Zobacz

Krzysztof Niewrzęda – Moja berlińska mitologia (1)

screenshot-2017-01-09-22-44-03

Po raz pierwszy do zjednoczonego Berlina przyjechałem w dziesięć lat po obaleniu Muru. Zostałem zaproszony przez Literarisches Colloquium i miałem możliwość zostać w Berlinie przez tydzień. Skorzystałem z tej okazji i codziennie włóczyłem się po ulicach miasta, które coraz bardziej mnie zachwycało. Aż w końcu postanowiłem w nim zamieszkać. Ale nim do tego doszło musiały minąć jeszcze dwa lata. Zorganizowanie przeprowadzki okazało się bowiem dosyć skomplikowane. Gdybym jednak wtedy nie spędził tych kilku dni w Berlinie, być może nadal mieszkałbym w Bremie.

Instytucja, którą odwiedziłem, onieśmielała mnie. Przy wsparciu Fundacji Forda, powołał ją do życia profesor Walter Höllerer. “Należał on do ludzi wzbudzających zaufanie” – napisał o nim Witold Gombrowicz – „Nie wątpiłem, że jako profesor musiał być wybitnym profesorem, a jako organizator doskonałym organizatorem, niemiecka zdolność biła mu z oczu, z ruchów, ze słów… Ale Höllerer miał jeszcze tę cechę, że był tyleż profesorem, co studentem, miał, widać to było, wesołą duszę bursza…”

W 1961 roku Literarisches Colloquium otrzymało od zachodnioberlińskiego senatu willę nad Wannsee. I tak rozpoczęła się jej literacka historia. Od tego czasu gościli w niej najwybitniejsi pisarze minionego stulecia. Ja zaś znalazłem się tam dzięki programowi Polen 2000. Bo to był ten rok dla Polski. Targi książki we Frankfurcie, wywiady, wieczory autorskie i tym podobne imprezy. Polscy pisarze mieli swoje pięć minut. Jak rok wcześniej pisarze węgierscy i rok później greccy. Choć trzeba przyznać, że polscy autorzy mieli więcej szczęścia. Przede wszystkim dlatego, że w trakcie Polen 2000 nie toczyły się medialne konflikty zbrojne. Węgrom trudniej było zaciekawić swoją ofertą niemieckich wydawców. W tym czasie wszyscy starali się bowiem wykorzystać koniunkturę na Jugosławię i Albanię. Grecy natomiast znaleźli się w jeszcze gorszym położeniu. Wiadomo – 11. września 2001! No i głównymi bohaterami greckich targów zostali talibowie. W roku 2000 wojna w Jugosławii i w Albanii już się wydawcom znudziła, zaś w książki o bin Ladenie nie warto było jeszcze inwestować. Naszą literaturę promowano więc w takiej ilości, że zabrakło w końcu autorów do promowania. Dlatego przypomniano sobie o polskich pisarzach mieszkających w Niemczech. No i tak trafiono również do mnie. A ja do Literarisches Colloquium. Ja – dopiero od kilkunastu miesięcy wpisany w rejestr poetów dzięki tomikowi wierszy. Ja – dopiero od pół roku namaszczony, za sprawą wydania powieści, której nie zdążono nawet zrecenzować i którą wtedy przeczytali chyba tylko poszukiwacze książek pachnących drukarską farbą.

Byłem zaskoczony. Ale i dumny jakoś. No bo jednak – ja. Tu, gdzie tak wielcy i jeszcze więksi pisarze byli. Gdzie nobliści. Tu i ja byłem. Przyjechałem. Zamieszkałem. Czytać miałem swoje wiersze, a prozę moją aktor miał czytać. Wokół na ścianach portrety tych wszystkich wielkich wisiały, a ja siedziałem między nimi i tłumaczka obok, i moderatorka, i ten właśnie aktor. Przed nami zaś publiczność. Nobliwa w większości. Siwe włosy, okulary w złotych oprawkach. Beże, popiele, białe koszule. I bardziej zróżnicowana grupka polskich artystów. Byłem przejęty. Coś powiedziałem i zacząłem od wierszy. Ani przez chwilę nie myślałem o tym, żeby odmówić. Po co? Skoro mogłem – ja – tu gdzie oni wszyscy czytali. Gombrowicz w swoim dzienniku napisał, że odmówił. Tylko czy on odmówił aby naprawdę. Może tylko to “odmówienie” pasowało mu bardziej do dziennika. Zresztą on mógłby nawet odmówić. No, bo kto przed nim czytał w tym Literarisches Colloquium. Nikt jeszcze. Żaden z noblistów. A przede mną… Ale Gombrowicz przecież samemu sobie by nawet nie odmówił. Chyba że rzeczywiście – z tą swoją “niemczyzną ledwie coś tam bełkoczącą”. Moja niemczyzna natomiast była do zaakceptowania. Czytałem zatem. A potem aktor moją prozę zaczął czytać, a ja słuchałem. Słuchałem i przyglądałem się siwym głowom, okularom w złotych oprawkach, beżom, popielom, białym koszulom oraz grupce polskich artystów. Słuchałem i słuchałem. Nie tak jak Gombrowicz, że niby słuchałem i nie słuchałem. Nie. Żaden gombrowiczowski hak mnie nie rozpraszał. Słuchałem. W przeciwieństwie do Gombrowicza żadnego haka nie zauważyłem w ścianie. Żadnego haka nie było. Może ktoś go usunął, po przeczytaniu berlińskich zapisków Gombrowicza. Może wyrwał ten hak ze ściany, żeby inni pisarze się na nim nie wieszali. No, bo jak by to wyglądało, gdyby każdy pisarz w Literarisches Colloquium do tego haka się przyczepiał. Albo gdyby nawet udawał tylko, że się przyczepia. Toż to byłoby nie do udźwignięcia. Sam hak by tego nie wytrzymał. Słuchałem więc. Aktor czytał. Publiczność milcząca też chyba słuchała. Słuchaliśmy więc razem. A potem oklaski, jak Gombrowicz miałem. Byłem więc przejęty straszliwie i podekscytowany. Tym bardziej, gdy myślałem o tych wszystkich sławnych mieszkańcach willi nad Wannsee. A myślałem o nich nieustannie i tego pierwszego dnia i później.

Wchodząc po schodach, dotykając poręczy i klamek, poszukiwałem śladów, które mogli po sobie zostawić najwybitniejsi. Wydawało mi się, że wszystkie zadrapania, wgłębienia oraz rysy były dowodem ich obecności w tym domu. I przyglądałem się ścianom i sprzętom, jakbym spodziewał się, że znajdę na nich wyskrobane podpisy Celana albo Italo Calvina, Eliasa Canettiego lub Johna Dos Pasosa. Ale nawet Allen Ginsberg i Ingeborg Bachmann nie wpadli na to, żeby w widocznym miejscu wyryć nożem swoje inicjały. Mimo to wciąż towarzyszyły mi jakieś egzaltowane projekcje. Siedząc w jadalni wyobrażałem sobie, że przy tym samym co ja stole jadał pewnie Josif Brodski, Bohumil Hrabal lub Toni Morrison. Leżąc w łóżku myślałem o tym, czy wcześniej spał w nim Friedrich Dürrenmatt, Max Frisch, czy może Octavio Paz. I coraz ciaśniej robiło mi się w tym łóżku i w moim pokoju, a nawet w tej wielkiej wilii. Bo ich wciąż przybywało. Z Noblami, z książkami, które weszły do historii światowej literatury, z legendami. Dla mnie pozostawało coraz mniej miejsca. Wychodziłem więc z tej literackiej świątyni zaraz po śniadaniu, żeby uwolnić się od samoistnie potęgujących się afektacji.

Na zewnątrz jezioro spokojnie rozlewało się wśród pozostałości lasu, przyciętego do rozmiaru okalających wodę alei i miejskiego parku. Między drzewami, na wznoszącym się brzegu Wannsee, odszukałem samotny grób Heinricha von Kleista. Tam, gdzie niemiecki pisarz wraz z Henriettą Vogel popełnił samobójstwo. A właściwie tam, gdzie zabił Henriettę, a potem siebie. Upamiętniający owe wydarzenia kamień przyciąga gości Literarisches Colloquium. Pielgrzymują więc do niego pisarze uznani, znani i nieznani. Poszedłem zatem i ja, chociaż von Kleist, jako autor, nigdy nie zaznaczył się szczególnie wyraźnie w moich poszukiwaniach. Postrzegałem go raczej jak literackiego bohatera. Stworzony był bowiem jakby ku przestrodze dla kuszonych pychą i wiarą w nieprzeciętność. Histeryczny, egzaltowany, pretensjonalny. Irytujący. Nawet gdy postanowił się zabić, zadbał jeszcze o odpowiednią scenografię i o towarzystwo. No, bo to przecież on nakłonił Henriettę Vogel do samobójstwa, a nie ona jego. I nie była to śmierć dwojga kochanków, pragnących ostatecznie przypieczętować swoją miłość. Była to śmierć chorej na raka kobiety, towarzysząca śmierci pisarza, który utracił wiarę w sens życia po lekturze dzieł Kanta. Kant uświadomił bowiem Kleistowi, że za życia nie można zgromadzić wartości, dających się przenieść w zaświaty. Ta nad-interpretacja, czy raczej błędna interpretacja filozofii Kanta, stała się więc powodem śmierci Kleista. Ach! Ach-ach! Ot, prawdziwy poeta. Najprawdziwszy. Lecz nim ta jego śmierć nadeszła, to jeszcze służba musiała się nieźle nabiegać, żeby w odpowiednim miejscu, nad jeziorem, stół ustawić i zastawić. Bo Kleist przy stole postanowił się zastrzelić. A do tego piwo było i rum, i bulion nawet. I jak się to miało do utraty wiary w sens istnienia? Stachura to się przynajmniej pod pociąg rzucił. I to nie po lekturze Kanta, tylko po zbyt długim obcowaniu z demonami. Co prawda sam je sobie wyhodował. Ale jednak. A jakże w końcu skromny i racjonalny okazał się Witkacy. Po cichu, pod drzewem, bez żadnego show. Co prawda też próbował w towarzystwie lecz nie po lekturze Kanta. I nawet nie z powodu demonów, choć wyhodował ich przecież całe stada. Krótko je jednak trzymał. Samobójstwo zaś popełnił ze względu na niezapowiedzianą wizytę sąsiadów. Nie chciał bowiem znaleźć się ani w niemieckim kacecie, ani w radzieckim gułagu.

Ale trzeba przyznać, że śmierć Kleista i jego przyjaciółki doskonale wpisuje się w atmosferę okolicy. Bo właśnie nad Wannsee, sto dwadzieścia lat później, tak wiele myślano o śmierci i tak metodycznie ją planowano. W malowniczym krajobrazie wokół berlińskiego jeziora swoje siedziby mieli przecież hitlerowscy bonzowie. Także Joseph Goebbels. Willa należąca obecnie do Literarisches Colloquium w czasach Trzeciej Rzeszy również wpisała się w hitlerowską rzeczywistość. Dom ten należał bowiem do Oberkomando der Kriegsmarine i pod jego dachem powstawały, między innymi, projekty torped z samobójczą załogą. W styczniu 1942 roku właśnie w Wannsee odbyła się natomiast konferencja, podczas której ustalono, jak powinno przebiegać “Ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej”. Inicjatorem i przewodniczącym tej konferencji był Reinhard Heydrich. To jemu podlegały wszystkie instytucje nazistowskiej represji – od gestapo począwszy. Ten Heydrich znany był ze swojej zoologicznej nienawiści do Żydów. Kiedy popił, strzelał z pistoletu do swojego odbicia w lustrze, krzycząc: “Paskudny Żyd!”. A wszystko to z powodu drugiego męża swojej babki. Nie był on właściwie dziadkiem Heydricha, ale odgrywał tę rolę w rodzinie. No i był Żydem. Dlatego w dzieciństwie Heydrich nie raz został za żydostwo pobity przez swoich kolegów na podwórku. I nawet w szczytowym okresie swojej kariery uchodził za “spokrewnionego z żydowską rasą” – jak ujmowała to nazistowska nomenklatura. Nie mógł więc swojej babce wybaczyć tego drugiego małżeństwa. Nie mógł pewnie również wybaczyć sobie. Tego, że kiedyś przytulał się do swojego dziadka nie-dziadka. On – szef RSHA, który chciał wymordować wszystkich Żydów i chciał żeby wszyscy widzieli w nim super-nordyka i nadczłowieka.

Znam takich berlińczyków żydowskiego pochodzenia, którzy do dzisiaj nie jeżdżą nad Wannsee, żeby nie trafić tam przypadkiem na ducha Heydricha. Lecz podobnego ducha można spotkać i w innych zakątkach Berlina. Bo miejsc, które stanowiły scenografię do najbardziej przerażających wydarzeń dwudziestego wieku jest w stolicy Niemiec jeszcze bardzo dużo. Począwszy od budynku byłego Reichstagu. Nic dziwnego, że w Berlinie zrodziła się konieczność zacierania śladów, które pozostały po poprzednich właścicielach wielu istniejących do dzisiaj gmachów. Chociaż wiele z nich również wyburzono, dokańczając wojennego zniszczenia i postawiono na ich miejscu nowe. Jedynie przy Wilhelmstraße wciąż czeka jeszcze pusta parcela. Ustawiono na niej co prawda kilka baraków i ogrodzono ją płotem, ale tylko po to, żeby wyglądała jak plac budowy. Tak naprawdę nic się tam bowiem nie dzieje, ponieważ pod barakami znajduje się zasypany bunkier Hitlera. Jego masywna konstrukcja uniemożliwia całkowite wyburzenie wstydliwej pozostałości. Dość problematyczne jest zatem wzniesienie w tym miejscu jakiejś napawającej optymizmem budowli, która skutecznie przydusiłaby wypełzające spod ziemi wspomnienia. Dużo łatwiej poradzono sobie swego czasu z pozostałościami Neue Reichskanzlei, która znajdowała się nieopodal. Dziś na jej miejscu stoją więc budynki mieszkalne, a to co zostało po dziele Alberta Speera można oglądać jedynie na stacji metra przy Mohrenstraße. Tam bowiem ściany i podłogi wyłożono okładzinami tworzącymi kiedyś wystrój wnętrz Kancelarii Rzeszy. Jeśli ktoś ma zatem szczególną ochotę na to, by stanąć na marmurze, po którym stąpał Führer, albo popatrzeć, jak tłumy białych i kolorowych obcokrajowców – w tym Żydów i Słowian – chodzą po płytach, na których najbardziej znani rasiści salutowali przed swoim wodzem, strzelając kopytami – to zapraszamy na U-Bahnhof Mohrenstraße.

Nie wszystkie jednak skompromitowane przez historię budynki można było rozebrać i o nich zapomnieć. Nadano im zatem nowe funkcje. Dlatego monumentalną siedzibę Ministerstwa Lotnictwa Rzeszy, w której urzędował Hermann Göring, przekształcono w siedzibę Ministerstwa Finansów, a budynek dawnego Banku Rzeszy przyznano Ministerstwu Spraw Zagranicznych. I tak metamorfoza stała się dla stolicy Niemiec metodą na osiągnięcie katharsis. Siegessäule kojarzy się więc bardziej z Love Parade niż z symbolem pruskiego zwycięstwa, zaś Reichstag z akcją Christo i nowoczesną kopułą widokową, a nie z niemieckimi wyborami z 1933 roku. W związku z tym sprzedawane na pchlim targu żeliwne popielniczki z hitlerowskimi symbolami, które stały na biurkach nazistowskich urzędników i oficerów, wzbudzają teraz wyłącznie zainteresowanie zagranicznych turystów. Mogłem się o tym przekonać podczas tej pierwszej wizyty w zjednoczonym Berlinie. Przez dłuższą chwilę stałem w pobliżu straganu obserwując dwóch murzynów, którzy oglądając takie popielniczki powtarzali: “cool, cool”. W końcu zapłacili za nie i schowali je w kieszeniach. A ja poszedłem dalej myśląc o tym, że nawet Brama Brandenburska, która dziesiątki lat była symbolem zamknięcia, wszystkim kojarzy się obecnie z szampanem wypijanym przez tłumy corocznie w Sylwestra. Ludzie przechodzą przez nią z wschodniej strony na zachodnią i z zachodniej na wschodnią. Tak jak i ja mogłem przejść wtedy po raz pierwszy – po to, żeby przypomnieć sobie Berlin, który kiedyś tak dobrze znałem.

Mieszkając w Szczecinie, często przyjeżdżałem do wschodniego Berlina. Stolicę NRD znałem właściwie od dziecka. To tu na przykład, w Kaufhausie przy Alexanderplatz, po raz pierwszy jechałem ruchomymi schodami. Miałem chyba cztery lata. A może tylko trzy. Nie wiedziałem nawet, że jestem w Berlinie. Pamiętam jednak, jak mama powiedziała, że właśnie w tym sklepie kupiła mi moje niebieskie buty, które miałem wtedy na nogach. Jadąc w górę ruchomymi schodami, patrzyłem na te buty i na rowki w metalowej powierzchni stopnia, na którym stałem. Widzę je na tle tych rowków do tej pory. I do tej pory pamiętam, co mówiła mama. Lecz jak dojechałem na górę? Jak udało mi się zejść z ruchomych schodów? Nie wiem. Przypominam sobie natomiast, że mama rzeczywiście kiedyś wyjechała. Ja zostałem tylko z ojcem. I wydawało mi się, że trwało to strasznie długo. Chociaż później dowiedziałem się, że ten wyjazd mojej matki do Berlina był zaledwie dwudniowy. Ale wtedy dzień był ogromną częścią życia. Godzina nawet. A co dopiero dwa dni. Gdy po latach próbowałem złożyć w całość zapamiętane obrazy, przypomniałem sobie, że mama płakała wsiadając do autobusu – takiego z wysuniętym tyłem. A zatem do węgierskiego ikarusa, który był dosyć komfortowy, jak na tamte czasy. Tylko że nie było to najważniejsze, skoro mama płakała. Ja natomiast myślałem najprawdopodobniej, że już nigdy jej nie zobaczę, ponieważ płakałem coraz bardziej. Ale ona oczywiście wróciła po tych dwóch dniach. I wsiadając do autobusu na pewno wiedziała, że wróci. W przeciwieństwie do mnie, bo ja nic jeszcze nie wiedziałem.

Szczególnie często zacząłem jeździć do wschodniego Berlina, gdy wręczono mi tymczasowy dowód osobisty. Do wyrobienia tego dowodu, zarówno mnie jak i całą moją klasę, namówił nasz wychowawca. Choć należałoby raczej powiedzieć: zmusił – skoro obniżył stopnie z zachowania wszystkim, którzy w wyznaczonym terminie nie złożyli podań. Ten nasz wychowawca był nauczycielem języka niemieckiego i postanowił wozić nas za Odrę na pogawędki. Marzyła mu się jakaś wymiana młodzieży, czy coś takiego. Lecz nic z tego nie wyszło. Z nauki niemieckiego też zresztą nic. Bo zamiast nas uczyć, ciągle omawiał problemy klasowe. Nie miało to oczywiście nic wspólnego ze społecznymi podziałami. Nasze problemy klasowe sprowadzały się do piętnowania tych, którzy nie dostarczyli właściwej ilości makulatury albo nie wpłacili odpowiedniej sumy skarbnikowi na bilety do teatru lub jakieś kwiaty. Równie dużo czasu poświęcano tym, którzy nie wypożyczyli co najmniej czterech książek w miesiącu ze szkolnej biblioteki. Nic dziwnego, że w klasie maturalnej bezbłędnie potrafiliśmy powiedzieć po niemiecku jedynie: “Die Woche hat sieben Tage: der Montag, der Dienstag, der Mittwoch, der Donnerstag, der Freitag, der Sonnabend und der Sonntag”. Wiedzieliśmy więc, że nasz wychowawca był wyjątkowym kretynem. Baliśmy się jednak jego dyktatorskich ambicji uhonorowanych tytułem harcmistrza PRL. Aż dziwne, że w końcu to my wykończyliśmy jego, a nie on nas. Trafił go bowiem zawał i musiał nas odstąpić komuś innemu. Ale połowę uczniów z naszej klasy zdążył ze szkoły wyrzucić.

Fakt – trochę byliśmy trudni. I raczej niechętnie współpracowaliśmy z gronem pedagogicznym. Podczas lekcji zdarzały się nam happeningi z płomieniami i palenie papierosów przy uchylonym oknie. Czasem także picie wina spod ławki. Szczególnie nadawały się do tego projekcje filmów edukacyjnych, które odbywały się w zaciemnionych salach. No bo wtedy projekcje mogły odbywać się jedynie przy użyciu projektora, a nie magnetowidu i telewizora, jak ma to miejsce dzisiaj. A projektor – wiadomo – potrzebuje odpowiedniego nastroju. Również my ulegaliśmy temu nastrojowi i korzystaliśmy z naszych rozrywek. Jednak tylko wtedy, gdy nie przeszkadzało to tak zwanym profesorom lub tak zwanym profesorkom. Krótko mówiąc: jeśli umykało to ich czujności. A trzeba przyznać, że ta czujność w naszej szkole nie była przesadna. Wystarczy nadmienić, że na niektórych lekcjach swobodnie można było czytać gazety. I dodać, że kiedyś gazety to były gazety. Nie to co teraz – jakieś takie… Nie. Kiedyś jak się rozłożyło gazetę, to ona na szkolnej ławce ledwie się mieściła. Formatu A-1 była, a nie A-4, który byle jakim zeszytem można przykryć. Tak. I takie gazety można było niepostrzeżenie czytać. Czujność tak zwanego profesora czy tak zwanej profesorki wzbudzał dopiero swąd dymu roznoszący się w sali, po tym, jak któryś z chłopaków podpalał czytającemu czytaną gazetę. Ale tego rodzaju akcje artystyczne nigdy nie miały miejsca na lekcjach prowadzonych przez naszego wychowawcę. On miał czujność wzmożoną i reagował zanim doszło do jakiegokolwiek happeningu. Działał profilaktycznie. Jak cenzor. Nim ktokolwiek zdążył wprowadzić w życie jakikolwiek zamiar. Dzięki temu nadrabiał za pozostałych nauczycieli. Do tego stopnia, że gdyby obliczyć średnią czujność na jednego tak zwanego profesora, to mimo iż pozostali mieli jej mniej więcej tyle co misie koala i tak nasza szkoła mogłaby wypaść ponad przeciętną.

Inicjacyjna wycieczka do Berlina nie była jednak jeszcze zapowiedzią konfrontacji, która później miała nam permanentnie towarzyszyć w kontaktach z wychowawcą. Jego hipernormalna czujność w ogóle się jeszcze nie ujawniła. Może dlatego, że dopiero się poznawaliśmy. Cieszyliśmy się więc z tego wyjazdu. Prawie każdy z nas miał po raz pierwszy wyjechać za granicę bez rodziców. I dla wszystkich było to dosyć kuszące. Dla mnie nawet bardziej. Kilka lat wcześniej, w ramach zawodów pływackich, spędziłem bowiem dwa dni w Berlinie wyłącznie pod opieką trenera – a zatem prawie bez opieki. Wiedziałem więc, jak można zaszaleć. Co prawda wtedy oprócz kieszonkowego od rodziców otrzymaliśmy jeszcze diety, które wypłacono nam w enerdowskich markach. Były one nagrodą za wygrane w Berlinie wyścigi i pobicie, przy okazji, kilku rekordów Polski. Oczywiście w kategorii juniorów. I to młodszych, dla których kilkadziesiąt enerdowskich marek było ogromną ilością pieniędzy. Mogliśmy za nie kupić jabłka w lukrze, kolorowe pisaki i piórniki zamykane na błyskawiczny zamek, na których szczególnie nam zależało. Znowu więc Kaufhaus okazał się bardzo ważnym miejscem.

Mimo obecności naszego wychowawcy i braku jakichkolwiek diet nasza pierwsza wycieczka do Berlina udała się. Co prawda, nie obyło się bez wpadek. Na przykład, na zwiedzanie nie starczyło nam w ogóle czasu, ponieważ autobus miał po drodze awarię i kierowca ponad dwie godziny grzebał przy silniku. A potem godzinę zmarnowaliśmy czekając w kolejce po bilety na wieżę telewizyjną. Na szczęście było śmiesznie, ponieważ wychowawca zabronił nam mówić po polsku. Mieliśmy udawać młodych “dederonów”, żeby mniej zapłacić za wstęp na tę wieżę. Paląc głupa, powtarzaliśmy więc w kółko: “Ja, ja Volkswagen”, aż w końcu nasz Gruppenführer stwierdził, że kolejka przesuwa się zbyt wolno i pozwolił nam iść na zakupy. Nie zastanawiając się długo, ruszyliśmy na Kaufhaus, gdzie dziewczyny kupiły sobie banany w czekoladzie i lukrowane jabłka, a niektóre również papierosy oraz buty, chłopaki natomiast piwo, papierosy i wermuty. Potem, wracając, otworzyliśmy kilka butelek tego piwa w autobusie i piliśmy je ukradkiem w ciemnościach, przytulając się do dziewczyn.

W ten sposób sprawdziliśmy, że dzięki tymczasowemu dowodowi osobistemu możemy samodzielnie przekraczać granicę. No i zanim Honecker tę granicę zamknął, bojąc się Solidarności, odwiedziliśmy „dederonów” co najmniej kilkanaście razy. Do Berlina zaś jeździliśmy nawet na wagary. Było to bardziej atrakcyjne zajęcie, niż przesiadywanie na murkach, plucie pod nogi i palenie papierosów. Zresztą w pociągach nie musieliśmy rezygnować z palenia. Do tego, z każdej wyprawy wracaliśmy zaopatrzeni w kilka butelek wykwintnego, jak na tamte czasy, wermutu i porządne piwo. Co prawda piwo to było dosyć gorzkie, ale przynajmniej nigdy nic w nim nie pływało. W odróżnieniu od piwa produkowanego w Polsce, w którym można było znaleźć nie tylko jakieś specyficzne farfocle, ale również muchy lub zadziwiające gluty. Nasze podróże były więc podporządkowane zakupom. Wygłupy w pociągu, zakupy, trochę włóczenia się po Alexanderplatz, picie piwa, palenie papierosów i znowu pociąg z wygłupami. Chyba że Kaufhaus miał w ofercie sokowniki albo szybkowary. Ustawialiśmy się wtedy w kolejkach. Bo sokownik bądź szybkowar, po sprzedaniu w Polsce, dawał pewną niezależność finansową. No i możliwość kolejnego wyjazdu do Berlina po nową dostawę wermutów. Dzięki temu unikaliśmy zaczadzenia oparami dwutlenku siarki dodawanego do tak zwanych “win” krajowych i mogliśmy jeszcze zaimponować naszym koleżankom, przygotowując od czasu do czasu imprezy na podwyższonym poziomie. Nie był to Pewex, ale nie mieliśmy przecież zamiaru z każdego dnia robić Sylwestra. Na co dzień wystarczały nam Bocci i Ciociosany – do picia oraz Cabinety – do palenia. Koleżankom chyba też, bo chętnie przychodziły. Korzystając z wolnej chaty, u któregoś z nas, robiliśmy więc prywatki. Piliśmy, paliliśmy, tańczyliśmy, a potem całowaliśmy się po kątach z dziewczynami. Nieraz próbowaliśmy nawet czegoś więcej. Raczej się to jednak nie udawało ze względu na złe warunki mieszkaniowe w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Zawsze za mało było pokoi i za dużo wtargnięć do zajętych już pomieszczeń. Dziewczyny stawały się więc zazwyczaj nerwowe i niechętne do wykraczania poza grę wstępną.

Nie tylko alkohol był wyznacznikiem wyższego poziomu naszych imprez. Łażąc wokół Placu Aleksandra, znaleźliśmy bowiem Polski Instytut Kultury, a w nim płyty SBB, za które byliśmy wtedy gotowi zapłacić każde pieniądze. Znane były przecież przypadki, gdy za jedną płytę SBB proponowano w Szczecinie nawet dwie płyty Pink Floyd lub King Crimson. I nic. Bo w Szczecinie zawsze łatwiej można było “załatwić” płyty zachodnie niż polskie. I nagle my, w centrum Berlina, mogliśmy kupić za grosze nie tylko tę płytę, którą SBB nagrało dla Amigi, ale również „trójkę” i Ze słowem biegnę do ciebie.

Gdy w roku 2000 po raz pierwszy przyjechałem do zjednoczonego Berlina, kilkakrotnie próbowałem dostać się do Polskiego Instytutu Kultury. Niestety – bezskutecznie. Za każdym razem był on zamknięty. Bez względu na to czy znalazłem się w jego pobliżu rano, czy po południu. Zaglądałem więc tylko przez wielkie witryny i wpatrywałem się w przepastną pustkę, budzącą skojarzenia z zagładą po wybuchu bomby neutronowej. A takie projekcje przychodziły mi nadzwyczaj łatwo, ponieważ nieprzyjazna szarość za szybami, przypominała scenografię z filmów Piotra Szulkina. Znałem ten instytut jedynie z opinii, które docierały do mnie z wielkiego świata. A to z prasy polonijnej, a to z opowieści mieszkających w Niemczech, choć oczywiście polskich, pisarzy. I najczęściej były to opinie mało pochlebne. Ale i tak wzbudzały one jedynie moją zazdrość. No bo w Bremie nie miałem przecież nawet namiastki tego, co redaktorzy polonijnej prasy i moi koledzy pisarze tak bardzo krytykowali. Zdany na działające nad Wezerą Towarzystwo Krzywienia Kultury Polskiej – organizujące wyłącznie jakieś disco-polowe bale dla zdobycia kasy lub smętne imprezki z bigosem i rozstrojonymi fortepianami – nie mogłem nie zazdrościć. Tym bardziej, gdy w końcu zrozumiałem, że polską kulturę w tym hanzeatyckim mieście upowszechniało, tak naprawdę, wyłącznie kilku moich znajomych. No bo to oni stanowili najbardziej znaczące pod tym względem grono, a ja – jak się później okazało – wraz z nimi. Udało się nam nawet, przez pewien czas, wspólnie podziałać dla polskojęzycznej publiczności. W tym celu założyliśmy zresztą interdyscyplinarną grupę artystyczną, która przybrała nazwę NAS-TU. I rzeczywiście była to grupa dosyć interdyscyplinarna: malarz i piosenkarz, fotografik i muzyk, poeta, konceptualista oraz projektant kostiumów teatralnych. Organizowaliśmy wieczory literackie, happeningi, wystawy malarstwa, fotografii i obiektów oraz recitale poezji śpiewanej i w ogóle jakieś towarzyskie życie na poziomie wyższym od koncertów piosenki biesiadnej. Nawet Niemcy do nas przychodzili i Helmut Nadolski, bo też mieszkał w Bremie. A kto jak kto, ale twórca Requiem dla Van Gogha zawsze był dosyć wybredny. Publiczność nie wyrosła jednak w sumie ponad kilkadziesiąt osób, książek sprzedaliśmy może kilkanaście, do tego kilka obrazów i tylko rozmów było trochę więcej. Gdzież nam było porównywać się więc z jakimkolwiek ośrodkiem kierowanym przez profesjonalistów.

Zaglądając przez wielkie witryny Polskiego Instytutu Kultury nie znajdowałem jednak w przepastnej pustce śladów czegoś, czego mógłbym zazdrościć. Wpatrywałem się więc raczej w moje wspomnienia, przypominając sobie, jak niezwykłe rzeczy można było kupić w tym instytucie w czasach, gdy do stolicy NRD przyjeżdżałem na wagary. No bo oprócz płyt SBB sprzedawano tam wtedy także reglamentowane w Polsce książki, encyklopedie i słowniki. A nawet Kuchnię polską, którą najczęściej kupowali polscy turyści. A że my uprawialiśmy podobny rodzaj turystyki, zaczęliśmy korzystać z oferty przygotowanej dla wschodnioniemieckich miłośników naszej kultury. Do listy zakupów dołączyliśmy więc i słowniki i Kuchnię polską. Kilka razy złożyliśmy się także na encyklopedię.

Wtedy można było rzeczywiście zarobić na książkach. Obywatele książki zbierali. Wielu też je czytało. Nie tak jak teraz. Tylko: VHS-y, CD, DVD, MP3 i CDR-omy. Mieć bibliotekę to było coś. Można było na taką bibliotekę nawet dziewczynę poderwać. Szczególnie jeśli miało się w niej Stachurę, Witkacego bądź Gombrowicza. Albo Marqueza lub Cortazara. Anty-rewolucjonistki leciały też na Orwella i Sołżenicyna. W ogóle społeczeństwo garnęło się do wiedzy i sztuki. Co prawda przede wszystkim do sztuki kulinarnej. Jednakże obywatele książki kupowali i chcieli mieć w domu. Nawet leksykony i słowniki. Chociażby Słownik wyrazów obcych i Słownik poprawnej polszczyzny. Wielu też było chętnych na Słownik frazeologiczny. A już każdy potrzebował Kuchni polskiej. Mimo że żadnego z podanych w niej przepisów nie można było właściwie w ojczyźnie zrealizować ze względu na permanentny brak wszelkich składników. Encyklopedię natomiast musiał mieć ten, kto chciał uchodzić za człowieka kulturalnego. I to czterotomową. Żeby móc do niej zajrzeć nie tylko przy rozwiązywaniu krzyżówki. Do tego wystarczała jednotomowa. Ale jeśli chciało się coś sprawdzić podczas oglądania Wielkiej gry, musiała być czterotomowa. Dlatego opłacało się inwestować w encyklopedie. Bardziej niż w szybkowary. Przebicie było bowiem kilkakrotnie większe. Tylko że encyklopedia sporo kosztowała. Spółki zaś nie były korzystne ze względu na organizację zbytu. Jeden patrzył na drugiego, na encyklopedii zbierał się kurz, a spora suma pieniędzy pozostawała zamrożona. Dlatego rozsądniejszy był reeksport Kuchni polskiej i słowników.

Do Polskiego Instytutu Kultury chodziliśmy jednak głównie po płyty SBB. No bo kupowaliśmy je nie tylko dla siebie, ale i dla naszych znajomych. A ponieważ każdy słuchał tych płyt godzinami, w dość krótkim czasie mocno się zużywały. Do tego stopnia, że trzaski stawały się głośniejsze od muzyki. Przywoziliśmy więc nowe egzemplarze. I w końcu i my i nasi kumple mieli zazwyczaj po trzy z każdego tytułu. Na byle jakie słuchanie w dużym gronie, na słuchanie skupione i wreszcie na takie od święta, gdy nie potrzebne było ani towarzystwo, ani żadne dopalacze. Muzyka SBB była bowiem wystarczającym środkiem lokomocji, jeśli chciało się “odlecieć”. Poza tym słuchając jej, uczyliśmy się w jaki sposób panować nad rytmem i dźwiękami układającymi się w transowe podróże. Prawie każdy z nas grał już wtedy na jakimś instrumencie i za wzór stawialiśmy sobie właśnie Skrzeka, Lakisa i Piotrowskiego, ponieważ tylko im tak naprawdę udało się wyzwolić z muzycznej peerelowskiej konfekcji lat siedemdziesiątych. Splatając pełną energii radykalną awangardę z rockiem, bluesem, balladą, jazzem i klasyką, w której pojawiały się kompozycje Chopina, wymykali się poza wszelkie konwencje i podziały. My też tak chcieliśmy. Całymi dniami ćwiczyliśmy więc w domach. Dla moich kolegów nie było to aż tak problematyczne. Oni starali się dorównać Skrzekowi i Lakisowi. Ja natomiast Piotrowskiemu. A granie na perkusji, przez kilka godzin dziennie, w budynku z wielkiej płyty nie wchodziło w rachubę. Sąsiedzi nie wytrzymywali nawet godziny. Dlatego kilkakrotnie próbowali zniechęcić mnie do ćwiczenia. Składali skargi, pisali donosy. W końcu podali mnie na kolegium. Wygrałem jednak, pokazując odpowiednią „bumagę” ze Szczecińskiej Agencji Artystycznej, zaświadczającą o tym, że jestem uprawniony do walenia w bęben. Tę bumagę dostałem dzięki uczestnictwu w przeglądach zespołów rockowych. Jednakże za pół litra Bałtyckiej i… Za kupioną w Berlinie płytę SBB nagraną dla Amigi. Ale to, że wygrałem sprawę przed kolegium, nie zdemoralizowało mnie na tyle, bym chciał moich sąsiadów sterroryzować. Ćwiczyłem więc najczęściej uderzając pałkami w hokejowe krążki przytwierdzone do deski. Chodziłem z tą deską nawet do kumpli, żeby u nich postukać przy gitarach. No bo w moim pokoju z perkusją nie mieściły się im już gryfy. Potem na próbach w garażach albo w jakichś kanciapach, wreszcie w salach gimnastycznych i w końcu w studenckich klubach próbowaliśmy mierzyć się z ideałem. I we wszystkich zespołach w jakich kiedykolwiek się znalazłem zawsze ideałem tym było SBB.

Nie tylko my uczyliśmy się artystycznej wolności, słuchając SBB. Także w NRD była to grupa kultowa. A w Czechosłowacji i na Węgrzech jej koncerty organizowano dla kilkudziesięciotysięcznej widowni, co niestety nigdy nie miało miejsca w Polsce. W zachodnich pismach muzycznych zespół Skrzeka, Lakisa i Piotrowskiego ogłoszono nawet najlepszym triem od czasu Cream i The Jimi Hendrix Experience i stawiano obok Mahavishnu Orkestra, Yes i King Crimson. Uganialiśmy się więc za płytami SBB i słuchaliśmy ich najczęściej. Nawet nasze prywatki stały się przez to mniej dynamiczne. No bo zamiast tańczyć z dziewczynami, siedzieliśmy z nimi na podłodze i słuchaliśmy ulubionych utworów. Okazało się jednak, że i ten model miał swoje dobre strony. Pijąc, paląc, przytulając się do siedzących obok nas dziewczyn, mogliśmy bowiem całować je jakby mimochodem. I one mogły nas mimochodem całować. Należało to wszystko do tej obrzędowości, do tej nostalgicznej atmosfery, towarzyszącej rytualnemu wręcz pochłanianiu muzyki. Słuchaliśmy jej skupieni, dorastający, przytuleni do dziewczyn, które wydawały się nam kobietami i z coraz większym przejęciem śpiewaliśmy razem ze Skrzekiem słowa Juliana Mateja:

.

Tysiące planet czerwonych, niebieskich…

Tysiące planet dalekich, milczących –

I ona jedna jedynie zielona,

I ona jedna jedynie mówiąca.

.

Jak nam się słowo rozwija faliście,

Ile języków na tej jednej ziemi!

Już nie kamienia, żelaza czy brązu

Lecz definicji wiek nastał rozlewny.

.

Każda twa czynność znajdzie określenie.

I sens szczególny mają wieczorne igraszki.

I ból człowieczy i sycenie głodu,

Powrót do domu, wyjście do ogrodu.

.

Śpiewaliśmy i dojrzewaliśmy. I byliśmy już coraz bliżsi świadomego doświadczania. Już prawie znudzeni tym Ciociosanem i Boccą i na najlepszej drodze do „czegoś” więcej. Lecz zanim to “coś” nabrało jakiejś wagi, przestało się liczyć. Z dnia na dzień ważniejsze okazało się bowiem chodzenie pod stocznię i słuchanie Wolnej Europy, sierpniowe postulaty, ulotki, wiece i dyskusje. Miejsce naszych muzycznych idoli zajął Jurczyk i Wałęsa, a my stawaliśmy się częścią tłumu, który liczył na socjalizm z ludzką twarzą. O wyjazdach do Berlina całkowicie więc zapomnieliśmy. Tym łatwiej, że SBB się rozpadło i nie można było już przywieźć ze stolicy NRD ich nowej płyty. Poza tym “dederony” bojąc się, że klimat polskiego sierpnia może przy okazji zapanować w ich kraju, zabronili bez-wizowych przyjazdów z Polski. I chyba ich obawy były słuszne. Bo chociaż granicę zamknięto, po drugiej stronie Odry i tak krążyło hasło: “Lernt polnisch!” – wymyślone przez wschodnioberlińskich opozycjonistów. Ale my nie interesowaliśmy się już stolicą NRD. Nas interesował raczej Berlin Zachodni. Tym bardziej, im częściej Jaruzelski pokazywał się w telewizji w mundurze i im więcej uwagi Wolna Europa poświęcała przegrupowaniom wojsk sowieckich przy naszej wschodniej granicy. Przeklinałem więc swoją niedojrzałość, gdy mój przyjaciel ze swoim kumplem i jego dziewczyną, wchodząc w osiemnasty rok życia, postanowili skorzystać z chwilowej liberalizacji przepisów i złożyli podania o przyznanie im paszportów. Po to żeby wyjechać do Berlina Zachodniego. Tak po prostu. Bo żeby wyjechać do Berlina Zachodniego nie trzeba było mieć wtedy ani żadnego zaproszenia, ani nawet wizy. Trzeba było mieć tylko paszport. Ale żeby mieć paszport, trzeba było mieć osiemnaście lat. Kiedy moi koledzy zbierali więc pieniądze na wyjazd, ja mogłem jedynie im kibicować i zapewniać ich, że dokonali właściwego wyboru. Lepiej od nich znałem bowiem prawdę o kondycji PRL-u, jako namiętny czytelnik szczecińskiej Jedności. Wiedziałem już nawet, że prawda ta była bardziej przygnębiająca niż codzienność. Bo codzienność, pełną trudności związanych chociażby z tym, że nie można było kupić butów, które zresztą i tak sprzedawano wyłącznie na kartki, osładzał jednak ogólny entuzjazm. Samo istnienie Solidarności wciąż jeszcze ludziom wystarczało. Wciąż jeszcze wszystko im zastępowało. Ja jednak coraz bardziej żałowałem, że nie mogę wyjechać z moimi kolegami. Powodowała to narastająca świadomość tego, że jest gorzej niż wszystkim się wydaje, zmieszana z młodzieńczą egzaltacją. Planowałem więc tę wycieczkę-ucieczkę moich kumpli tak jakbym i ja miał być jej uczestnikiem. Dlatego od początku zostałem we wszystko wtajemniczony.

.

Krzysztof  Niewrzęda

.

Fot. Kostas Katsikadelis “The Berlin Wall”

.

.Dokończenie “Mojej berlińskiej mitologii” :

http://www.polskacanada.com/?p=484

..

O autorze:

niewrzeda foto

Krzysztof Niewrzęda (ur. w 1964 r. w Szczecinie) – poeta, prozaik i eseista. Finalista Nagrody Poetyckiej SILESIUS (2011) i Europejskiej Nagrody Literackiej (2009). Nominowany do Nagrody Mediów Publicznych COGITO (2008). Wydał tomy wierszy: „w poprzek” (1998), „poplątanie” (1999), „popłoch” (2000), „popołudnie” (2005), „popiół” (2012), powieść poetycką „Second life” (2010), zbiór esejów „Czas przeprowadzki” (2005) oraz powieści: „Poszukiwanie całości” (1999, 2009), „Wariant do sprawdzenia” (2007), „Zamęt” (2013). Publikował w licznych pismach literackich i społeczno-kulturalnych oraz antologiach w Polsce, a także w tłumaczeniach na języki obce m.in. w Chorwacji, Japonii, Francji, Niemczech i Ukrainie. Mieszka w Berlinie.

,.

Podaj dalej!
Share on Pinterest
Share with your friends








Submit

PAPIERY FOTOGRAFICZNE

Biuletyn – bezpłatna prenumerata

Error: Please enter a valid email address

Error: Invalid email

Error: Please enter your first name

Error: Please enter your last name

Error: Please enter a username

Error: Please enter a password

Error: Please confirm your password

Error: Password and password confirmation do not match