Zobacz

Ośrodek Rehabilitacji Zwierząt Chronionych

Z miłości do zwierząt

Nie sposób w jednym artykule opisać historii oraz obecnej działalności Ośrodka Rehabilitacji Zwierząt Chronionych i Lecznicy w Przemyślu, która pomaga dzikim zwierzętom od blisko 25 lat. Historie tysiąca uratowanych zwierząt, od małych wróbelków po większe ssaki, jak ryś i niedźwiedź, zajęłyby wiele tomów. I choć możliwe jest opisanie naszej działalności w jednym artykule, to opisania uczuć – jakich doświadczają pracujący tu lekarze, technicy i wolontariusze ratując najpiękniejsze polskie zwierzęta – nie podejmiemy się! W żaden sposób nie da się tego zrobić. Można pooglądać zdjęcia, stanowiące tylko wąski wycinek naszej działalności. Ale, aby poczuć panującą tu atmosferę – trzeba nas koniecznie odwiedzić.

Wielu ludzi z Europy i ze świata zastanawia się, jak doszło do tego, że skromny absolwent weterynarii z komunistycznej Polski, mieszkający w najbardziej zacofanym regionie, stworzył Klinikę i Ośrodek, które w tej chwili śmiało mogą konkurować z podobnego typu placówkami w Europie. Odpowiedź jest prosta: praca po 14 godzin dziennie, nieustanne doskonalenie swoich umiejętności i ogromne zaangażowanie, niegasnące pomimo trudu i wielu przeszkód.

Dr Andrzej Fedaczyński już jako student weterynarii na Akademii Rolniczej we Wrocławiu (dzisiejszy Uniwersytet Przyrodniczy) uświadomił sobie, że aby profesjonalnie leczyć zwierzęta, musi szukać nauki w krajach Europy Zachodniej. O ile poziom wykształcenia w dziedzinie zwierząt hodowlanych był w ówczesnej Polsce wysoki, to psy i koty były traktowane marginalnie. Próżno też było szukać jakichkolwiek informacji na temat zwierząt dzikich w bibliotekach Wydziału Weterynarii. Swoją niezwykłą podróż po wiedzę rozpoczął w Danii, a kontynuował w Holandii, Niemczech i Finlandii. Oprócz wiedzy i doświadczenia zyskał coś więcej. Zrozumiał jak niezwykłe podejście do zwierząt mają mieszkający tam ludzie – olbrzymią miłość i przywiązanie do zwierząt, szacunek aż do śmierci.

Powrót z krajów – gdzie nawet najmniejszy dziki lub bezdomny zwierzak jest zawożony przez policjantów, czy inne służby do lecznicy i nikt się nie pyta, kto za to zapłaci – do komunistycznej, szarej Polski był dla niego dużym wstrząsem. Choć miał wiele propozycji pozostania na Zachodzie, to wybrał swoją drogę, która tak naprawdę trwa i jeszcze się nie skończyła.

Co może być atutem Lecznicy dla zwierząt, która musi prosperować na peryferiach Polski, nazywanej przez złośliwych prowincją? Możliwość obcowania z nielicznymi i najdzikszymi przedstawicielami polskiej fauny.

Wszystko zaczęło się od Leszka

Wszystko zaczęło się od rannego myszołowa, którego doktor Andrzej zgodził się przyjąć w swoim gabinecie. Leczenie takiego ptaka było wyzwaniem. Przy takim zwierzęciu wszystko okazywało się problemem, a wyleczenie go graniczyło z cudem. Okazało się, że nie ma odpowiednich leków i opatrunków. Tylko dzięki pomocy kolegów z zagranicy, po wielu telefonicznych konsultacjach, udało się znaleźć receptę na jego choroby. Myszołów, którego doktor nazwał pieszczotliwie Leszek, doszedł do zdrowia i został wypuszczony. Gdy już wydawało się, że ten epizod Ośrodek ma za sobą, pojawiły się inne zwierzęta. Ludzie bardzo szybko dowiedzieli się, że tutaj każde zwierzę otrzyma ratunek.

Nadawanie kolejnych imion podopiecznym stało się problemem (nie sposób zrobić tego np. z grupą kilkunastu bocianów). Otrzymywały je tylko wyjątkowe, jak kruk Bolek, który ledwo uszedł z życiem, gdy dosięgła go kula wystrzelona przez kłusownika. Po wielotygodniowym leczeniu nie chciał opuścić naszego Ośrodka. Niezwykle inteligentny ptak, uczył się coraz bardziej wyrafinowanych sztuczek, aby zwrócić na siebie uwagę. Gdy już wydawało się, że opuścił azyl na dobre, pojawił się po kilku tygodniach z powrotem – z partnerką.

Także bocian Napoleon, który zdobył takie imię dzięki swym zbyt krótkim nóżkom. Kiedy przechadzał się majestatycznie po pobliskiej łące, przypominał cesarza w stroju galowym, zesłanego na Elbę. Szybko pokazał swój charakter, stając się oficjalnym przywódcą grupy. Tam gdzie szedł Napoleon – szedł cały orszak. Nowym podopiecznym pokazywał, gdzie są najlepsze kąski, zbyt agresywnych – karcił boleśnie dziobiąc.

Duża liczba trafiających tu zwierząt z całego województwa podkarpackiego wymusiła na doktorze Andrzeju ciągłe poszukiwanie wiedzy i doskonalenie metod leczenia tych zwierząt. Ludzie liczyli na sukcesy. Bo jak odmówić pomocy osobie, która przez 100 kilometrów wiozła pod kurtką małego jeża? Najpierw rowerem, potem PKS-em, a na koniec taksówką. Coraz bardziej skomplikowane zabiegi i operacje stały się wyzwaniem, a zarazem chlebem powszednim. To, że nikt nie chciał się podjąć leczenia łabędzia ze złamaną łapą, dopingowało doktora jeszcze bardziej.

Wokół Ośrodka zaczęły powstawać nowe klatki, woliery i wybiegi dla dzikich zwierząt. Okazało się, że każdy gatunek ma inne wymagania. Trzeba też było uważać, aby nie zjadły siebie nawzajem, co byłoby możliwe, gdyby umieścić w jednym miejscu np. lisa i młode zające. Potrzebna była coraz większa specjalizacja w leczeniu zwierząt, najczęściej trafiających do Ośrodka.

Tak jak sarny, których rocznie ratujemy około setki. Zarówno te młode, które trzeba karmić kozim mlekiem przez kilka miesięcy, jak i starsze – ofiary wypadków samochodowych – potrzebowały osobnej zagrody, miejsca, gdzie mogły przebywać w warunkach jak najbardziej dzikich, swoistego pogotowia dla saren.

Najmniejsze zwierzęta Ośrodka

Najmniejsze zwierzęta, które trafiły do Ośrodka to małe oseski prawie wszystkich gatunków występujących w tym rejonie. Małe zające, które mieszczą się w złączonych dłoniach, całkowicie łyse i bezbronne pisklaki, których nie jesteśmy w stanie rozpoznać, dopóki nie podrosną i nie wyrosną im pióra. Za każdym razem musimy walczyć o nie dzień i noc. Utrzymanie odpowiedniego ciepła i wilgotności w pomieszczeniach, a także przygotowanie dla każdego z nich innego pokarmu. Zadania męczące i wyczerpujące. Szczególnie, gdy pomimo wielu dni ciężkiej pracy przychodzi porażka i z niewiadomych przyczyn maleństwo umiera. Po otarciu łez, trzeba zabrać się z takim samym zaangażowaniem za następne.

Największe zwierzę w Ośrodku

Największym naszym zwierzęciem była niewątpliwie niedźwiedzica. Historia niczym z filmu.

Wielkie zwierzę przechadzające się po ulicach Przemyśla – miasta, które ma zresztą w herbie niedźwiadka. Jeszcze nie była złapana, gdy mieszkańcy ją pokochali i spontanicznie ochrzcili Przemisia. Byliśmy pewni, że po akcji zostanie wypuszczona głęboko w Bieszczadach. Niestety okazało się, że była urodzona w niewoli i jest całkowicie uzależniona od człowieka. Nie był to koniec problemów. Żaden z ogrodów zoologicznych nie chciał jej przyjąć pod swój dach. Gdybyśmy się nie zgodzili jej przyjąć, czekałby ją tragiczny los. Naprędce przygotowane miejsce w Lecznicy musiało być jej nowym domem na okres kilku tygodni, w trakcie których z narażeniem życia i zdrowia, dzień i noc pilnowaliśmy, żeby nie uciekła. Pożerała codziennie kilogramy gruszek, jabłek i marchwi moczonych w miodzie, które były jej przysmakiem. Bez pomocy okolicznej ludności nie poradzilibyśmy sobie. Pomogli rolnicy, którzy dostarczali codziennie owoce i warzywa. Ku naszemu zdziwieniu także pszczelarze, którym niedźwiedzie często niszczą pasieki – pokochali Przemisie i specjalnie dla niej ogałacali swoje magazyny z najcenniejszego miodu. Gdy już byliśmy u kresu sił, a przemiła niedźwiedzica niszczyła ostatnią ocalałą klatkę, ogród zoologiczny we Wrocławiu zgodził się ją przyjąć. Ze łzami w oczach żegnaliśmy ją – naszą Przemisię.

Przypadki najtrudniejsze – unikalne

Do pospolitych zwierząt jesteśmy przyzwyczajeni. Setki razy pomagaliśmy, leczyliśmy i wypuszczaliśmy na wolność myszołowa, bielika lub sarnę.

Gdy leczymy unikalne zwierzę, któremu grozi wyginięcie (bo jest ich w polskich lasach np. 100 lub 200) ciąży na nas olbrzymia odpowiedzialność. Tak jak w przypadku rysi. Z 200 żyjących osobników rocznie trafia do nas średnio jeden.

Nie możemy zmarnować szansy na jego uratowanie. Aby profesjonalnie je leczyć musieliśmy stworzyć miejsce, specjalnie przygotowane dla tych zwierząt. Każdy jest na wagę złota. Często trafiają do nas osobniki z 5-10 % szansą na przeżycie i właśnie wtedy musimy być pewni, że każdy procent zostanie wykorzystany.

Z dala od zgiełku Lecznicy powstał osobny budynek, gdzie rysie mogą w spokoju powracać do zdrowia. Pomieszczenie jest bez płytek i zimnej chirurgicznej stali, wyłożone naturalnym drzewem, z odpowiednią wentylacją, klimatyzacją i odwodnieniem – pozwala nam przyjąć zwierzę zarówno przy 20 stopniowym mrozie, jak i przy 30 stopniowych upałach.

Pierwszym pacjentem Pogotowia był Benek. Zostaliśmy wezwani do kilkumiesięcznego kociaka, który nie mógł zejść z drzewa. Ku naszemu zdumieniu okazało się, że jest to ryś. Był wychudzony i przemarznięty. Był grudzień, a on nie miał szans na przeżycie.

Wykończone zwierzę po ściągnięciu z drzewa ”na sygnale” wieźliśmy do Lecznicy. Był tak zmarznięty, że pracownica w samochodzie ogrzewała go własnym ciałem i prawdopodobnie te pierwsze chwile pod kurtką, blisko ludzkiego ciała uratowały rysia. Benek przeżył i szybko dochodził do zdrowia. Stał się naszym oczkiem w głowie, a o jego historię upomniały się największe stacje telewizyjne na świecie. Gdy był już całkowicie sprawny został wypuszczony w lesie, daleko od siedzib ludzkich.

Przypadki z góry skazane na porażkę

Tak można ocenić większość zwierząt, które do nas trafia. Często zajmujemy się urazami, których prawdopodobieństwo wyleczenia według wszystkich możliwych opracowań wynosi 5-10 %. Dlaczego je ratujemy? Ludzie od nas tego oczekują. Gdyby chcieli je skazać na śmierć, nie jechaliby tych „ 300 mil”. Nie chcą usłyszeć po ciężkiej podróży „ że nic nie da się zrobić”. Nagrodą jest dla nas widok odlatujących lub wybiegających od nas zwierząt.

W przypadku największych ptaków jak bieliki, takie doznanie jest dla nas jak pokaz najwspanialszych fajerwerków. Gdy do nas trafiają są bezbronne niczym duże kury. Najczęściej zatrute przez kłusowników, bo na czarnym rynku wypchany bielik jest wart kilka tysięcy złotych. Tak było w przypadku bielika o imieniu Sylwester, który trafił do nas akurat w sylwestrową noc.

Przeszedł takie same zabiegi jak zatruci ludzie: płukanie żołądka, detoksykacja organizmu, stałe podawanie kroplówek. W najbardziej krytycznym, pierwszym dniu potrzebował 24 godzinnej opieki. Potem z każdym dniem coraz szybciej dochodził do zdrowia. Po ciasnej klatce, w której był leczony przyszedł czas na lotnie.

W tej dużej wolierze pozwalającej na swobodne loty, obserwowaliśmy jak radzi sobie w przestworzach. Gdy byliśmy już pewni, że jego lot jest stabilny, sprawdziliśmy czy jest w stanie sam zdobyć pokarm. Aż w końcu nadszedł dzień wypuszczenia. Dla nas to swoista ceremonia. Osoba, która musiała zostać na dyżurze, potraktowała to jako karę i długo nie mogła sobie wybaczyć, że akurat jej przypadł ten los.

Widok bielika, który z impetem opuszcza pudełko, jest niezapomniany. Dreszcze emocji, a po nich łzy wzruszenia.

Nasza porażka

Przeżywamy porażkę, gdy zwierzę nie chce od nas odejść. Dla wielu parków zwierząt jest to sytuacja wymarzona. Oswojone zwierzę, spokojne i nieagresywne. Atrakcja dla ludzi. Za każdym razem, gdy tak się wydarzy (w przypadku małych saren, sów lub myszołowów) staramy się dowiedzieć, gdzie popełniliśmy błąd. Chcemy wyciągnąć wnioski, jak można będzie tego w następnym roku uniknąć. Chcemy, aby każde dzikie zwierzę odeszło od nas, poradziło sobie w środowisku naturalnym i założyło swoją rodzinę.

Zwierzęta bezdomne

Historię Ośrodka i Lecznicy w Przemyślu tworzą też zwierzęta bezdomne – psy, koty i coraz częściej egzotyczni pacjenci: węże, żółwie i legwany, które znudziły się właścicielom. Po leczeniu staramy się znaleźć dla nich dom. Często nie potrafimy się od nich uwolnić i na stałe pozostają w Lecznicy. Tak jak Clinton, samiec rasy owczarek podhalański. Został poraniony przez właściciela siekierą, a później wrzucony do nieczynnej studni. Z pomocą strażaków wydobyty na zewnątrz. Jego łapy nie udało się już uratować. Ciężki pies musiał radzić sobie już całe życie bez niej. Po wielu tygodniach leczenia zdecydowaliśmy się, że pozostanie u nas. Stał się swoistą maskotką Lecznicy i kolejnym psim „pracownikiem”. Pomimo swojego kalectwa, potrafił zaprowadzić porządek w sforze bezdomnych i chorych psów. A gdy biegał, trudno było zauważyć brak przedniej łapy. Gdy po kilkunastu latach odchodził od nas, nie było nikogo, kto by nie miał łez w oczach. Wiele osób, które go poznały proponowało nam jego adopcję. Nie zgadzaliśmy się.

Albo Batman, mały piesek, od urodzenia cierpiący na chorobę kości, które kruche jak porcelana, pękały przy byle okazji. Psa wyciągnęliśmy ze schroniska. Pomimo tego że kulał, był radosnym zwierzakiem. Gdy do Przemyśla zawitała ekipa filmowa, aby w jego plenerach kręcić film, potrzebowali psa jako statysty. Wybrali Batmana. Szybko się okazało, że bez problemu poradził sobie z powierzoną mu rolą i stał się ulubieńcem aktorów. Nie trafił już do nas, ale wprost na warszawskie salony. Nie zabrakło go również na premierze filmu. W tej chwili jest ulubieńcem domu jednego z czołowych polskich aktorów. Uzmysłowiło nam to, że nawet kalekie i schorowane zwierzęta, przy odpowiedniej promocji, mają szansę na adopcję. Od tego czasu doskonaliliśmy metody leczenia i przygotowania do oddania do nowego domu bezdomnych psów i kotów. Zaczęły trafiać do Lecznicy psy z terenów wiejskich. Z miejsc oddalonych od miast, w których gminy nie miały podpisanej umowy na odbieranie zwierząt przez schroniska. Jaki byłby ich los gdybyśmy ich nie przygarnęli? Wolimy nie wiedzieć. Zwierzęta zaczęły przechodzić u nas przemianę. Wyleczone i wykąpane coraz mniej przypominały obłocone psiaki, które do nas dotarły. Po kilku tygodniach wypieszczone psy, znajdowały nowych właścicieli, którzy zabierali je do swoich domów. Wielka przemiana. Jeszcze kilka tygodni temu dogorywały przy budzie (zagłodzone i sponiewierane przez życie), teraz wsiadały do nowych ładnych samochodów.

W 2008 roku koszty wyżywienia i leczenia dzikich zwierząt nas przerosły. Musieliśmy założyć fundację (Ośrodek). Dzięki niej możliwe było zebranie funduszy na specjalistyczne leczenie oraz budowę nowych wolier. Od 2010 roku ośrodek stał się Organizacją Pożytku Publicznego i od tego czasu można go wspierać poprzez przekazanie 1 % podatku”.

W chwili obecnej Lecznica i Ośrodek to kompleks trzech budynków o łącznej powierzchni ok. 500 metrów kwadratowych. Dzięki dotacji z Unii Europejskiej udało się go wyposażyć w najnowocześniejszy sprzęt weterynaryjny, pozwalający leczyć zwierzęta wszystkich możliwych gatunków. Nie sposób wyliczyć ich wszystkich. Leczony był tu wielbłąd i lew z odwiedzającego okolicę cyrku, wąż boa, kangur i maleńka egzotyczna żabka. Na terenie Ośrodka znajdują się specjalnie przygotowane woliery do leczenia i rehabilitacji dzikich zwierząt, takie jak lotnia do rehabilitacji ptaków drapieżnych, gdzie ptaki mogą swobodnie latać.

Czy mamy już wszystko?

Oczywiście, że nie. Planów jest dużo. Do największych marzeń należy infrastruktura pozwalająca na leczenie niedźwiedzi, bo obawiamy się, że z biegiem lat coraz więcej z nich będzie ofiarami ekspansji człowieka w środowisko naturalne. Tak samo, jak urządzenia potrzebne do ratowania zwierząt egzotycznych, których coraz większa liczba jest przemycana przez granicę i porzucana. Także najnowsze zdobycze techniki są wielkim marzeniem pracowników Ośrodka. Kamera termowizyjna, pozwalająca z odległości diagnozować schorzenia szczególnie tych najbardziej płochliwych zwierząt, a także monitorować ich powrót do zdrowia. Niewykluczone, że Ośrodek będzie też posiadał pierwszy w Polsce rezonans magnetyczny, który byłby bardzo pomocny w diagnozowaniu chorób u dzikich zwierząt.

 

Radosław Fedaczyński

lek. weterynarii

 

FUNDACJA – OŚRODEK REHABILITACJI ZWIERZĄT CHRONIONYCH/

oraz

LECZNICA DLA ZWIERZĄT
ul. Jana Zamoyskiego 15, Przemyśl
info@lecznica-ada.pl

Podaj dalej!
Share on Pinterest
Share with your friends








Submit

Biuletyn – bezpłatna prenumerata

PAPIERY FOTOGRAFICZNE

Error: Please enter a valid email address

Error: Invalid email

Error: Please enter your first name

Error: Please enter your last name

Error: Please enter a username

Error: Please enter a password

Error: Please confirm your password

Error: Password and password confirmation do not match