaliśmy tramwajem do hotelu, daleko za miasto. Staruszek prześcigał się w uprzejmościach, młodszy mówił bardzo dobrze po niemiecku. Kiedy już się pożegnaliśmy, na korytarzu w hotelu, starszy zawrócił jeszcze. Cieszy go, powiedział, niezmiernie go cieszy zainteresowanie młodzieży tamtymi czasami. Wzniósł obie pięści do góry, jakby chciał pokazać, że trzyma kciuki. Plastikowa torba dyndała mu na przedramieniu. Następnie szybko się oddalił.

Danuta nosi krótkie włosy i ubrała się elegancko: liliowy sweter z mechatym kołnierzem, czarna spódnica. Zanim zaczniemy rozmawiać, wręcza mi teczkę: „Dokumenty Ojca do Niemiec”. W środku pięć fotografii: Witold jako uczeń, jako przyjaciel, jako pan młody, jako ojciec i jako motocyklista. Na jednym ze zdjęć Witold trzyma Danutę na rękach. Ma roczek, jest w białej sukience, białych rajtuzach, twarz okrągła i ciemne włosy. „Wypisz, wymaluj ojciec” – mówi tłumaczka. Danuta zrobiła kolorowe kopie wszystkich dokumentów i włożyła je do teczki: świadectwo maturalne, dyplom, dowód osobisty i prawo jazdy. Również zawiadomienie z 1946 roku od Czerwonego Krzyża o śmierci Witolda w Niemczech, 22 listopada 1944 roku w obozie koncentracyjnym Neuengamme-Aurich. To znaczy, w wiosce Engerhafe, gdzie mieszkała moja babcia, która widziała zmarłych i wycieńczonych, czego potem nigdy nie mogła zapomnieć.

Danuta mówi: „Nie, nie rozmawiałam zbyt często z mamą o ojcu. Było po prostu tak, jak było”. Matka nigdy więcej nie wyszła za mąż. I to pomimo, że Danuta często jej powtarzała: „Wyjdź za mąż, mamusiu! Chciałabym mieć tatę”. Co Danuta wie o Witoldzie, to zanotowała i dała przetłumaczyć. „Historia życia mojego ojca Witolda Pyrka” napisała na górze. Mam przeczytać, skinęła głową w moim kierunku.

„Przyszłam na świat w 1940 roku i byłam dla ojca oczkiem w głowie. W 1939 roku ojciec  służył w wojsku. Jeździł motorem jako łącznik. Warunki bytowe podczas niemieckiej okupacji były bardzo trudne, a my żyliśmy niebywale skromnie”.

Co oznacza to „bardzo trudne”, znalazłam później w książce „Okupowanej Warszawy dzień powszedni”. Mówiono tam o „mieście paragrafów śmierci”. Że wszystko wszystkim było zabronione i karane śmiercią, nie tylko ukrywanie Żydów, których wielu mieszkało w Warszawie. Także wypiek, sprzedaż i kupowanie białego chleba, pokątny handel mięsem i nadmierne zużywanie prądu. Że nawet sami Niemcy nie mieli pojęcia, w jaki sposób warszawiacy byli w stanie przeżyć z tą odrobiną, jaką otrzymywali na kartki żywnościowe. Wspominano o chomikowych wyprawach na wieś, o skrytym handlu w całym mieście, o inflacji, o głodzie i o łapankach, o wywózce mężczyzn do Niemiec w charakterze siły roboczej lub do kacetów. Miasto pełne plakatów z propagandą i informacjami o zagrożeniu śmiercią. Które wciąż na nowo urągliwie zabazgrywano. Co, naturalnie, było zabronione pod karą śmierci. O przygnębieniu ludzi i wymarłych ulicach po rozstrzeliwaniach. O mordach na warszawskiej inteligencji: na lekarkach, prawnikach, nauczycielkach, księżach, politykach, oficerach rezerwy, na zaangażowanych robotnikach. O zmianach nastrojów, w zależności od pogłosek. O frontach w innych krajach. I wreszcie to przegrane powstanie 1944 roku. Katastrofa. Totalne zniszczenie miasta.

Danuta pisze dalej: „Podczas powstania warszawskiego mieszkaliśmy w dzielnicy Mokotów. Walki toczyły się tam do połowy sierpnia 44 roku. Podczas ucieczki przed bombardowaniami Niemcy zatrzymali moją rodzinę. Ojciec niósł mnie na rękach, dlatego też chcieli wziąć do niewoli moją matkę. Aby temu zapobiec, ojciec oddał mnie mamie i ściągnął z palca obrączkę ślubną. Potem zaginął po nim całkowicie ślad. Zostały nam fotografie, które matka odnalazła w ruinach naszego domu na Mokotowie, oraz obrączka mojego ojca. W 1946 roku matka dostała od Międzynarodowego Czerwonego Krzyża wiadomość, że jej mąż zachorował na biegunkę i zmarł w Niemczech. Od tego czasu matka wychowywała mnie sama, a ja tęskniłam za ojcem. W obozie koncentracyjnym Engerhafe warunki pracy były straszne: lodowate deszcze, śnieg, mokra ziemia po kostki nóg, wilgotny chłód, co przenikał do szpiku kości, i porywisty wiatr od morza. W listopadzie i grudniu przemoczeni i ledwo okryci strzępami ubrań więźniowie musieli trzymać łopaty w zesztywniałych od zimna dłoniach i kopać nimi doły w grząskiej ziemi. Skrajne niedożywienie, brak higieny, prymitywne warunki życia, bród i traktowanie ludzi z pogardą doprowadzały do całkowitego wycieńczenia”.

„Skąd pani to wie?” – pytam, a Danuta wstaje i przynosi inne fotografie. Ona, w 1994 roku, w Engerhafe. Razem z ocalałymi z Warszawy. Ma dłuższe włosy. Szarobiałe. Pokaźne okulary. Ona na cmentarzu. Przed nazwiskiem. W kościele. I podczas kolacji w sporym kręgu biesiadników. Jej wujek odnalazł nazwiska w gazecie „Życie Warszawy” i przesłał. Feliks Gdak, jeden z ocalałych, pojechał do Fryzji Wschodniej i odpisał wszystkie nazwiska, a potem opublikował je w Warszawie. Danuta napisała list do gminy i została zaproszona. Warszawiacy się dziwili. Jeszcze ktoś, kto do nich dołączył, do tego ich „Klubu”, jak się określali.

Jemy obiad. Danuta, tłumaczka i ja. Bezpośrednio potem robimy zdjęcia, staramy się z samowyzwalaczem, wypróbowujemy jej nową komórkę. Potem tłumaczka musi już iść. Zostaję z Danutą sama. Mówi do mnie po polsku. Ja po niemiecku. Wzruszanie ramionami i śmiech. Wciska mi w rękę plan miasta. I bilety na tramwaj. „Stare Miasto” – mówi, powinnam tam pójść. Obejmujemy się. Jadę. Ratusz jest rzeczywiście tak piękny, jak na kopercie listu. Wszędzie wokół: choinka, budy, muzyka, pierwszy dzień rynku bożonarodzeniowego. Przemykam się obok straganów, wychodzę z placu rynkowego, przekraczam mosty, zaglądam do kościołów. Idę przez szalone wielkie skrzyżowanie, sześciopasmowe ulice, i wzdłuż olbrzymich kompleksów budynków. Idę, aż nadchodzi zmierzch, a wraz z nim żółta światłość latarń, którą spotkasz tylko w Polsce. Rozjaśnia miasto blaskiem pokoju dziennego i towarzyszy mi aż do samego hotelu.

Imke Müller-Hellmann

Przekład z niemieckiego: Dariusz Muszer

Obraz wprowadzający: akwarela i collage – Herbert Müller

 

O autorce:

Müller-Hellmann-privat-2

Imke Müller-Hellmann, ur. 1975 w Akwizgranie, dorastała w Kolonii, mieszka w Bremie. Ukończyła religioznawstwo oraz pedagogikę, pracowała jako przewodniczka podróży edukacyjnych, docent na kursach alfabetyzacji oraz jako pośrednik pracy dla ludzi z upośledzeniami.Za swoje opowiadania otrzymała kilka nagród i stypendiów.W 2014 ukazała się jej debiutancka książka „Verschwunden in Deutschland – Lebensgeschichten von KZ Opfern – Auf Spurensuche durch Europa” („Zaginieni w Niemczech – biografie ofiar obozów koncentracyjnych – poszukiwania śladów w Europie”, z której pochodzą publikowane teksty, będące debiutem autorki w polskim obszarze językowym.

Strona internetowa: www.imkemuellerhellmann.de

Podaj dalej!
Share on Pinterest
Share with your friends








Submit

Biuletyn – bezpłatna prenumerata

PAPIERY FOTOGRAFICZNE

Error: Please enter a valid email address

Error: Invalid email

Error: Please enter your first name

Error: Please enter your last name

Error: Please enter a username

Error: Please enter a password

Error: Please confirm your password

Error: Password and password confirmation do not match