Dariusz Muszer – O tym, jak za brak maski przesadzili mnie do obozu

z cyklu: Ze wspomnień krzaczka porzeczki

Za uporczywe uchylanie się od noszenia maski z brzozowej kory groziła zsyłka do obozu w najdalszym kącie ogrodu. Wszyscy bali się tego miejsca, rzadko odwiedzanego przez słońce, często natomiast przez zimne wiatry i wędrowne gryzonie.

Najpierw trafił tam chrzan, drugim pensjonariuszem, co tu ukrywać, byłem ja, krzaczek porzeczki we własnej osobie. Jak to się stało? Otóż zsunęła mi się kilka razy maska, bo puściły wiązania z łyka, ktoś to zauważył i doniósł. Podejrzewałem, że to sprawka rabarbaru, ale za łodygę go nie złapałem. O świcie przyszła po mnie odziana w czerwono-czarne uniformy kohorta kowali dwuplamków z gatunku pluskwiaków. Szpadle dzierżyli w czułkach. Wykopali i przesadzili. Ot i wszystko.

Kowali nazywa się często tramwajami lub tramwajarzami, gdyż podczas kopulacji sczepiają się zadkami tak dokumentnie, że potrafią pozostać w tej pozycji nawet tydzień. Pomimo że rzadko uprawiają kanibalizm i tylko co pewien czas zanurzają swoje kłujki w finalnych produktach procesu trawienia obcego pochodzenia, nikt ich nie lubi. Są tak niesmaczne w swoim jestestwie, że na ich zjedzenie skusić się może co najwyżej borsuk, i to tylko na kacu.

Potem do obozu wsadzono jeszcze pomidora. Przechwalał się, że pochodzi z odległej pustynnej krainy, a jak dojrzeje, będzie żółty. Chrzan mu nie dowierzał, ponieważ nigdy jeszcze nie widział żółtych pomidorów, tylko same czerwone. Dlatego też naigrywał się z niego i wyzywał od cytryn, robiąc przy tym skwaszoną minę. Ja też nie widziałem pozaczerwonych tomatów, ale ponieważ nasz nowy kompan należał w pewnym sensie do rodziny krzaczkowatych, uważałem go za krewniaka i pozwoliłem mu na popuszczanie wodzy fantazji. Obóz wyzwala w przesadzonych różne emocje, ale trzeba postarać się trzymać razem.

W zeszłym roku w najdalszym kącie ogrodu składowano pączki końskie, zanim zostały rozrzucone jako nawóz po ogrodzie. W tym roku nastawiono tutaj we wiadrze kiszonkę z pokrzyw. Fermentacja była niemal zakończona, tak więc towarzyszył nam, zesłańcom, upojny zapach gnojówki. Podlać się jednak nią nie mogliśmy, bo by nas spaliła, a wody na rozcieńczenie tego wykwintnego i pożywnego jadła nam nie dano. W ogóle pozbawiono nas wody. Jakaś pokuta za przestępstwo maskowe musiała przecież być.

Któregoś dnia odwiedził nas rabarbar. Stanął w sporej odległości od obozu i szczerzył te swoje ząbkowane liście. Gdy zapytałem go, dlaczego nie nosi maski, uśmiechnął się jeszcze szerzej i odparł, że zdobył zaświadczenie, że nie musi chodzić w masce, bo jest uczulony na korę brzozową. Powiedziałem mu, że też chcę mieć takie zaświadczenie, a on stwierdził, że nic z tego, nie należy mi się, bo siedzę w miejscu odosobnienia, a następnie pomachał owłosioną łodygą i poszedł do swoich spraw.

Pomidor oznajmił, że jeśli chcę, to policzy się z rabarbarem za to granie mi na nosie, jak nas tylko wypuszczą. Poprosiłem, żeby tego nie robił. Chrzan uznał, że trzeba jednak dać rabarbarowi wciry i w ten sposób nauczyć moresu, tym bardziej, że ten drań wcale nie jest uczulony na korę brzozową; sam widział, jak rabarbar miętosił się pewnej letniej nocy z brzozą.

Następnie wsadzono do obozu morelę, wiśnię oraz całą rodzinę macierzanek – i w najdalszym kącie ogrodu zrobiło się trochę ciasno. Całkowita ciasnota zapanowała, gdy dzień później dokooptowano nam kolejnych przeciwników maskowania: śnieguliczkę, trzy dalie, bez czarny, paproć i cztery odrosty bluszczu. Odtąd ani gałęzi, ani liścia, ani pędu, ani korzenia nie dało się rozprostować. Siedzieliśmy na kupie jak bodziszki na skarpie. No i dokuczał nam stale brak wody. Gdyby nie poranna rosa, to z pewnością wszystkich nas szlag by już dawno trafił. Dzieliliśmy się rosą sprawiedliwie, szczególnie dbając o małe macierzanki, gdyż były przyszłością ogrodu.

Rzecz jasna trawił nas również głód. Bez dopływu wody nie byliśmy w stanie wyssać z ziemi żadnych życiodajnych soków. Pierwszy nie wytrzymał pomidor. Krzyknął: „Chrzanić obóz!” – i napił się ociupinę nierozcieńczonej gnojówki z pokrzywy. Chwyciły go takie boleści, że jeszcze tej samej nocy umarł. Chrzan stwierdził, że nigdy już nie dowiemy się, czy naprawdę był żółty. Chcieliśmy zagrzebać ciało pomidora w ziemi, ale przypełzły dżdżownice i zabrały go na kompost.

Od tego momentu trup słał się w obozie gęsto, ale nie zamierzam tego opisywać, gdyż chcę dzisiaj unikać przedstawiania drastycznych scen. Powiem tylko, że po śmierci macierzanek ogłoszono amnestię i wypuszczono wszystkich więźniów. Chrzan nie chciał iść, powiedział, że zostaje, bo spodobało mu się to miejsce. Uścisnąłem go na pożegnanie i powiedziałem, że kiedyś tu jeszcze zajrzę. Poprosił mnie o załatwienie wody do rozcieńczania pokrzywowej gnojówki. Obiecałem, że postaram się. Nie zdążyłem.

W nocy spadł po raz pierwszy od wielu miesięcy deszcz. Kiedy następnego dnia zajrzałem do najdalszego kąta ogrodu, zobaczyłem przewrócone wiadro, a chrzan był martwy. Nigdy nie dowiedziałem się, kto przewrócił wiadro. Nie wierzyłem, że zrobił to sam chrzan.

Następnego roku, na wiosnę, w miejscu naszego dawnego obozu wystrzeliły zielone liście. Chrzan zmartwychwstał z korzeni. Wszyscy przychodzili do niego, aby posłuchać opowieści o wyprawie do przepięknej krainy wiecznej roślinności, w której panuje pogoda ducha i jedzenia jest pod dostatkiem. Rabarbar się wściekał, bo uważał, że chrzan ukradł mu jego opowieść, wszak to on sam od lat podczas zimy odbywa taką właśnie podróż! Nic jednak nie mógł zrobić. Wszyscy bowiem woleli opowieść chrzanu, tym bardziej, że wzbogacał ją fragmentami śpiewanymi, wystukując jednocześnie kawałkiem swojego twardego korzenia rytm na starej obręczy od beczki.

I odtąd już chrzan na stałe zamieszkał w najdalszym kącie ogrodu, i nikt go stamtąd nie wyrzucił.

 

Dariusz Muszer

 

O autorze:

screenshot-2016-10-21-14-14-46

Dariusz Muszer, ur. 1959 w Górzycy na Ziemi Lubuskiej. Prozaik, poeta, publicysta, eseista, dramaturg i tłumacz. Autor wielu książek. Mieszka w Hanowerze. Ostatnio opublikował: Baśnie norweskie (2018), Wiersze poniemieckie (2019), Człowiek z kowadłem (2019), Księga ramion deszczu (2020) oraz Córka męża i córka żony (2020).

.

.

fot. autora – Hanna Rex..
Strona internetowa: www.dariusz-muszer.de

E-booki autora – do nabycia na amazon.ca

close

Zachęcamy do subskrypcji biuletynu POLSKA CANADA

Be the first to comment

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*