Wilhelm Ratuszyński – Dalej od sceny

(fragment powieści w przygotowaniu)

 

W miarę jak zbliżali się do ogromnej sceny tłum gęstniał, a ciężka, metalowa muzyka zagłuszała ludzki gwar. Polcia wisiała na Gabrielu, ciągnąc w dół jego ramię, i podskakiwała jak mała dziewczynka, szczęśliwa i podekscytowana, popychając go. On mając coraz większe trudności z manewrowaniem spytał:

– Może tu już wystarczy.

– Nieee! Pchamy się do samej sceny!

Tłum gęstniał i widzowie stali już ściśnięci. Przebijanie stało się prawie niemożliwe, ale Polcia robiła postępy atakując barkiem wąskie przestrzenie między stojącymi. Stąpając stopa obok stopy byli coraz bliżej sceny, nie zważając na złośliwe uwagi i wulgaryzmy mijanych. Gdy pewna swego Polcia próbowała odepchnąć wysokiego, barczystego blondyna, ten odwrócił się gwałtownie i ze złością złapał za ją ramię:

– Ej kujwa! Gdzie szę pchasz mała?! – nachylił się nad nią, a jego głos ledwo przebił się przez hałas muzyki. Jego ramię zdobiła wytatuowany, pęczniejący z dumy tygrys, pomagając eksponować muskuły razem z obcisłym podkoszulkiem bez rękawów. Profil blondyna przysłaniały długie proste włosy, a nieduży, lekko zadarty  nos opierał się na delikatnym wąsie. Polcia zwróciła się ku niemu z wyzywającą miną. Gabriel pomyślał, że jest gotowa wydrapać blondynowi oczy, i poczuł przypływ adrenaliny przed niewątpliwie czekającą go konfrontacją z osiłkiem o kilka centymetrów wyższym od siebie. Ich zwrócone ku sobie gniewne twarze rozjaśniły się jednak w delikatnym uśmiechu niepewności.

–  Polcia?!

–  Tobek?!

Druga dłoń blondyna spoczęła na jej ramieniu, a ona położyła dłonie na jego bicepsach. Zasłonięty tygrys chyba nie był zadowolony, a muzyka ze sceny na moment ucichła.

–  Tobek, to napjawdę ty?

–  A któszby inny?

–  Ale wyjosłeś! –  Jej oczy zaiskrzyły. Gabriel znał już to jej spojrzenie. Miała jej niemal codziennie odkąd się poznawali, i zawsze kiedy oglądała serial z ulubionym aktorem.

–  A z ciebie zjobiła się laska. Jusz nie masz apajatu na zębach! Co ty tu jobisz? – wyseplenił  kiedy lider zespołu na scenie mówił coś o miłości.

–  To samo co ty! – ucieszona podskoczyła, a blondyn nie mógł nie patrzeć na jej wydatny, swobodny biust pod koszulką, z nadrukiem wielkich czerwonych warg z których wystawał różowy język. – Co za spotkanie. Tobek, tak się cieszę.

–  Ja tesz. Oglądamy dalej koncejt, czy idziemy gdziesz stąd?

Polcia przez chwilę rozważała odpowiedz, odwróciła się do Gabriel i wyraźnym rumieńcem na twarzy przedstawiła go blondynowi:

–  To jest Gabjiel. Jesteśmy tu jazem. – a zwracając się do tamtego wyszczebiotała:

–  To jest Tobek, kolega z obozów logopedycznych.

Gabriel poczuł delikatne mrowienie wokół twarzy i mimowolne zaciskanie się szczęk.

–  Domyśliłem się! Napjawdę. – Jego celowe przekręcenie słowa nie uszło ich uwadze.

W tym momencie ze sceny huknął gitarowy riff, który nieomylnie anonsował wielki przebój zespołu, wzbudzając ogólny aplauz. Tłum zafalował i wiele rąk powędrowało w górę klaszcząc do rytmu. Dla Polci, w tym momencie, Gabriel przestał istnieć. Trzymając blondyna pod ramię zaczęła go popychać bliżej sceny. Blondyn powoli trałował ścieżkę, trzymając Polcię za rękę, a Gabriel stał i nie mógł się ruszyć. Wewnątrz targały nim żal i złość. Mimo ogromnego hałasu nie słyszał nic oprócz szumu w uszach, który pulsował w rytm niskich dźwięków gitary basowej, przenikających ocierające się o siebie ludzkie ciała. Poczuł delikatne szczypanie w kącikach oczu, które zaczęły zachodzić mgłą. „I znowu przyszła Cebulowa Wróżka” szepnął i uśmiechnął się, karcąc się za to, że pozwolił jej przyjść. „Nie, nie dam się jej głaskać po głowie zachęcającymi do płaczu ruchami jak kiedyś” pomyślał. W jego głowie zaczęły walczyć ze sobą dwa głosy: napuszony apel męskiej dumy i litościwy głos Cebulowej Wróżki. „Idź i pokaż blondynowi, że jest twoja! – Biedaku! Ona cię zdradziła. Olała. – Podejdź do niej i wyciągnij ją z tłumu! Sieroto. – Zapomniała o tobie  w jednej chwili. Twoja miłość i przyjaźń nic nie znaczą. – Zaciśnij pięść i idź mu walnij w ryja! – Gabcio. Przestałeś być dla niej ważny. Znowu nikt cię nie chce! Odejdź stąd.”

 

Argumenty Cebulowej Wróżki trafiały do jego świadomości celniej. Oczami wyobraźni widział jej łagodną twarz, z pobłażliwym uśmiechem, który jeszcze bardziej ranił. Odwrócił się, spuścił głowę żeby nikt nie widział jego zaszklonych łzami żalu i złości oczu, i przecisnął się na skraj tłumu. Poczuł obezwładniający go żal, tak silny, że przyprawił go o lekkie mdłości. Przez moment stał obojętny na tłum i muzykę, potrącany i nic nieznaczący, mając przed oczami zamglony obraz czubków swoich zakurzonych butów. To samo przejmujące uczucie, które ścisnęło go za gardło, gdy tylko dla niego jednego zabrakło piłkarskich butów w szkolnej drużynie piłkarskiej. Wtedy w szatni, jego koledzy przymierzali nowiutkie buty, przewlekali nawoskowane sznurowadła, radośnie podekscytowani oglądali się w lustrze, obojętni na Gabriela siedzącego ze spuszczona głową, wpatrującego się w swoje sfatygowane trampki. Wtedy Cebulowa Wróżka też tam była. Miała postać trenera, który z pobłażliwym uśmiechem, rozkładając ręce, tłumaczył mu, że nie ma dla niego numeru. I tak jak wtedy, narastająca w chłopaku złość wzięła górę. Żal i silne poczucie krzywdy zamieniły się w chęć zemsty i stania się kimś lepszym od innych. Na tym pierwszym treningu szkolnej drużyny w nowych piłkarskich butach, Gabriel grał ostro, kopiąc w nowe buty kolegów, raniąc sobie stopy, pozwalając, żeby twarde korki zostawiały czerwone pręgi na jego kostkach i łydkach. Teraz też miał ochotę coś kopnąć, wyładować na czymś swoją narastającą w nim złość. Gdy rytm popularnego przeboju zawładnął tłumem, przed sceną, na ramionach młodych mężczyzn pojawiły się dziewczyny, górując tułowiami na morzem głów, klaskając rytmicznie i jednocześnie starając się utrzymać równowagę. Jedną z nich była Polcia na ramionach swojego blondyna. Jej różowa koszulka i opięte na pośladkach dżinsy, odsłaniały kawałek pleców, do których jeszcze tak niedawno lubił się tulić, szukając w nim dwóch delikatnych wgłębień do których lubił przykładać opuszki swoich palców. I gdy chwilę później, na apel wokalisty „dziewczyny pokażcie biusty!”, jego dziewczyna była pierwszą która podniosła przód koszulki z wizerunkiem grubych, czerwonych warg, pojawiło się w nim nowe dominujące uczucie: pogarda. Gabriel nagle zobaczył inną Polcię. Już nie pociągającą, seksowną dziewczynę z twarzą wdzięczącą się sympatycznym ciepłem, ale nieznaną mu odpychającą zdzirę, straszącą pewnością siebie i brakiem zahamowań. W jego oczach, jej powierzchowność zmieniła się niczym scenografia planu filmowego. W jednej chwili przyszła ekipa, wyniosła stylowe, wiktoriańskie meble, przewróciła ścianę z namalowanym wnętrzem pełnego pruderii salonu z kominkiem, gdzie pije się herbatę w filiżankach i rozmawia o przycinaniu ogrodowych róż, i wstawiła sfatygowane ulicznym tłokiem stoliki i krzesła kafejek z placu Pigalle, gdzie kobiece wyuzdanie tłamsi dobry gust i kulturalne pretensje, a mechaniczny seks jest tak prozaiczny jak gołębie gówna na pomnikach.

 

Odszedł jeszcze dalej od sceny próbując znaleźć w myślach odpowiedz na pytanie co on ma teraz zrobić. Nie pomagały mu w tym ani zaciśnięte zęby, ani pięści mocno wciśnięte w kieszenie spodni. Bez zastanowienia pochwycił połówkę wyciśniętej cytryny walającą wśród zakurzonych resztek trawy, plastikowych kubków i papierów, i cisnął nią w stronę Polci. Nie trafił. Po kilkunastu sekundach ktoś odrzucił zatłamszony kawałek żółtego owocu w stronę z której przyleciał. Tłum podskakiwał i wył razem z wokalistą obojętny na cały świat. Kilka innych dziewczyn zazdrosnych o aplauz jaki wzbudzały ich rywalki z obnażonymi biustami, wywindowały się na męskich ramionach, podnosząc przody swoich koszulek lub całkiem je ściągając. Gdyby nie jego złość i żal, Gabriel zapewne też dałby się ponieść dreszczowi emocji, jaki widok trzęsących się cycków, zdawał się elektryzować męską część widowni. Stał obojętny na to co się działo przed sceną i wokół niego, jeszcze bardziej zły, że nie trafił w Polcię.

–  Te, koleś. To leży tego więcej. – Uśmiechnięty, siwiejący grubas, stojący tuz obok z puszką piwa w jednej ręce, drugą trzymającą solidnej wielkości skręta, pokazywał cytrynowe odpadki dość licznie walające się wokół.

– Jebnij jeszcze raz! – Jego mętne, żabie oczka zmniejszone grubością szkieł okularów, wzbudzały zaufanie przekonywująco przymykając się do połowy powiększonych źrenic .

–  No dalej, nie łam się koleś! – Grubas zachęcił delikatnym ruchem kwadratowej głowy, który wydawał się podrzucić na moment jego wyłupiaste, przymknięte powieki.

 

W kilka sekund, Gabriel schylając się zebrał kilka brudnych, klejących się do palców cytryn, i zaczął rzucać w stronę Polci, która już bez koszulki, rozbawiona i bez żadnych zahamowań, epatowała biustem na wszystkie strony, niesiona przez obracającego się w miejscu blondyna. Nie trafiał, a złość skierowana wobec Polci, rozszerzyła się o resztę świata. Teraz chciał już tylko ciskać tymi cytrynami w falujący tłum przed sceną. Oczywistym było, że ktoś w tłumie zacznie odrzucać te cytryny, i nie minęło kilka chwil, gdy połówki kwaśnych owoców zaczęły latać w różnych kierunkach. Kilka osób w pobliżu Gabriela, podchwyciło pomysł i zaczęło się regularne bombardowanie które natychmiast stało się popularną zabawą. Zniesmaczony faktem, że nie może trafić w cel, Gabriel przestał rzucać i obejrzał się w stronę wyjścia, akurat żeby zobaczyć dwóch chłopaków biegnących z prawie pełną skrzynką cytrynowych pocisków, świeżych, nie przekrojonych i pachnących. Postawili ją na granicy ściśniętego tłumu, gdzie tuzin rąk natychmiast zaczął posyłać jej zawartość w różne strony. To już była prawdziwa cytrynowa wojna i po chwili także członkowie zespołu na scenie stali się celami. Przestali grać i z wściekłością zaczęli odrzucać owoce w tłum. Ze sceny dochodziło tylko szaleńcze solo perkusisty, którego ręce, dopóki nie dostał cytryną w głowę, wydawały się być w kilku miejscach naraz.

Grubas brzęczał szczerym, skrzekliwym śmiechem odchylając się lekko do tyłu. Gabriel spojrzał na niego i też zaczął się śmiać, bardziej z groteskowego wrażenia jakie robił grubas, niż z ogólnej wesołości jaka wokół panowała.

–  Wojtek jestem.

–  Gabriel.

Przybili sobie piątki jak starzy kumple, i grubas powrócił do swojej puszki z piwem i papierosa, obojętny na Gabriela, jakby zupełnie zapominając o ich zapoznaniu się sprzed momentu. Obok nich przebiegł nieobecny wzrokiem młodzian, ziejąc gwałtownymi płomieniami z puszki aerozolu które zapalał papierosową zapalniczką. Przed sceną, dziewczyny zeszły z ramion swoich partnerów, a w kilku miejscach wybuchły bójki. W ponurym gwarze śmiechów i wrzasków ktoś wołał lekarza, a na scenie pojawił się człowiek w okularach z żółtych oprawek, krzycząc do mikrofonu z apelem o spokój. Jego apel skończył się w momencie kiedy dostał cytryna prosto w czoło. Wokół ucichło. Powietrze wypełniał tylko ludzki gwar. W Gabrielu żal też jakby ucichł, stłumiony pragmatycznością. „Chyba czas się stąd zbierać”. Ta myśl wydała mu się najlepszym pomysłem. „Idę po plecak i spadam”. Byle gdzie, byle przed siebie. Zdecydowanie, nie oglądając się za siebie, skierował się w stronę głównego wejścia. Jednak świadomość, że tam za jego plecami, zostaje dziewczyna którą być może jeszcze kocha, sprawiała, że jego kroki były niepewne. Pojawiło się w nim uczucie które przypominało strach, obawę o utratę czegoś cennego, niepokój wywołujący niezdecydowanie. Zatrzymał się i zadzierając głowę, szukał wzrokiem Polci, biegnącej w jego stronę i wołającej go tym jej czułym „Gabcio!”. Stał nieruchomo, ze spuszczonymi rękami, z wyczekująca miną, schodzący ze sceny smutny klown, który już rozbawił publikę. „No dobra. Niech teraz ten blondas trzyma cię jak będziesz rzygać. Niech on udaje twardziela jak mu będziesz zadawać ból wycinając skórki u nasady paznokci. Niech teraz on cię rozbawia i wymyśla zabawy i gry w których ty zawsze wygrywasz”. Nie było Polci przedzierającej się przez tłum i nie było jej już nigdzie w świecie.

 

Wilhelm Ratuszyński

 

 

O autorze:  

 

Zawód: nawiększy to, że nie panuje anarchia.
Hobby: stukanie w klawiaturę i takie tam….
Obecnie: Vice Prezes Stowarzyszenia Byłych Producentów Piłek Lekarskich.

.

.

.

 

close

Be the first to comment

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*