Dariusz Bitner – Bereza po trzykroć (3)

Posłużę się raz jeszcze cytatem z Marka Nowakowskiego, który tak opisuje swego niegdysiejszego przyjaciela, w czasach gdy byli sobą wzajemnie zafascynowani:

„Żył literaturą. Światem budowanym na papierze. Realność istniała dla niego na dalszym planie. Nie dążył do kariery, sławy, materialnych profitów; życie prowadził spartańskie, potrzeby miał zminimalizowane. Był niestrudzonym odkrywcą młodych talentów w prozie. Stosy maszynopisów, zalegające jego biurko. Czytywane skrupulatnie, opatrzone notatkami. Cierpliwość i rzetelność w tropieniu pisarskich umiejętność. Pomoc, której nigdy nie odmawiał. Radość z odkrycia czegoś godnego uwagi”. I takiego Berezę poznałem w latach osiemdziesiątych. Taki pozostawał wciąż, bez względu na cokolwiek. (…)

Bereza w obiegowym niezrozumieniu, to ten, co wymyślił literaturę chłopską (a skoro tak, to co on może wiedzieć o prawdziwej, wysokiej i wartościowej literaturze – niech siedzi przy tych swoich chłopach…), a potem zupełnie mu odbiło i stanął na czele rewolucji, windując nikomu nie znane miernoty na miejsca zarezerwowane dla geniuszy.

Podczas pierwszych naszych spotkań opowiadał mi kilka razy o fundamentalnym dla literatury polskiej dziele, jakim według niego były odnalezione w piwnicznej skrzyni i wydane w roku 1973 „Listy emigrantów z Brazylii i Stanów Zjednoczonych”. Listy chłopów, zazwyczaj niepiśmiennych, dyktowane osobie władającej piórem. „Kochana matuchno, jak sze wybierzeta to przywieśta ze sobo od fsystkego zboża i innego śewu co tylko f Polsce śe rodzi, bo my mamy fśyscy na ty roli dobrze wyżywieńe. Jeżeli was pan Jezus szcześliwie bez grańyce przeprowadzi bo tam najgorszy przes te całe droge, bo nas złapali na granici, żeśmi muśeli ostatńe poduśke oddacz”.

Rzecz to według Berezy bezcenna, „brakujące ogniwo historyczne w rozwoju polskiej literatury” (Trziszka), dzieło umożliwiające poznanie żywej mowy Polaków drugiej połowy XIX wieku.

Byłem zbyt nieopierzonym samoukiem, by z marszu zrozumieć o co chodzi. Zbyłem te rewelacje wzruszeniem ramion, teraz widzę to inaczej. Zapis prawdziwej, niczym nie weryfikowanej chłopskiej mowy (jak się mówiło, z pewną celebrą) okazał się wartością nie do przecenienia – nic więc dziwnego, że badawcze oko Berezy, w morzu literackiej poprawności, zaczęło wyławiać te dzieła, które sięgały bezpośrednio do źródeł mowy, z pominięciem szlifierki języka artystycznej marności.

Literatura była wówczas skamieliną stylistyczną. Dziś zresztą mamy podobną sytuację – dzisiejsza skamielina posługuje się innymi algorytmami. Niegdyś wartością samą w sobie miała być „literackość”, rozumiana jako właściwość stylistyczna, teraz wartością jest popularność; dziś więc, jak pisać – wiedzą najlepiej pracownicy działu marketingu wydawnictw. Generalnie w obu przypadkach chodziło o to samo, tylko w różnej skali – sprzedaż czyli popularność.

„Powiedzieć, że mieliśmy przez ostatnie wieki literaturę pańską” – napisał Zygmunt Trziszka – „to rozumieć, dlaczego tę nową literaturę Bereza nazywa nurtem chłopskim”. Wszystko to jest do zrozumienia, wszystko jest podporządkowane logice uczciwości wobec siebie i konsekwencji poczynań. Nie mniej, jest to również (był wtedy, ale w niektórych głowach pozostaje ”uchwycone w kadrze” do dziś) atak na wartości, brukanie świętości, zdaje się, że mogę nawet użyć terminu: splugawienie. Toż chłopstwo zaczyna włazić na literackie salony! Kto ich tam wpuścił?

Krystalizowanie się sposobu myślenia o literaturze, sposobu czytania i pisania, sprawiło, że Henryk Bereza mógł ostatecznie bez najmniejszego uwikłania „czytać artystycznie” (tak to nazywa w „Końcówkach”). Admirowanie pisania Marka Hłaski, cała z nim burzliwa znajomość, bez wątpienia ugruntowała jego poglądy. Nie wiem, na ile jestem uprawniony by stwierdzić, że tak jak Bereza „odkrył” Marka Hłaskę, tak Hłasko stworzył ostatecznie Henryka Berezę. Co nie zmienia faktu, że powszechnie pokutowała o nim opinia dezertera i szarlatana

Tak go widziano, tak chciano go widzieć. A i ja spotkałem się z poglądem, że uciekam od spraw ważnych, od wyzwania rzeczywistości, że boję się polityki i gardzę sprawami społecznymi, że uciekam w swojej prozie w bajki, sny i fantazje erotyczne. I de facto realizuję wytyczne Berezy, który „zalecał wyobraźni cenzurę, uniknie kolczastej sfery konfliktów człowieka z władzą” – jak pisał Nowakowski. „Czy nie była to sterylizacja?” – cóż za bzdury, cóż za erupcja niezrozumienia i złej woli. Zostałem wysterylizowany! Ha!

Bereza mówi o tym tak: „Ja nie byłem aktywny politycznie, byłem jak gdyby neutralny, to była moja taktyka. Nie podpisywałem protestów i jednej strony, i drugiej strony, była to oczywiście świadoma decyzja”. Po czym, wbrew (znanym mi ze słyszenia) kpinom, które można sprowadzić do frazy: wielbiciel chłopstwa (smakosz parobków), zabiera się za rewolucję w prawdziwej literaturze.

Gdzie Rzym, gdzie Krym? – Konsekwencje dokonań Berezy są całkiem spójne.

Odkrywanie literackich języków własnych, pierwotnych, zaczęło się na dobrą sprawę poza wsią, na początek i poza Warszawą (a, to już bluźnierstwo pierwszej wody!). Bereza odczytał, zauważył i powiedział, że literatura powstaje też poza gabinetami namaszczonych i tytułowanych prozaików. I powstaje z życia. Niby nic takiego, a wyekspediowało go daleko poza nawias.

Kiedyśmy się poznali, był już powszechnie krytykowany i obśmiewany, będąc jednocześnie moralnym autorytetem w dziedzinie krytyki literackiej. A już na pewno był znienawidzony za niezależność osądów. Za niezłomność decyzji. (Może i znany, i lubiany jest ten a ten, ale jest on o wiele mniej wart od tamtego…) Pozostał wierny swym wyborom, czego nie można powiedzieć o niektórych zapatrzonych w niego akolitach, którzy po czasie zorientowali się, że profity z uprawiana bezkompromisowej sztuki czytania są marniutkie, a talent swój można z pożytkiem wykorzystać do napełnienia kiesy. W końcu biznes wydawniczy potrzebuje wiernych marketingowych opiniotwórców. A jaki interes w tym, by pisać o niszowych lub nieznanych twórcach? Na taką fanaberię mógł sobie pozwolić tylko Bereza. Ci, którzy go znali i kochali, traktowali go jak literackiego guru, był papieżem polskiej literatury. To była zapłata, jaką otrzymywał za to, że przeczytał wszystkie książki i wciąż było mu mało.

Dariusz Bitner

..

O autorze:

Dariusz Bitner, rocznik 1954, gdynianin z urodzenia, szczecinianin przez zasiedzenie. Chciał być pisarzem od szóstego roku życia, do pięćdziesiątego piątego. Potem chciał przestać, ale się nie udało – pisze dalej. Udało mu się napisać dwie dziesiątki książek, z których wymienić można kilka najważniejszych w oczach autora, a więc: „Ptak” (1981), bo to pierwsza powieść, chociaż mikro; „Cyt” (1982), powieść rozwinięta w trylogię wydaną pod tytułem „Pst” (1997), bo w gruncie rzeczy to coś więcej niż powieść; „Kfazimodo (1989), bo jest to pierwsza i ostatnia powieść popularna; „Opowieści Chrystoma” (1992), bo to baśń, adresowana wcale nie do dzieci; „Trzy razy” (1995), bo to dość szalony tryptyk prozatorski, „Bulgulula” (1996), bo to bardzo szalone opowiadania; „Mna” (2000), bo to trzeci z tomów esejów o pisaniu, ujętych w cykl „Chcę, żądam, rozkazuję”; „Psie dni” (2001), bo to niedocenione, a dobre opowiadania; „Mała pornografia” (2005), bo to mała pornografia; „Książka” (2006), bo to zrealizowana, chociaż dyskusyjna, utopia o książce totalnej; „Jesień w Szczecinie” (2011), bo to eseje, ale i jednocześnie powieść, Bóg wie zresztą – co to. Pracował kiedyś jako dziennikarz, zajmował się reklamą, a także składem książek i adiustacją tekstów. W swoim wydawnictwie Basil wydał książkę autorstwa Henryka Berezy pt. „Epistoły”, poza tym powołał do życia i przez 9 miesięcy wydawał rozprowadzane bezpłatnie pismo „BABORAK. Kultura Szczecińska”. Otrzymał kilka nagród literackich, z których najważniejsza to Nagroda im. Edwarda Stachury za dzieło nieistniejące, za maszynopis książki „Sam w śmietniku słów”. Wspomina o tym wyłącznie na okoliczność tego tytułu, bowiem dziś wszystkie te nagrody nie mają już dla niego znaczenia. Ale są miłym wspomnieniem. Właściwie wszystko staje się powoli wspomnieniem.

 

 

Fragmenty utworu „Czerwone skarpetki Berezy”, z książki „Ostatnia jesień przed zimą”, © Copyright by Dariusz Bitner, 2018

close

Be the first to comment

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*