Zobacz

Dariusz Bitner – Z dziejów Lulubaby

lulubawa-02

Baśń z dawnych czasów, gdzieś tak z lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, odnaleziona na dnie komputera; dziwnym trafem nigdzie nie udało mi się jej opublikować.

Zdarzyło się raz w Lulubabie, że lud prosty upomniał się o swoje i nim ktokolwiek zdążył zauważyć — prawda wyszła na jaw. Król, miłościwie sprawujący rządy od dawien dawna, okazał się nie-królem. Tak tylko jakoś wyszło, że jego ojciec, a właściwie wcześniej dziad… no a potem już on… i on chciał dobrze, ale w końcu… I przyznał się, że tylko zastępuje prawowitego króla, aby broń Boże nie nastało bezkrólewie, bo przecież odwieczny sąsiad odwieczny wróg tylko czeka i odwiecznie czyha, a jak nie on, to inny wróg czeka i czyha, tak to już jest ze słabowitymi królestwami, mają zazwyczaj jedynie wrogów i to zawsze odwiecznych — ale jeśli tylko znalazłby się król prawdziwy, to ten aktualny przecież od razu by… i tak dalej.
Owóż znalazł się — i to nazajutrz. Okazało się, że to prosty, uczciwy i poczciwy człowiek, ani wykształcony (ta gdzie by się prosty człowiek kształcił), ani urodziwy — wszak było w nim coś, nie dało się temu zaprzeczyć, coś w nim było. Historycy bez trudu zrekonstruowali jego drzewo genealogiczne, ze swadą sięgające początków dynastii.
Prawowity król w te pędy wrócił do pałacu i od razu obiecał znękanemu ludowi, że wszystko naprawi.
— Ja znam życie — powiedział — bo przecież żyłem.
Podrapał się po głowie i po chwili dodał:
— Ja, mówiąc, że przecież żyłem, chciałem powiedzieć, że żyłem pośród was. To trzeba rozumieć, co ja mówię.
Tymi słowy tchnął w lud otuchę. Całe królestwo Lulubaby drgnęło z nadzieją.
— No, teraz to my mamy wreszcie swojego króla – zaszemrano — Teraz ten król to jest nasz.
A król, nie czekając na nic, zakasał rękawy i raz-dwa-trzy wszystko pozmieniał. I nim się lud spostrzegł — już było inaczej.
— Jak tu teraz żyć — zawołał lud,
— Ciężko jest, ale trzeba — powiedział król. — To znaczy — dodał po chwili — trzeba jakoś wytrzymać. Do tej pory było niesprawiedliwie, niczego nie można było załatwić normalnie, tylko za grube pieniądze albo po znajomości, teraz będzie sprawiedliwie — obiecał król — teraz nikt niczego nie załatwi, ani za pieniądze, ani po znajomości, a wy — zwrócił się do ludu wprost — nareszcie możecie wziąć sprawy w swoje ręce. Więc je bierzcie. — I zniknął bezszelestnie w swojej komnacie, z mocnym postanowieniem podtrzymania dynastii.
Czasy nastały ciężkie — heroldowie trąbili o tym na wsze strony.
— Czasy ciężkie a wy chcecie, aby wam się lekko żyło? — trąbili.
Atoli okazało się, że to i tamto można za grube pieniądze załatwić, a i ten czy ów zna kogoś, kto może coś, jeśli tylko… Wprawdzie groziła za to ciemnica o suchym chlebie, ale powoli zaczynało dawać się żyć (jak mówił gmin).
Król tymczasem spełnił swój historyczny obowiązek z królową (dawniej prostą kobieciną, z gębą pełną kartofli, teraz damą pełną gębą) i dalejże reperować królestwo, i tak, i siak, a nawet owak, a najczęściej na okrętkę.
Najpierw postawił halabardników na rubieżach, aby różne kupce i inna hołota nie drażniły niepotrzebnie narodu, który powinien pracować. Potem poszedł na targ i pytał każdego po kolei, jak się żyje.
— Źle — odpowiadał każdy, na co król kiwał głową: — Tak, tak, pracujcie, a będzie lepiej.
— Dobry to król — mówili jedni — dba o wszystko, interesuje się.
A inni złorzeczyli:
— Coraz gorzej — krzyczeli — co to za król, Chodzi, puszy się, kiwa głową i udaje że myśli. Precz z takim królem — wołali.
Takim odpowiadano wprost: Aha — odpowiadano — marzy się wam bezkrólewie. Marzy się wam poprzedni, fałszywy król. Wy się zastanówcie, co wam się marzy, bo to najłatwiej narzekać. A zakasać rękawy i do roboty się zabrać, to nie łaska?
Wszystkim innym tłumaczono jak dzieciom: — Nie może być Inaczej. Musi Tak być. Idziemy dobrą drogą i na pewno będziemy królestwem obfitości i wszyscy nam będą zazdrościć. Trochę cierpliwości i pracy…
Tymczasem domy się waliły, a zamorscy budowniczowie budowali w ościennych królestwach, bo do tego ich nie wpuszczono.
— Nasi budowniczowie nie gorsi od was — powiedziano. — A poza tym nie może być u nas bezrobocia, wynocha.
Tymczasem karety się psuły i na wieki wrastały w gościńce. Gościńce nie były reperowane, bo i po co. I rozbój rozkwitł okrutny — na prostej drodze i w biały dzień.
— Gore, gore — szeptały stare kobiety i wspominały dawne czasy.
Na królestwo spadały klęski żywiołowe. Skarbiec świecił pustkami, rzemiosło upadło, handel zamarł — król niezmordowanie umacniał swoją dynastię.
Ościenne królestwa dawno urosły w potęgi, a Lulubaba drzemała słodko pomiędzy nimi — zakurzona, zapomniana i, co tu kryć, wyśmiewana bezlitośnie.
I po dziś dzień tak Śpi — to próbując zerwać się, to opadając z sił. To przecierając oczy, to dalej chrapiąc w najlepsze czy też w najgorsze — różnie ludzie mówią. Ja tam w Lulubabie byłem, w pałacu miód i wino piłem, z królem sobie porozmawiałem, ale niczego nie zrozumiałem.
Do domu wróciłem piechotą, na butach przyniosłem błoto1 a wszystko co tam widziałem — tu opisałem.

.

Dariusz Bitner

.

O autorze:

01

Dariusz Bitner, rocznik 1954, gdynianin z urodzenia, szczecinianin przez zasiedzenie. Chciał być pisarzem od szóstego roku życia, do pięćdziesiątego piątego. Potem chciał przestać, ale się nie udało – pisze dalej. Udało mu się napisać dwie dziesiątki książek, z których wymienić można kilka najważniejszych w oczach autora, a więc: „Ptak” (1981), bo to pierwsza powieść, chociaż mikro; „Cyt” (1982), powieść rozwinięta w trylogię wydaną pod tytułem „Pst” (1997), bo w gruncie rzeczy to coś więcej niż powieść; „Kfazimodo (1989), bo jest to pierwsza i ostatnia powieść popularna; „Opowieści Chrystoma” (1992), bo to baśń, adresowana wcale nie do dzieci; „Trzy razy” (1995), bo to dość szalony tryptyk prozatorski, „Bulgulula” (1996), bo to bardzo szalone opowiadania; „Mna” (2000), bo to trzeci z tomów esejów o pisaniu, ujętych w cykl „Chcę, żądam, rozkazuję”; „Psie dni” (2001), bo to niedocenione, a dobre opowiadania; „Mała pornografia” (2005), bo to mała pornografia; „Książka” (2006), bo to zrealizowana, chociaż dyskusyjna, utopia o książce totalnej; „Jesień w Szczecinie” (2011), bo to eseje, ale i jednocześnie powieść, Bóg wie zresztą – co to. Pracował kiedyś jako dziennikarz, zajmował się reklamą, a także składem książek i adiustacją tekstów. W swoim wydawnictwie Basil wydał książkę autorstwa Henryka Berezy pt. „Epistoły”, poza tym powołał do życia i przez 9 miesięcy wydawał rozprowadzane bezpłatnie pismo „BABORAK. Kultura Szczecińska”. Otrzymał kilka nagród literackich, z których najważniejsza to Nagroda im. Edwarda Stachury za dzieło nieistniejące, za maszynopis książki „Sam w śmietniku słów”. Wspomina o tym wyłącznie na okoliczność tego tytułu, bowiem dziś wszystkie te nagrody nie mają już dla niego znaczenia. Ale są miłym wspomnieniem. Właściwie wszystko staje się powoli wspomnieniem.

Podaj dalej!
Share on Pinterest
Share with your friends








Submit

Biuletyn – bezpłatna prenumerata

PAPIERY FOTOGRAFICZNE

Leave a comment

Your email address will not be published.


*


Error: Please enter a valid email address

Error: Invalid email

Error: Please enter your first name

Error: Please enter your last name

Error: Please enter a username

Error: Please enter a password

Error: Please confirm your password

Error: Password and password confirmation do not match