Zobacz

Wilhelm Ratuszyński – SKRZYPEK

f0dbd1c07c31ace2503bb470d28e830a

Może dlatego, że dziwnie zniewalał swoją grą na skrzypcach, nikt nigdy nie ośmielił się wyprosić go lub nawet zapytać, kim jest. Po raz pierwszy przyszedł razem z nadejściem wiosny. Ponoć w szpitalnej kuchni poprosił o coś do jedzenia, a ktoś, widząc, że ma ze sobą skrzypce, zaproponował, żeby na posiłek zarobił. Później zagrał na którymś z korytarzy, ktoś inny poprosił go o grę w małej salce i w kolejnej sali. Najczęściej przychodził na oddział dziecięcy. Może dlatego, że dzieci nie mają tylu odwiedzających co dorośli, zwykle matki gotowe przesiedzieć pół życia przy łóżkach swoich synów lub córek.

Ci, co go tam widywali, byli zgodni tylko co do jego ogólnego wyglądu. Średniego wzrostu mężczyzna wyróżniał się mocną łysiną podkreśloną półkolem długich, jasnych włosów. Ich posklejane kosmyki wychodziły za kołnierz jego jesionki, zostawiając go dużo ciemniejszym od pleców. Reszta jego wyświechtanego ubrania czyniła postać szarą i niewyraźną. Chude dłonie i pociągła twarz zdradzały, że był wątłej budowy. Dla jednych miał ponad pięćdziesiąt lat, dla drugich nie miał nawet czterdziestu. Jedni mówili, że nieraz przeskakiwał po dwa stopnie na schodach, inni że wlókł się po nich ociężale. Duże ciemne okulary skrywały jego oczy. Najlepiej znał go personel kuchni, gdzie nieznajomy przychodził zwykle na talerz zupy ofiarowany ochoczą ręką. W rozmowach część kucharek twierdziła, że prawie zawsze czuć było od skrzypka alkohol. Fakt, że oprócz grzecznego „dziękuję” za jedzenie prawie nic nigdy nie mówił, sprawiał, że pozostawał tajemniczą osobą.

Kiedy pierwszy raz szpitalne mury musnęły dźwięki jego skrzypiec, wszystko jakby zamarło, najpierw ze zdziwienia, a później z zachwytu. Przez dłuższą chwilę żadna pigułka nie została połknięta, żadna igła strzykawki nie przebiła skóry, niczyje ręce nie poprawiały poduszek i pościeli, żadna aparatura nawet nie pisnęła. Te dźwięki nie zakłóciły pozornej szpitalnej ciszy, one zrobiły ją doskonałą. Nie zabrzęczało żadne naczynie, żaden kaszel mu nie zawtórował, niczyj ból nie zrodził jęku. Przez jedną magiczną chwilę słodka muzyka skrzypiec wypełniła powietrze, tak że można było nią oddychać jak czystym tlenem, co przyprawiało o lekki zawrót głowy. Łagodna była ciszą budzącego się lasu o świcie; kojąca była ciszą chłodnego strumienia w upalny dzień; rozpierająca dech w piersiach była ciszą górskich szczytów; karmiąca była ciszą niemowlęcia przy nabrzmiałej piersi matki. Skrzypek przechadzał się wolno po korytarzach, a jego muzyka wyprzedzała go jak oddech ust przed pocałunkiem i zostawała za nim przez moment jak chłodna dłoń zabrana z rozpalonego czoła. Ta muzyka wyganiała zasiedziałe smutki z kątów, a nuty z jego skrzypiec fruwały po ścianach i sufitach, krążąc radośnie jak czarne jaskółki na tle pobielonych wiejskich zabudowań, siadały mu na ramionach jak papugi i ocierały się o jego nogi jak pieszczotliwe koty.

Po jakimś czasie, gdy nieregularne wizyty Skrzypka nie budziły niczyjego zdziwienia zauważono, że szereg pacjentów zaczęło czuć się lepiej. Grono lekarzy podekscytowane było kilkoma pacjentami w beznadziejnych wydawać by się mogło przypadkach, których zdrowie poprawiło się nagle i wyraźnie. Wszyscy w szpitalu byli jakby trochę częściej uśmiechnięci. Gdy skrzypek nie pokazywał się przez dłuższy czas, ludzie zaczynali się nawzajem pytać, kiedy znów przyjdzie. Nikt nie miał jednak odpowiedzi i nikt nie wyczytał jej w pytających oczach innych. Gdy lato ozdobiło swoją pełnią budynki szpitala, ludzie wydawali się być jakby uzależnieni od dźwięków skrzypiec nieznajomego. Gdy zaczęło brakować jego magicznej muzyki, pacjenci zaczynali częściej narzekać na zdrowie, a personel często bywał oschły i naburmuszony. Skrzętnie skrywane wnętrza ludzi rozpierały niecierpliwe pragnienia chwili, kiedy nieznajomy pojawi się, wyciągnie swoje skrzypce spod poły płaszcza, gdzie wisiały na specjalnej szlufce, przeciągnie po smyczku kawałkiem kalafonii zawiniętym w papier i bez żadnych zbędnych ruchów przyłoży zamaszyście podbródek do instrumentu, by zacząć metafizyczny pochód czarownych dźwięków. Chwili, gdy jego głowa zaczynała tulić się do instrumentu jak wierny pies, szukając pieszczot ludzkiej ręki, a twarz przybierała nowy, łagodny wygląd. Chwili, gdy jego sztywna postać od bioder w górę prężyła się ukrytą siłą. Chwili, na którą wszyscy półświadomie czekali. I gdy znowu się pojawiała jego muzyka, rodziła uśmiechy w każdym kącie. Lekarze znowu zauważali niewytłumaczalną poprawę zdrowia wśród wielu pacjentów, personel i wizytujący byli dla siebie milsi, ptaki jakby odważniej siadały na parapetach okien, a pochmurne dni wydawały się jasne i wesołe. Rytm pracy szpitala akcentowany wizytami grajka lekko nabierał tempa i wywoływał bogatsze o nową nadzieję jutro.

Nadejście jesieni zostało zaznaczone tragicznym wydarzeniem. Po kolejnym dłuższym okresie nieobecności Skrzypka, kiedy jego brak stawał się głównym tematem rozmów, przywieziono go do szpitala w ambulansie. Mimo że znali go tam prawie wszyscy, jedna z pielęgniarek rozpoznała go dopiero wtedy, gdy zaczęła ściągać ubranie z brudnego i skatowanego pijaka. Łzy napłynęły jej do oczu, kiedy zobaczyła resztki skrzypiec pod połą płaszcza, ich drzazgi powbijane w wełniany sweter i kawałek główki ze strunami wciąż zahaczonej na szlufce podartej podszewki. Widok Skrzypka był okropny: leżał bezwładnie i na wpół przytomny, z połamanymi rękami, wydając z siebie regularne nieśmiałe jęknięcia. Jego brutalnie poobijana głowa zwisała lekko przechylona na podgłówku, wydymając sine i obrzmiałe wargi w groteskowym uśmiechu, który łamał się na końcach zaznaczonych cienkimi stróżkami zakrzepłej krwi. Mizerność jego ubrania była zastąpiona ohydą brudu, błota i krwi cieknącej z otwartych ran na opuchliznach, które razem z poprzyklejanymi do niego drobnymi, brązowiejącymi liśćmi wierzby jeszcze bardziej maskowały osobliwe piękno ukryte głęboko wewnątrz. Jego żałosny wygląd wulgarnie kolidował ze sterylnością szpitalnej izby, a przykry zapach szybko ją wypełnił. Był to odór, który zanim ludzki umysł rozbierze na czynniki, nieomylnie zdradza człowieka z samego dna społeczeństwa. Kwaśny oddech jego alkoholowych wyziewów przysłaniał zapach przyschniętego potu, ludzkiego moczu i piwnicznej stęchlizny.

Ale troskliwe ręce, które gorączkowo zaczęły się nim zajmować, należały do ludzi, którzy wiedzieli, co kryje ten cierpiący ludzki wrak owinięty w gałgan nieszczęścia. I więcej łez się polało, kiedy jawne stały się jego rozległe rany. Tępe narzędzie, które zmaltretowało jego szlachetne ręce, nie oszczędziło również jego głowy, żeber i nóg. Lewa dłoń, która tak magicznie wędrowała palcami po strunach instrumentu, tuliła się teraz do boku ciała, wyjąc bielą wyeksponowanych kości, świadoma sama siebie, starając się uniknąć kolejnych razów, które już nie miały nadejść. Jej brudnymi palcami poruszał tik, wołając za uciekającym magicznym darem, którym do niedawna jeszcze ta dłoń władała. Gasło ukryte piękno skrzypka i gasł on sam.

Tragiczna wiadomość rozeszła się szybko i nawet lekarze, którzy nie dyżurowali w szpitalu, zaczęli schodzić się do izby pogotowia. Ich konferujące fachowością terminów podniecone głosy zlewały się w gęsty gwar, który przycichł, gdy do holu wszedł ordynator szpitala. Zamaszystym krokiem wszedł do izby przyjęć, rzucając krótkie powitania po drodze. Za kilka minut wyszedł wyraźnie zbulwersowany, ze ściągniętymi gniewem brwiami, proklamując, że dołoży wszelkich starań i użyje swoich politycznych koneksji, żeby sprawca tego nieszczęścia poniósł karę.

Gdy w czasie ostatnich zabiegów i badań zapadł w śpiączkę, niczyje serce nie napełniło się przedwczesnym żalem. Niewytłumaczalna i wszechobecna nadzieja na jego wyzdrowienie wezbrała jak fale powodzi i wtargnęła w ludzkie serca. Ta nadzieja przewijała się w rozmowach personelu szpitala, a większość pacjentów, która wiedziała o tragedii skrzypka, okazywała szczerą sympatię do jego osoby w rozmowach z odwiedzającymi. Zrobiono wszystko, co można było zrobić, i Skrzypek otrzymał najlepszą opiekę, jaka była możliwa. Formalnościom pofolgowano i nikt nie domagał się, żeby wypełniony został jakiś formularz lub żeby jakiś oficjalny dokument znalazł się w odpowiedniej teczce. Ani administracji szpitala, ani policji nie przeszkadzało, że popularny nieznajomy nie miał przy sobie żadnych dokumentów tożsamości ani niczego, co by wskazywało na to, skąd pochodzi lub czy ma jakąś rodzinę. Troska o jego zdrowie samoistnie wzięła górę nad biurokracją.

Wielu słusznie zadawało pytanie, dlaczego wcześniej nikt nie zainteresował się losami Skrzypka i wszyscy tylko czekali na jego kolejne muzyczne odwiedziny. Gdy szereg ludzi zapragnęło dowiedzieć się czegoś o specjalnym pacjencie szpitala, wśród bezdomnych i żebraków, którzy go znali, nikt nie potrafił nic konkretnego o nim powiedzieć. Nikt nawet nie wiedział, jak miał na imię, i wszyscy nazywali go po prostu Skrzypkiem. Nikt nie wiedział, kiedy pojawił się w mieście po raz pierwszy, ale wydawało się być pewnym, że nie był miejscowy. Chóralna zgodność tych ludzi ukazała go jako nienormalnego, ale również jako osobę, której obcy chętnie dawali grosz, a dzieci nie uciekały na jej widok. Gdy te szczegóły naszkicowały obraz chorego człowieka z dna społecznej biedy, ostatnie wydarzenia pomalowały go wstrząsającymi kolorami ludzkiej tragedii.

Gdy czas mijał swoim niezachwianym rytmem, nikt nie wydawał się tracić nadziei na to, że Skrzypek wyzdrowieje. Za oknem małej salki, na której leżał, szara masa zimy wypchnęła resztki kolorów jesieni z okiennych ram. Wewnątrz zielononiebieska, sterylna pościel łóżka otoczona była wielokolorową masą detali maszyn i urządzeń, które zamieniały tę salkę w stację intensywnej terapii neurologicznej. Skrzypka podłączono do wielu aparatów, począwszy od cewnika, poprzez „płucoserce”, a skończywszy na elektroencefalografie służącym do mierzenia elektrycznej aktywności mózgu. Pozbawiony zapachów pokój pogrążony był w ciszy, którą miarowo przerywał szmer urządzenia pompującego tlen. Gdyby nie cienkie wężyki waty nasączone płynem i troskliwie przyłożone do na wpół przymkniętych powiek, żeby nie wyschły gałki oczne, można by było pomyśleć, że Skrzypek spokojnie śpi.

Przewijający się ludzie, uśmiechnięci współczuciem i szczerą troską, sprawiali, że salka stała się miejscem przytulnym, wypełnionym ludzkim ciepłem. Jego rany się zagoiły, kości zaczynały się zrastać, a obrośnięta zarostem twarz, mimo że nie nobilitowana zmarszczkami, nabrała szlachetnych kształtów twarzy starca. Serdeczne ręce przełożonej pielęgniarki regularnie głaskały głowę pacjenta, tam gdzie nie było przyczepionych elektrod, somatycznie stymulowały jego dłonie i delikatnie wklepywały krem nawilżający w skórę. Odwiedzali go dawni pacjenci szpitala i ludzie, którzy nigdy w nim nie byli. Przy jego łóżku zawsze były jakieś kwiaty, dziecięce laurki i kartki z życzeniami powrotu do zdrowia. Coraz więcej ludzi poznawało jego krótką i żałosną historię, a wielu zastanawiało się, czy Skrzypek będzie jeszcze kiedyś skrzypkiem, czy uczyni ten świat trochę lepszym swoją magiczną muzyką. W święta ktoś zanucił mu kolędy, a w Nowy Rok inni szeptali mu do ucha życzenia.

I pewnego dnia, kiedy pierwsze przebiśniegi zwiastowały wesołe nadejście wiosny, a troskliwe ręce pielęgniarek masowały ciało Skrzypka, zmieniając pościel, ten wydał się z siebie ciche westchnienie i otworzył oczy. Bladoniebieskie i szkliste, wolno lustrowały otoczenie, nie zdradzając żadnych uczuć. Po kilku minutach znowu usnął, ale na drugi dzień obudził się na dłużej. Nie potrafił nic powiedzieć, lecz z jego żałosnych westchnień można było odczytać, że się skarży. Wiadomość o jego wybudzeniu rozniosła się bardzo szybko i dla wielu ludzi była najlepszą od dłuższego czasu. Wydawało się, że misja ratowania czegoś osobliwie pięknego powiodła się tym, których zjednoczona dobra wola i szczere modlitwy spowiły skrzypka muzyką miłości, której nie da się słyszeć, ale którą można czuć sercem. Tej, która wracała teraz do niego jak wiosna do natury, budząc do życia uśpione siły.

Powolnym postępom w zdrowiu Skrzypka wtórowały kolejne oznaki wiosny na dworze. Gdy za oknem na dobre rozszczebiotały się wróble, Skrzypek powoli zaczął siadać na łóżku. Gdy resztki brudnego śniegu zniknęły z ciemnych zaułków, on zaczął chodzić, drepcząc do okna, które wyraźnie przyciągało jego wzrok. Zabrano prawie wszystkie urządzenia medyczne z jego salki, tym samym deklarując ją mniej ważną w hierarchii szpitala. Wciąż nic nie mówiąc, Skrzypek był obojętny niemal na wszystko i wszystkich, co lekarze określili jako głęboką depresję i jednocześnie dobry znak.

Postępy w jego powrocie do zdrowia były najpierw żywo komentowane, ale później, kiedy okazało się, że mając duży niedowład lewej ręki Skrzypek już nigdy nie zagra, powoli przestały być ważnym tematem rozmów. W miarę jak stawał się zwyczajnym pacjentem, postępy w dochodzeniu do zdrowia stały się coraz mniej widoczne. W końcu nie było ich już w ogóle. Jego temat spowszedniał, a on sam wciąż był absolutnie obojętnym na to, co się wokół niego dzieje. Przeniesiono go do zbiorowej sali i nieuchronnie nadszedł czas, gdy szpital zmuszony był rozwiązać problem swojego nietypowego pacjenta. Przyszli jacyś ludzie nudni z wyglądu i zachowania, ale którym dobrze patrzyło z twarzy, i zabrali go w jego sfatygowanym szpitalnym szlafroku, rozlazłych kapciach, nie zostawiając nic w zamian. Trzymając go pod ręce, oddalili się wolno korytarzem wypełnionym mrokiem pochmurnego nieba.

.

Wilhelm Ratuszyński

Czerwiec 2005

.

Podaj dalej!
Share on Pinterest
Share with your friends








Submit

Biuletyn – bezpłatna prenumerata

PAPIERY FOTOGRAFICZNE

1 Comment on Wilhelm Ratuszyński – SKRZYPEK

  1. Mariusz Wesołowski // 04/12/2017 at 17:01 // Reply

    Ciekawa proza, elegancka w swej staroświeckości. Miło by było dowiedzieć się więcej o autorze.

Leave a comment

Your email address will not be published.


*