Grzegorz Kozyra – Godziny z Polihymnią (3)

Peer  Gynt, a szczególnie Pieśń Solwejgi z II suity op. 55 Edvarda Griega i jego genialny fragment z I suity op. 46 W grocie Króla Gór były przykładem dynamizmu, liryki i natarczywej emocjonalności. Jak za pomocą czarodziejskiej różdżki rodziły się dźwięki i demonstracyjnie pozowały. Chodziły za mną, albo przede mną. Były we mnie i poza mną. Wysłuchany w radiu fragment Peer Gynt wciąż brodził w mojej głowie, postanowiłem więc nabyć płytę. Szukałem jej długo, ale w końcu znalazłem w Czechosłowackim Ośrodku Kultury z wytwórni Supraphon. Byłem dumny i zadowolony. Praską Orkiestrą Symfoniczną dyrygował Vaclav Neumann. Pamiętam, że w czasach licealnych była to płyta najczęściej słuchana, no może oprócz Orfeusza Strawińskiego. Co urzekało w muzyce Griega poza neoromantycznymi emocjami? Na pewno stylistyka, nastrój z dalekiej Północy, niezwykła melodyjność i kolorystyka, które wywodzą swoje walory z norweskiej ludowości, ale także z twórczości Chopina, Liszta, czy mniej znanego Johana Petera Emiliusa Hartmanna.

Poznając krok po kroku twórczość Griega dochodzimy do jego pieśni i koncertu fortepianowego, w moim przekonaniu, jednego z najlepszych w historii światowej muzyki pianistycznej. Autor odkrywa przed nami prawdziwe pejzaże Północy, cierpką nostalgię i norweskie historie o Wikingach, trollach i krasnoludach. Dzieło Griega w swych najwspanialszych melodiach jakże przywodziło na myśl twórczość Tolkiena i jego baśniowy świat. Nie miałem wątpliwości, że autora Peer Gynta należy słuchać od melodii do melodii, od jednego taktu do drugiego. Kiedy poznawałem jakąś jego frazę, byłem szczęśliwy. W świecie baśni i mitów czułem się bowiem jak u siebie w domu.

W Pieśni Solwejgi jest taki moment, kiedy bohater powraca do swojej ukochanej i jest szczęśliwy. Ona natomiast postarzała, siwiuteńka i ślepa odkrywa przed nim cały świat dozgonnej wdzięczności. Żałość tej muzyki jest przygniatająca. Ale przecież czy nie piękne są wierność i cierpliwość, atrybuty Boga, które Solwejga w życiu zrealizowała aż do końca? To jest oczywiście wieczna muzyka, tak jak wieczna i nieśmiertelna jest miłość.

W licealnych odkryciach jeszcze przed Mahlerem, Strawińskim, Griegiem i Prokofiewem, najpełniejszym i niespodziewanym było Bolero Ravela, a to dlatego, że wiązało się z tańcem, Hiszpanią, Południem i gorącymi rytmami, filmami Saury i Bunuela, twórczością Garcii Lorki i Cervantesa. Bolero na ¾ kreśliło obrazy czerwonych i pomarańczowych przestrzeni, zagubionych wędrowców, a nade wszystko tańca wykonywanego w tawernie przez piękną Cygankę.

https://www.youtube.com/watch?v=gyTZIt1HlM0

Jeden instrument podążał za drugim, tamburyn odtwarzał rytm, perkusja się dołączała, a później dochodziły następne instrumenty. W domu miałem płytę analogową, na której oprócz Bolera nagrano Rapsodię hiszpańską i La Valse w wykonaniu Orchestre National France pod dyrekcją Lorina Maazela. Amerykański dyrygent robił wszystko, by muzyka brzmiała ciepło, dramatycznie i rytmicznie. Bolero nie ma jednak nic z ciepła, jest gorące jak rytmy Południa, porywa nas, unosi. Werbel, kotły, bębny wygrywają takty – pulsuje świat wokół, melodia się powtarza, ale jak… idziemy, idziemy, potem biegniemy i już znajdujemy się w pobliżu tych, którzy kochają taniec, którzy zamieniają się w tańczącą grupę chłopaków i dziewczyn, i żyją tańcem, promieniują rytmem na cały świat.

Wziąć kastaniety w ręce, nie przyglądać się, ale wejść w koło tancerzy i razem z nimi kręcić się, kręcić i nie zapominać o tym, że Hiszpanie szukają swojego ja w tańcu, w pulsujących rytmach odtwarzają swoje marzenia i nadzieje.

Cyganka natomiast, ta zagubiona i nieromantyczna, stoi w środku, przygląda się moim chudym nogom i śmieje się w duchu. Nie mam w sobie nic z tancerza. Nawet moje spodnie nie przypominają tych ludowych kolorowych ubrań jej rodaków. Dobrze. Można by powiedzieć jej, że nie chodzi w końcu o taniec tylko o muzykę, a ona przecież wybrzmi, będzie żyła w świecie Cyganów i andaluzyjskiego święta ognia nie tylko teraz, ale na zawsze.

Nie oddycham już. Wszystko jakby zamiera. Patrzę jeszcze na młodych ludzi, którzy kłaniają się, podnoszą swoje sombrera i chusty. Nakładają je na głowy. To już koniec marzeń. Będę musiał wracać do polskich pejzaży, do naszych gór.

.

Grzegorz Kozyra

….

O autorze:Screenshot 2015-04-29 00.31.42

Grzegorz Kozyra: eseista, poeta, dziennikarz. Autor czterech tomów eseistycznych: W CZASIE NIEDOKOŃCZONYM (2005), DUCH SŁOWIAŃSKI (2009), CIEŃ I MAGNOLIE (2013), PODRÓŻE Z ORFEUSZEM (2016), MÓJ JAZZ (2017). W przygotowaniu do druku – tomik “Pieśni dla Żywych i Umarłych”.

 

….

Subskrybcja
Powiadomienie
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze Popularne
Inline Feedbacks
View all comments
Mariusz Wesołowski
6 years ago

Moim zupełnie nieprofesjonalnym zdaniem „Bolero” niezbyt nadaje się do tańczenia w hiszpańskiej tawernie przez piękną Cygankę, gdyż jest po prostu zbyt powolne, daleko mu do znacznie szybszych rytmów flamenco. Natomiast dawno, dawno temu, kiedy byłem jeszcze w niższej klasie szkoły podstawowej i leżałem chory w domu, słuchając programu muzyki klasycznej Polskiego Radia, gdzie można było zgłaszać życzenia, ktoś poprosił o utwór „katastroficzny” i redakcja programu wybrała właśnie „Bolero” ze względu na jego nieubłaganie rosnącą cykliczność. Coś w tym jest, chociaż dla mnie najbardziej katastroficzną kompozycją, z nieco zresztą podobnych względów, jest Allegretto z Siódmej Symfonii Beethovena.