Zobacz

Lesław Nowara – Wspólny język

KOLO ZYCIA

Uziemiony

Sąsiad wpatrywał się we mnie dzisiaj jak w niebo,
z tej przyczyny, że mieszkam dwa pietra nad nim,
gdy wychylony z balkonu jak antena
próbowałem odbierać wzmagające się drgania,
coś się wokół burzyło, wzdęte gazety
podobne do żaglówek przepływały obok śmietnika,
a powietrze było rozpalone i wypaczone jak blacha,
na której coraz głośniej skwierczały
błyszczące muchy,
ziemia i niebo wydawały się tak samo płaskie
jak wieczko i denko puszki z sardynkami,
nie wiadomo, z której strony nastąpić miało otwarcie,
tymczasem firanki w oknach rozchylały się jak sukienki,
czułem się podniecony,
mrowiło mnie w karku,
mój kręgosłup jak drut w bezpieczniku
przewodził swobodnie płynące impulsy,
uderzenie miało przyjść z góry i rozgnieść,
na razie jednak gałęzie akacji kiwały się pod balkonem
jak rumpel przy spokojnej fali,
a ja czułem się całkiem bezpieczny
i dobrze uziemiony.

.

Wspólny język

Pobawmy się trochę językiem

mój język lubi się bawić
bawi się twoim językiem
wciąga go do zabawy
sam dając się wciągnąć

oba nasze języki
rozdzielone na początku
rozdwojone na końcu
to jeden wspólny język
który jest częścią ciała
jest językiem ciała
ciałem gry
językowej
która na tym polega
aby oba języki
nawzajem poruszały się w ustach
zamieniając się naszymi ciałami
przechodząc z jednego w drugie
wyciągając się wzajemnie
pokazywały
że są takie same
jakby ktoś je wyrwał
z jednej pary
butów

mój język w twoim języku
porusza się swobodnie
jak każdy żywy język
nie dopuszcza języków obcych
nie posługuje się językami martwymi
nie ucieka się do języków sztucznych

obywa się zupełnie
bez słów

.

Węzeł chłonny

Dlaczego tak przyglądano mi się w windzie?
W rękach trzymałem tylko czarny worek ze śmieciami.
Czy wyglądało, że w worku wynoszę trupa?
Czy winda razem ze mną miała się zapaść
pod ziemię? Czy sam powinienem stanąć na zapadni?
Wtedy jeszcze tak łatwo dawało się to wszystko powiązać,
zasupłać, jak sznurowadła w obu butach.
Miałem zawsze przy sobie takie drobne, oderwane skojarzenia,
pochowane po kieszeniach jak guziki. Ale za mną już
hałaśliwie ciągnęły się większe, podobne do puszek po piwie.
Więc udawałem tylko, że idę, przebierając
w powietrzu nogami. Mając nagle przed sobą tylko jeden koniec
czułem jedynie, że na drugim końcu zaczyna się
kołysać ogromny dzwon, który z każdym szarpnięciem
pociągał mnie coraz mocniej.
Dla równowagi musiałem się uchwycić. Dopiero wtedy
palcami wyraźnie zacząłem wyczuwać guz. Powiększający się
węzeł na szyi. Było za poźno,
aby się odciąć.

.

Po moim trupie

Po moim trupie, który wygląda jak świeżo zrzucona wylinka,
spodziewałem się większej urody – może nie Nefretete,
lecz chociaż mumii średniowiecznego mnicha,
odzianego w resztki habitu z kapturem.
Lecz Tajemnicy żadnej nie było. Wszystko odkryte
okazało się pozbawione skóry i próżne jak czaszka.
Tyle by po mnie zostało, gdybym wówczas się skończył.
Ale był to dopiero punk zwrotny – o 36 stopni,
o powolne spadanie temperatury do zera,
dochodzenia do punktu wyjścia, który znikał
albo się oddalał, na przemian.
Wszystko miało się zacząć od końca, poprzez
naukę chodzenia – w sposób, który niszczy każde buty,
lecz pozwala na żłobienie bruzd w przebywanej
drodze. Tę drogę trzeba było przebyć
jak dziecięcą ospę, ale tak by tym razem
pozostały ślady. Miałem zamienić
długie spodnie na krótkie, a zamiast majtek
założyć tetrowe pieluszki. Jak na przewijanym
do początku filmie kurczyłem się
do rozmiarów plemnika.
Koło się zatoczyło. Linie zbiegły.
Punkty się znowu pokryły.
I wszystko stało się jasne.

.

Odwrót

Zaczynało się od sapania śmieciarki za oknem
tupotu zbiegającego po schodach
windy tłukącej pięściami w stalowe drzwi
Już od samego rana
pośpiech gnieździł się we mnie i wypychał
na uliczny chodnik złożony
z płyt grających rytmy moich kroków
a moje buty waliły jak w bęben
napiętą skórę asfaltu
jakby się zwoływały przeciwko mnie
Jeszcze było ciemno
jeszcze się wychylały zza drzew
duchy nienarodzonych drwali
a drzewa rosły coraz szybciej
żeby rzucać ciężkie jak kłody cienie
Próbowałem je przeskakiwać
tracąc wypadające z kieszeni monety
poranną gazetę i drugie śniadanie
Po co było tak biec
skoro wyprzedzały mnie nawet
kobiety ciągnące siatki z zakupami
i dzieci brodzące po kostki w kałużach
Zatrzymałem się
i od razu wszystko spowolniało
nawet liście na drzewach poruszały się wolniej
Zmrużyłem oczy
jakbym wypatrywał znajomych
nadchodzących z wylotu ulicy
czułem jak światło przeciska się z trudem
przez wąską szczelinę między powiekami
i rysuje we mnie odwrócony obraz
Pod stopami miałem teraz oblodzone chmury
wróble z drzew zwisały tak jak nietoperze
a domy się wspierały na opuszkach anten
Przechodnie byli smutni więc się uśmiechali
omijali mnie przyjaźnie machając nogami
Nastawało święto dla świętych
budzenie się do życia wiecznego
Na amen

.

Lesław  Nowara

 

O autorze:

Screenshot 2016-01-29 22.50.05

Lesław NOWARA (ur. 1963).

Prawnik z wykształcenia. Poeta, aforysta, felietonista. Debiutował na łamach prasy literackiej w 1983 roku.

Opublikował 8 tomów wierszy :  Suknia z papieru i brązu” (1987),   „Zielona miłość”, (1991), „Dom o zielonych oknach” (1993); „Trzecie oko”, (1996),   „Rosyjska ruletka” (1999),  „Kokon” (2001),  „Cichociemno” (2006),  „Kropka i Kreska”, (2013).

Mieszka w Gliwicach.

Podaj dalej!
Share on Pinterest
Share with your friends








Submit

Biuletyn – bezpłatna prenumerata

PAPIERY FOTOGRAFICZNE