Zobacz

Dariusz Bitner – DRUMS DREAM

Screenshot 2017-06-07 14.05.01

…….Spojrzała na niego z tak wielkim zdumieniem, że na moment zrobiło mu się jej żal. Aż mi się nie chce wierzyć — powiedziała — ale przecież ci wierzę, wierzę w każde twoje słowo. Mówię, jak jest. A swojej ukochanej, swojej Weronice, też byś to powiedział. Wziął ją za rękę. To prawda. Wszystko jest inaczej, wszystko się zmieniło, kiedyś sama zobaczysz, jak inny jest świat, kiedy przejdzie się kilka skrzyżowań, rozdroży, kiedy wybierze się taką czy inną drogę, dojdzie tam czy ówdzie, jest już inaczej, naprawdę. Ja byłem kiedyś zazdrosny do bólu, do szaleństwa, nie pozwalałem Weronice tańczyć, gdy wychodziła z domu, umierałem na myśl, że rozmawia z innymi mężczyznami, że śmieje się z ich dowcipów, że patrzy na nich, a oni patrzą na nią. A teraz moim marzeniem byłoby, aby oddawała się w drugim pokoju mężczyznom, kilku na raz, i żeby oni umierali dla niej z pożądania. Jeśli kiedykolwiek podnieciłem się na planie, widząc seks na żywo, to tylko wtedy, gdy wyobraziłem sobie, że Weronika jest tą dziewczyną, którą obracają na wszystkie strony, i biorą z przodu i z tyłu. To brzmi może niedorzecznie, to wygląda na jakieś szaleństwo, ale taka jest prawda.
…….To piękne — szeptała Weronka. Tak po prostu dziś jest. Może dlatego, że wiesz, że ona już nie wróci. Może tak, a może nie. Wszystkie swoje teksty pisałem z myślą o niej. Kiedy pisałem jako kobieta, byłem Weroniką, kiedy pisałem jako mężczyzna, Weronika była w moich tekstach. Pisałem dla niej. I dziś chyba inaczej bym z nią żył. Chciałbym, aby dostała od świata wszystko, co najlepsze, aby przeżyła wspaniałe chwile, sięgała szczytów. Dziś, gdy odeszła tak bardzo, że bardziej odejść już nie może, myślę o swojej miłości zupełnie inaczej. I — spytała oblizując wargi — wytrzymałbyś widok swej miłości w ramionach innego, jak kochają się z nią i spuszczają jej na twarz? Tak bardzo oswoiłem się z tym widokiem, Weronko, tak bardzo ten obraz w sobie rozbudziłem, że właściwie niczego innego nie pragnę.
…….A mnie nie możesz pokochać? Mnie nie możesz zaspokoić? Nie mam sił, miła, nie ma we mnie już pasji, żaru, nie ma we mnie życia, za grosz. Nie, nie mów tak, nie mów, proszę, jesteś najwspanialszym mężczyzną, jakiego znam. To możliwe — uśmiechnął się. I jesteś piękny. A to już raczej niemożliwe — uśmiechnął się jeszcze bardziej. Zadbam o ciebie, bo przecież przez tyle lat nic tylko niszczyłeś się, to po prostu cud, że przetrwałeś. Jesteś kochana, Weronko, i jesteś bardzo piękną kobietą. Ale kochać się ze mną nie chcesz. Pozwalasz się popieścić, pozwalasz na wszystko, ale ja… pragnę też, abyś mnie zaspokoił. Wiem, że myślisz tylko o niej, i że nigdy nie będzie inaczej. Nie chcę cię jej pozbawić, ale znajdź dla mnie trochę miejsca, ja się zmieszczę, nie wygonię Weroniki z ciebie. Głaskał ją po głowie, wolał już nie kontynuować rozmowy. Rozebrała się, usiadła na nim okrakiem, trochę nieporadnie, bo przeszkadzał jej wielki brzuch.
…….Uszczęśliwię cię — powiedziała. Jak? — spytał po chwili. Jak zechcesz. Zrobię wszystko. Dotknął jej kształtnych piersi, przejechał dłońmi w dół, wyczuwając pod palcami kształty jej ciała, wcięcie w talii i łagodnie rozłożone biodra. Połóż się koło mnie, a gdybym zasnął, to wybacz, że będę strasznie chrapał. Jestem już naprawdę zdezelowany. Przylgnęła do niego bokiem, naciągając koc na plecy. On leżał w znoszonej koszulce z krótkim rękawem i w krótkich spodenkach. Było duszno, chociaż mieli otwarte okno. Pocił się, pod jego głową jak zwykle poduszka była mokra. Powyrastały na mnie dziwne rzeczy — szepnął. — Jakieś narośla, brodawki, jakieś guzy pod skórą, nie wolno mówić o mnie, że jestem piękny, nawet jeśli tak myślisz. Dobrze — szepnęła. Już prawie nie mogę chodzić, z trudem oddycham, byle co zjem i mam sraczkę, byle co wypiję i sikam przez całą noc, co godzinę, byle co pomyślę i nie mogę spać, albo całe dnie, całe tygodnie śpię bez końca i nie mogę się obudzić. Z trudem piszę, bo już nie widzę, coraz gorzej widzę… Już cię zapisałam do okulisty, kochany. Chcę ci powiedzieć, że nie jestem tym, za kogo mnie bierzesz. Jesteś. Chcę ci powiedzieć, Weronko, że nie mam nic przeciwko temu, byś mnie, starego pierdziela, hołubiła i zmieniała mi pieluchy, ale wybacz, jeśli nie spełniam twoich oczekiwań. Ja już chyba tylko w tym, co napisałem, żyję jeszcze. Pięknie piszesz, mistrzu mój. Możesz tak mówić — zacharczał niespodziewanie, odchrząknął. Proszę bardzo — zgodził się łaskawie. Obejmowała go, wtulona w jego pachę. Gdybym… — odetchnęła głęboko — teraz chciała wrócić do gry w filmach, miałbyś coś przeciwko temu? Nigdy ci przecież nie zabraniałem. Ja teraz czuję w sobie pasję, mam taką… teraz… Wybacz, wybacz, że nie umiem cię zadowolić — powiedział dobitnie. Wiem, że obudziła się w tobie taka erotyczna pasja. Chciałam dla ciebie, chciałam oddać ci wszystko. Ja wiem, malutka, zrobisz mi przyjemność, jeśli będzie ci dobrze w ramionach innych facetów. Jesteś niezwykły, jedyny. To miłe — zgodził się i uśmiechnął w ciemności. Będziesz na mnie patrzył, kochany? Z rozkoszą. Co chcesz, żebym zrobiła dla ciebie? No cóż, miła. Są dwie rzeczy. Po pierwsze, przypilnuj moje lekarstwa, bo się gubię i albo biorę kilka razy to samo, albo nie biorę nic. Zajmiesz się tym? Pewnie. A po drugie, jak będziesz miała chwilę czasu, pomasuj mi stopy. Albo chociaż pogłaszcz je.
…….Leżał.
…….Było ciemno. Weronka trzymała jego stopy na swoich udach i gładziła delikatnie. Śpij, śpij — uspokoiła go. A ty nie śpisz? Tak siedzisz po ciemku? Rozmyślam sobie, głaszczę cię… Martwię się. Nie martw się, Weronko, połóż się spać. Nie wiem, jak ci pomóc, ty przestajesz oddychać. Jak to — uniósł się i oparł na łokciu. Widział zarys jej sylwetki. Poczuł, jak ścisnęła mocniej jego stopę. Śpisz sobie, chrapiesz, chrapiesz, i nagle cisza, nagle nie oddychasz, jakbyś nie żył. I tak co jakiś czas. Ale żyję przecież. Ale ty nie oddychasz przez kwadrans, przez dwadzieścia minut, nie oddychasz, dopóki nie poruszam twoją nogą, nie ścisnę, nie szarpnę… Więc siedzę i poruszam, jak przestajesz oddychać. Wykończysz się, malutka, ja na pewno oddycham po cichu. Nie, słuchałam, przykładałam ucho. Gdzie? No, martwię się, słonko moje… — Weronce głos się załamał, chlipnęła. Już wolę jak chrapiesz. Albo mówisz. Jak to mówię. No tak, przez cały czas mówisz coś. Przez sen? Tak jakby nie… — powiedziała to w zamyśleniu. No właśnie, jakbyś nie spał, mówisz bardzo wyraźnie i… tak starannie. Co mówię. Nic właściwie. Takie słowa, różne. Na coś się zgadzasz albo nie zgadzasz, albo mówisz, że wszystko jest w porządku, albo że wszystko stracone. A dziś powtarzasz najczęściej, że się nie wyrzekasz. Czego? Nie wiem. Tylko mówisz, od czasu do czasu, bardzo wyraźnie: nie wyrzekam się. I przestajesz oddychać. Połóż się przy mnie, kochana, i jak nie będę oddychał, to mnie szturchniesz, dobrze? Dobrze, za chwilę… Wrócił do galopujących obrazów — znów morze i Weronika wśród fal, znów wspomnienia tłoczące się, by choć przez chwile zaistnieć. Nie mów mi nic o ojczyźnie — wracał z Olesiem znad morza –dla pisarza nie ma ojczyzny, tylko papier, jestem maszyną do pisania, żyję, by pisać. O wa — powiedział Oleś prowokująco. O wa, mówisz? O wa?! — wkurzył się nie na żarty. Przestań, bo dostaniesz zadyszki — kpił Oleś. Nie chcesz kochać ojczyzny, to nie kochaj. Nie chcę o tym nawet myśleć, baranie. Wiem kogo mam kochać, a ojczyzna nie potrzebuje ani mojej, ani twojej miłości. To już sobie wyjaśniliśmy — zgodził się Oleś — ty wciąż kochasz Weronikę, na swój sposób jest to imponujące. Zaczął się śmiać, na wspomnienie awantur, jakby z innego świata. Doprowadzał Weronikę do szału. Siedział w ciemnym pokoju, przy zasłoniętych oknach, miał włączony telewizor, z głosem, i radio, nastawione na muzykę. Czytał kilka książek naraz, wszystkie leżały dookoła fotela, na nich kilka gazet. Dzwonił gdzieś, zupełnie niepotrzebnie, gwizdał bez końca tę samą melodię, co chwila wyglądał przez okno albo szedł do kuchni, by zrobić sobie mocną herbatę, by ukroić kawałek chleba z byle czym i zjeść go, zanim zdoła wrócić do pokoju. Co jakiś czas podbiegał do maszyny do pisania i wystukiwał albo jedną–dwie litery, albo zdanie lub kilka zdań. Odskakiwał jak oparzony, zmieniał kanały w telewizji, a gdy nic nie było puszczał coś z kasety, odbierał telefon, szedł umyć zęby albo się wysikać, kładł się na kanapie na plecach, leżał patrząc w sufit, zrywał się i biegł do maszyny… I tak przez cały dzień. Doprowadzał ją tym do prawdziwej wściekłości. Krzyczała, tupała nogami. Potrzebuję ciszy, rozumiesz? Potrzebuję trochę spokoju w domu. Jak ty możesz w ogóle cokolwiek napisać w taki sposób? No, tak — uświadomił to sobie — nie jestem profesjonalistą. Tak nie pracuje profesjonalista, to amatorstwo w najczystszej postaci. Żadnego zaplecza, warsztatu, metodologii działania. To nawet nie improwizacja, a byle co, bylejakość byle pisania… Nigdy nie mógł zrozumieć, dlaczego ją tak strasznie denerwowało to, że gdy zaczynał pisać, włączał wszystkie odbiorniki… A Oleś gnał przez polskie szosy i mruczał pod nosem: ojczyzna, ojczyzna… Leżał w ciemnościach, bolała go głowa. Obiecywał sobie po raz setny, że już nie weźmie alkoholu do ust. Te wszystkie koszmarne noce po pijaństwie… Za oknem słychać było strzały. ZOMO rozprawiało się z tłumem. Był na ulicy poprzedniego dnia, dostał w plecy jakimś pociskiem z gazem, przewrócił się. Potknął się o niego barczysty obywatel, z obłędem w oczach. Spojrzał mu w twarz i jeszcze leżąc, wyrżnął go w nos podkutym buciorem. Wstał w ostatniej chwili, jeszcze miękka pała zdzieliła go w ramię, aż strzeliło coś w kościach. Uciekał po omacku. Wbiegł do bramy i trafił na starszą panią. Odepchnęła go z obrzydzeniem, bo krwawił. Po co w ogóle wychodził z domu? Po co mu to wszystko… Nie znam zupełnie sześćdziesiątego ósmego, w tamtych czasach bawiłem się w Indian. Bo chciałem być szlachetny i wspaniały. To mi zostało na zawsze — szlachetny i wspaniały, na co to komu? Zobaczyłem dopiero grudzień siedemdziesiątego, jako uczeń. Widziałem przerażenie u swego wychowawcy. Czemu się tak bał? Ruszyłem na miasto. Przygoda. Żadnych znikąd informacji. Miałem właściwie własne problemy, problemy dojrzewającego młodzieńca. Niczego do głębi nie byłem w stanie zrozumieć w siedemdziesiątym szóstym. KOR to było UFO. Z rzadka pojawiała się jakaś o nim wiadomość. Zresztą, dlaczego miało to mnie dotyczyć? Nie widziałem w tym żadnej dla siebie roli. A Oleś gna przez dzikie krajobrazy, z nienawiścią, jak trawkę, memłając słówko: ojczyzna. Tylko do pewnego stopnia jesteśmy panami swego losu, Oleś. Nikt nie chciał nigdzie mojego podpisu, więc nie byłem dysydentem. Ktoś, kto urodził się w rodzinie bojowników z dziada pradziada, sam stawał się bojownikiem i potem w glorii i aureoli pogardzał innymi, którzy nie mieli nawet świadomości wyboru. Dla mnie to są akurat mendy intelektualne. Taki ktoś musiałby mieć naprawdę siłę charakteru, by powiedzieć ojcu — nie. Choćby w odruchu buntu młodzieńczego. Trzeba mieć klasę, by pójść własną drogą. Potem szczycili się swą postawą i tradycją, do której się podpięli. A z czego byli tacy dumni? Że ojciec ich zindoktrynował? Że zawsze nienawidzili, nigdy nie mieli wątpliwości i znali odpowiedzi na wszystkie pytania? Ojczyzna, ojczyzna — Oleś przedzierał się przez burzę i gradobicie. Nigdy nie umiałem żyć, teraz to wiem. Weronika mi nie raz mówiła, że nie umiem cieszyć się życiem. Dlatego zostałem pisarzem. A Weronika… jedyne, co naprawdę umiała, to żyć i cieszyć się życiem. Nie mieliśmy szans na wspólną starość. Wiem. Siedzę jak tyle razy przedtem sam, pokój zapuszczony, zdemolowany. Boję się, drżę. Myślę o tym, by napisać szkic o samotności samców, o skazaniu na samotność. Przez te wszystkie kobiety, które śpią każdej nocy, gdy ich mężczyźni walczą ze swymi demonami. Dlaczego po seksie z kobietą mężczyzna potrafi stracić głowę, zakochać się i zatracić? Kobieta przeżywa rozkosz, a potem zajmuje się czymś innym. Dlaczego mężczyzna tak się spala, co go wciąż tak trawi? Kobieta potrafi żyć w letargu, bez pasji, z dnia na dzień, ale namiętność w niej nie wygasła przecież, w odpowiednim momencie obudzi się znienacka. Szkic o upośledzeniu emocjonalnym mężczyzny, który za wszelką cenę chce być tulony, mówiąc wprost. W ostateczności kupuje seks, jako substytut tulenia, kojenia… co tak boli? Wciąż niewygasający niepokój, jakiś niejasny rodzaj niespełnienia… Z wiekiem coraz bardziej chce być podziwiany i pożądany, i coraz o to trudniej, a tylko to daje mu poczucie bezpieczeństwa. Z czasem staje się więc coraz słabszy i potrzebuje wsparcia kobiety bardziej, niż kiedykolwiek. A kobieta nic, w niej te namiętności wygasają, a już po urodzeniu dziecka w ogóle przestają mieć znaczenie i mężczyzna staje się zbędny. I tak może trwać do końca życia. Ale pisać o tym? Może się mylę. Mam pół szklanki polskiej whisky (wiecie, jaka to niebezpieczna mikstura?). Zapisałem na obrusie: kobieta śpi, mężczyzna drży. Ale po co? Ile bym dał tamtego wieczora, żeby obok spała kobieta! Nie ma we mnie nic. Nie tylko nie wołają mnie miejsca, ale i nie woła czas, nie ma mnie nigdzie, brakuje jakiejkolwiek więzi mojego pisania z wielką sztuką klasyczną, narodową, brakuje we mnie echa pokoleń, muzyki dawnych mistrzów, plastycznych arcydzieł, poezji wieszczów, klasyki światowej… Tylko współczesne gadżety, płytkie i ulotne. Patrzę przez szklankę z kolorową wódką, widzę matkę, dzieciństwo, pierwszą miłość, wakacyjne łąki, niewinny czas… Alkohol, jak i pornografia, jest odmową uczestnictwa — przy czym jest swoistym wyrazem tęsknoty do uczestnictwa absolutnego. Jak pornografia. Odmawiam więc uczestnictwa. Nie zgadzam się. Ocknął się gwałtownie, nie wiedzieć czemu przerażony. Nie położyłaś się? Weronka wciąż gładziła jego stopy. Mówiłam, kochany, że zaraz. Będę spał, dobrze? Śpij, mój umiłowany. Pochyliła się i pocałowała jego stopę. Mówiłem coś? Tak. Nie wyrzekam się. Znów? Tak. Będę spał… Dobrze, tylko oddychaj, proszę cię… Czuł jej delikatne dłonie, gładziła go po pięcie, w zagłębieniu, gdzie palce łączą się ze stopą, obmacywała starannie każdy palec, posuwała opuszkami po podbiciu, do kostek, chwilami sięgała do łydki… Spokój… spokój… Z absolutnej ciszy wydobył się dźwięk spadającej kropli. Głośny i wyraźny. W oddali zaszumiało echo tego dźwięku, a szum trwał dłużej, niż trwa zazwyczaj. Szum zmieniał barwę, falował, wił się. Zanikał w oddali i wracał z innej strony. Aż owinął się dookoła jego głowy i skończył swe trwanie cichym, metalicznym pogłosem. Dotknął otwartą dłonią napiętej membrany werbla. Poszurał opuszkami, potem zostawił tylko wskazujący palec, trochę z brzegu, nacisnął nim i uderzył delikatnie pałeczką trzymaną w prawej ręce. Wydobył dźwięk czysty, klarowny, a gdy poluźnił palec lewej ręki usłyszał, jak łagodnie zmienił się jego ton, na niższy. Pięknie — szepnął. Prawa stopa opierała się na pięcie, opuścił jej przód energicznie. Z wielkiego bębna wystrzelił dźwięk przejmująco głęboki, jakby trochę mokry, doskonale atakujący bębenki w uszach i skórę na brzuchu. Aż ścisnęło go w gardle. Trzymał w dłoniach pałeczki, poruszył kilka razy lewą stopą, a dźwięk talerzy tureckich brekmaszyny zapewnił go, że instrument jest w doskonałym stanie, idealnie przygotowany i najwyższej próby. Brzmiał jak marzenie. Spróbował jeszcze smaku pozostałych talerzy, wielkiego jak wschodzące słońce i mniejszego, księżyca, z prawej strony werbla, małego i malutkiego z lewej. I dodatkowe dwa kociołki z prawej, i dwa mniejsze z przodu, za werblem. Potoczył po nich pałeczkami, wydobywając tętent koni, całe galopujące stado. Przez sekundę. I cisza. Tylko wibrowanie w ciemności. I dalekie, dalekie pomrukiwanie morza. Nareszcie — poczuł niespodziewany przypływ euforii — nareszcie, tak długo czekałem na to, by móc zagrać… I jakby skrzat jaki, jakby duch, coś uruchomiło w nim rytmiczne pulsowanie, włączył się rytm: bicie serca, tak, to pierwszy i najważniejszy, regularny, mocniejsze i słabsze, wycofujące się uderzenie, mocniejsze i słabsze. Obudził najpierw brzmienie dwóch największych talerzy, plama dźwięku nadleciała z oddali i wpadła w sam środek z jednym mocnym uderzeniem w blachę i w bęben centralny, i dalej już nie myślał — pałeczki zatańczyły na werblu, odskakiwały to do kociołków, to na systematycznie, jak pompa pracującej brekmaszyny, rytm wypełnił czerń i pustkę, jakby pojaśniało, grał — zawsze wiedział, że potrafi tak grać — ręce chodziły bez jego wiedzy i woli, nogi przedzierały się przez rytmiczne frazy, co jakiś czas łamał systematyczną strukturę imponującym tremolo, szaleńczym tańcem po wszystkich możliwych membranach i nie tylko, po wszystkim, po każdej możliwej materii, a jego granie toczyło się jak zwycięski pochód, jakby tabun jeźdźców ruszył do ataku, jakby uruchomiono maszynę, której nic już nie mogło powstrzymać… Ciemność rzedła, stawało się coraz bardziej rześko, miękko, spokojnie… grał jak anioł.

.

Dariusz Bitner

Obraz: Alex Colville – Coastal Figure, 1951

.

Inny fragment z książki „Mała pornografia”
© Copyright by Dariusz Bitner, Szczecin 2003

..

O autorze:

01

Dariusz Bitner, rocznik 1954, gdynianin z urodzenia, szczecinianin przez zasiedzenie. Chciał być pisarzem od szóstego roku życia, do pięćdziesiątego piątego. Potem chciał przestać, ale się nie udało – pisze dalej. Udało mu się napisać dwie dziesiątki książek, z których wymienić można kilka najważniejszych w oczach autora, a więc: „Ptak” (1981), bo to pierwsza powieść, chociaż mikro; „Cyt” (1982), powieść rozwinięta w trylogię wydaną pod tytułem „Pst” (1997), bo w gruncie rzeczy to coś więcej niż powieść; „Kfazimodo (1989), bo jest to pierwsza i ostatnia powieść popularna; „Opowieści Chrystoma” (1992), bo to baśń, adresowana wcale nie do dzieci; „Trzy razy” (1995), bo to dość szalony tryptyk prozatorski, „Bulgulula” (1996), bo to bardzo szalone opowiadania; „Mna” (2000), bo to trzeci z tomów esejów o pisaniu, ujętych w cykl „Chcę, żądam, rozkazuję”; „Psie dni” (2001), bo to niedocenione, a dobre opowiadania; „Mała pornografia” (2005), bo to mała pornografia; „Książka” (2006), bo to zrealizowana, chociaż dyskusyjna, utopia o książce totalnej; „Jesień w Szczecinie” (2011), bo to eseje, ale i jednocześnie powieść, Bóg wie zresztą – co to. Pracował kiedyś jako dziennikarz, zajmował się reklamą, a także składem książek i adiustacją tekstów. W swoim wydawnictwie Basil wydał książkę autorstwa Henryka Berezy pt. „Epistoły”, poza tym powołał do życia i przez 9 miesięcy wydawał rozprowadzane bezpłatnie pismo „BABORAK. Kultura Szczecińska”. Otrzymał kilka nagród literackich, z których najważniejsza to Nagroda im. Edwarda Stachury za dzieło nieistniejące, za maszynopis książki „Sam w śmietniku słów”. Wspomina o tym wyłącznie na okoliczność tego tytułu, bowiem dziś wszystkie te nagrody nie mają już dla niego znaczenia. Ale są miłym wspomnieniem. Właściwie wszystko staje się powoli wspomnieniem.

.

Podaj dalej!
Share on Pinterest
Share with your friends








Submit

Biuletyn – bezpłatna prenumerata

PAPIERY FOTOGRAFICZNE

Leave a comment

Your email address will not be published.


*


Error: Please enter a valid email address

Error: Invalid email

Error: Please enter your first name

Error: Please enter your last name

Error: Please enter a username

Error: Please enter a password

Error: Please confirm your password

Error: Password and password confirmation do not match