Zobacz

Grzegorz Kozyra – MOJE STARE PŁYTY (1) Yes

Screenshot 2015-03-23 15.59.59

Close to the Edge, suita angielskiego zespołu Yes, jest opowieścią o poszukiwaniu wolności. Słuchając jej w pierwszej klasie liceum, miałem wrażenie, że ta muzyka odpowiada na wszystkie lub prawie wszystkie moje pytania: skąd przychodzisz? kim jesteś? dokąd idziesz? I nie były to pytania wyimaginowane, trudne. Tak mi się wydawało. W istocie muzyka takich kapel, jak Yes, na te wątpliwości egzystencjalne odpowiadała. Przychodzimy, by żyć i być szczęśliwymi, kontemplując przyrodę i świat wokół nas. Nawet jeżeli ponosimy porażki, to przecież staramy się od nowa walczyć, by znów upaść. I tak właśnie bytujemy… wciąż na krawędzi.

Charakter tej muzyki budzi emocje od pierwszych dźwięków, wywołując nasze radosne uniesienia. Słyszymy bowiem narastający szum, zdaje się nam, że znajdujemy się w rajskim ogrodzie, a ptaki kolorowe, różnorakie właśnie zaczynają swój koncert. I tak trwamy w niepewności dopóty, dopóki akordy gitary basowej nie uruchomią dramatycznego, wibrującego i emocjonującego pierwszego fragmentu najbardziej klasycznej chyba i udanej  suity rockowej. Pierwszorzędną rolę odgrywa tutaj, oprócz basu Chrisa Squire`a, gitara Steve`a Howe`a i głos wokalisty Jona Andersona grającego w utworze także na mandolinie, gitarze akustycznej i uwaga – na harfie!!!

Muzyka po części drugiej, eksponującej głos Andersona, uspokaja się w części trzeciej, w której głównym motywem jest kontemplacja, wyciszenie. Powtarzające się słowa „I get up, I get down” przypominają o ludzkim losie, często trudnym, ale przecież pięknym. Tekst utworu napisanego przez Andersona, pretensjonalny i dosyć mętny filozoficznie, nie miał dla mnie większego znaczenia. Wiele lat później dowiedziałem się, że wokalista i twórca Close to the edge inspirował się książką Hermanna Hessego Siddharta, której akcja dzieje się w czasach Buddy, w starożytnych Indiach. Medytacyjna i filozoficzna lektura porusza problem sensu istnienia. Wyraża więc niejako te uczucia, z którymi zmagają się  miliony młodych ludzi na całym świecie od tysięcy lat.

To wtedy nie było jednak dla mnie istotne. W dźwiękach organów Ricka Wakemana i w mowie gitary Steve`a Howe`a poszukiwałem znaków z innego świata. Chłopakom z mojej budy chodziło wyłącznie o muzykę mocną i rytmiczną, mnie zależało na muzyce ukazującej nową wizję rockowego spektaklu. Takim utworem był Close to the edge. Nie cztero- czy sześciominutowy kawałek, ale suita – prawie 18 minut wspaniałego wolnościowego wzlotu. To był głos instrumentów, na jakich chciałoby się grać gdzieś w przestworzach, może w trzecim albo w siódmym niebie. Zwłaszcza organy Wakemana, niebotycznie wielkie klawisze, za którymi sobie go wyobrażałem, stanowiły dla mnie granicę widnokręgu. Tam dalej nie było już nic.

Koledzy słuchający Yes nie byli wylewni w aplauzach, pobudzali ich do zwierzeń: Robert Plant z Led Zeppelin, Ian Gillan z Deep Purple czy Ozzy Osbourne z Black Sabbath. Głosy cierpkie, piskliwe, pretensjonalne – tak oceniali Andersona – nie interesowały ich. Zażarte dyskusje o najlepszych kawałkach i kapelach kończyły się zazwyczaj dezaprobującym tekstem… „a słuchaj sobie Yes, Pink Floyd, Genesis, tego odlotowego dziwactwa”.

Grzegorz Kozyra

 

Podaj dalej!
Share on Pinterest
Share with your friends








Submit

PAPIERY FOTOGRAFICZNE

Biuletyn – bezpłatna prenumerata

Error: Please enter a valid email address

Error: Invalid email

Error: Please enter your first name

Error: Please enter your last name

Error: Please enter a username

Error: Please enter a password

Error: Please confirm your password

Error: Password and password confirmation do not match