Zobacz

Brygida Helbig – Sekret kanapy

Bela z kolei wyciągała mnie na cmentarz. Od razu po studiach przyszła do naszej szkoły uczyć polskiego. Miała około dwudziestu  pięciu  lat,  a wyglądała o dziesięć lat starzej,  bo była gruba.  Pomyślałem: „Co mnie taka gruba  kobieta obchodzi, mało się takich turla po ulicy?”. Pierwszy raz odezwałem się do niej z prośbą o nagłe zastępstwo, na którym niezwykle mi zależało. Była surowa i mówiła bardzo niskim głosem, ale zgodziła się. Mocno się zdziwiłem, gdy pewnego dnia na wiosnę podeszła do mnie i rozejrzawszy się tajemniczo, dla niepoznaki zakrywając sobie ręką usta zagadnęła, czybym nie wpadł do niej z dwiema innymi nauczycielkami na chińską kolację…

Od tego czasu datuje się nasza przyjaźń. Do dziś nie wiem, czy to czasem nie ja byłem głównym adresatem tego przyjęcia, bo obie nauczycielki już nigdy więcej do niej nie przyszły, a ja jadałem tam odtąd prawie zawsze. Po szkole chadzaliśmy do imbisu. Brała zawsze podwójnego hamburgera, czekoladę pitną, colę i pączka. Gdyby można było wybrać coś bardziej tłustego, na przykład smażoną słoninę, na pewno by sobie nie odmówiła.

Na zakończenie roku wszyscy nauczyciele mieli wybrać się razem do chińskiej restauracji. Wcale nie miałem ochoty na tę imprezę. Ale Bela uporczywie nudziła: „no przyjdź”. Gdy się dowlokłem w umówione miejsce, okazało się, że oprócz nas są tylko dwie osoby! Które zresztą szybko się ulotniły. Po kolacji Bela zaczęła namawiać mnie na spacer. Na co sobie pozwoliłem, gdyż odbywał się on niepostrzeżenie w kierunku mojego domu. Zmiarkowawszy się, Bela próbowała zaciągnąć mnie jeszcze na herbatę do siebie. Wymawiałem się, jak tylko mogłem. Była tak nachalna i natrętna, że przez chwilę sądziłem, iż będę zmuszony ustąpić. „No przyjdź, daj się naciągnąć” – trajkotała obrzydliwie proszącym głosem, którego nienawidzę. Wyobrażałem sobie, jaka byłaby nudna, gdyby do czegoś między nami doszło. Koniec końców Bela obróciła się na pięcie i obrażona poszła w swoją stronę. Zorientowała się, że ze mną nie tak łatwo.

Całe wakacje jej nie widziałem, bo się obraziła. Było mi to na rękę, nie musiałem nigdzie chodzić w taki upał. We wrześniu pojawiła się w szkole jakby nigdy nic, ale widziałem, że ma skwaszony ryj. Przez pierwsze dwa miesiące była, w ramach odwetu, bardzo złośliwa. Aż istotnie któregoś razu wyprowadziła mnie z równowagi. Stało się to w pokoju nauczycielskim. Pamiętam, że bezczelnie sprzątnęła mi sprzed nosa gilotynę do cięcia kartek. Zrobiła to w tak prowokacyjny sposób, że nie wytrzymałem. Palnąłem chyba wtedy coś złośliwego, nie pamiętam dokładnie co, bo nigdy później nie chciała o tym mówić. Musiałem chyba zahaczyć o jej tuszę. Skutek był taki, że wyleciała z pokoju ze łzami w oczach. A świadkowie całej sceny patrzyli bardzo krzywo. Na mnie. Ruszyło mnie sumienie i wieczorem zadzwoniłem do niej z przeprosinami. Z przeprosin zrobiło się zaproszenie na chińską kolację, oczywiście z jej strony. Wcale nie miałem zamiaru aż tak gorąco przepraszać, chodziło tylko o załagodzenie sytuacji.

Potem zaczęła ciągać mnie na cmentarz. Miała kiedyś przystojnego i mądrego nauczyciela, w którym się podkochiwała. Człowiek ów pewnego razu bardzo zachorował, przez miesiąc leżał w szpitalu, a Beli nie chciało się go odwiedzić. W końcu chory umarł, a dziewczynę zaczęły dręczyć wyrzuty sumienia. Co jakiś czas zanosiła mu więc kwiaty na cmentarz. Nie mogłem się z nią kochać, bo była gruba i nie w moim typie, więc towarzyszyłem jej przynajmniej w tych wyprawach.

Wybieraliśmy się tam .zawsze rano, żeby mogła w spokoju pocierpieć, kiedy nie ma jeszcze innych ludzi. Najpierw kupowała na targu znicze i kwiaty, a ja cierpliwie czekałem przestępując z nogi na nogę, bo było zimno, listopad. Kiedy Bela stała już przy grobie, oddalałem się dyskretnie, żeby mogła w spokoju posiąpać nosem. Próbowałem znaleźć jakieś pozytywne strony tej sytuacji. A to, że przy okazji rzucę okiem na groby rodziny i znajomych, a to, że przyjemne są jesienne spacery na łonie przyrody. Zazwyczaj po godzinie stwierdzałem, że wystarczy, i zarządzałem odwrót. Droga powrotna przeplatana była siąpaniem z nosa i ckliwymi wywodami o zmarłym.

W ramach rekompensaty za współcierpienie Bela oferowała mi kolacje, a ja wiedziałem, że za miesiąc znowu czeka mnie cmentarz. Raz nakryła nas w drodze uczennica, z przekąsem zaśpiewała: „Dzień dobry!”. Następnego dnia poszło po szkole, że chodzę z Belą na randki o świcie.

Kolacje… Mogłem je dostać także i u mamy. No, ale u Beli za każdym razem było coś innego, a to chińszczyzna, a to włoszczyzna, sama to wszystko pichciła, gotowanie to było jej hobby. W końcu nie zajmowała się niczym innym. Ile razy u niej byłem, za każdym razem coś innego. Miała w domu dużo książek – oczywiście tylko kucharskich. Właściwie była nieszczęśłiwa, nikt jej nie chciał, a ona z tego nieszczęścia coraz bardziej tyła. Wstydziłbym się jej podać rękę na ulicy. Objąć nawet nie dałbym rady.

Zakończenie było banalne. Nie poszedłem z nią na film “Farinelli”, którym pasjonowało się środowisko. Obejrzałem go już trzy dni po premierze – ale nie z Belą. Film zrobił na mnie takie wrażenie, że nazajutrz pochwaliłem się jej nieopatrznie, iż już go widziałem i nie marzę o niczym innym, jak o kupnie płyty z muzyką filmową. Płyty nie można było nigdzie dostać. Ale Bela jakoś wyniuchała, w którym sklepie jest. Kolejny więc spacer, tym razem o zmroku, odbył się do tego sklepu. Jak na złość zabrakło mi pieniędzy, ale Bela była wspaniałomyślna. Ja natomiast okazałem się egoistą, gdyż zamiast później udać się z nią na romantyczny spacer, zostawiłem ją na środku ulicy i polazłem do domu słuchać płyty. A ona i tak była szczęśliwa.

To wszystko odbyło się tuż przed Bożym Narodzeniem. Zaprosiła się do mnie na pierwsze święto. Podobno atmosfera w jej domu była beznadziejna i dziewczyna nie wiedziała, co ze sobą począć. Jej wigilia była bardzo nieudana. Szwagier nic nie chciał tknąć, bo Jehowy, a dziadek przypominał, że następnej wigilii nie dożyje. Siedziała więc u mnie bardzo długo, zajmując mi wieczorem czas. Na szczęście przyniosła ze sobą jakieś dobre ciasto. Musiałem popuszczać jej muzykę, na szczęście nie była zbyt wybredna, wystarczyły różne kicze w stylu sonaty księżycowej Beethovena, a ona już robiła maślane oczy.

Po Nowym Roku kolejny raz zaprosiła mnie na kolację. Ale byłem chyba rzeczywiście bardzo zajęty i nie miałem ochoty przyjść. Więc się obraziła. Następnego dnia przyszła do szkoły strasznie nadęta, nie wiedziałem, o co jej chodzi. Gdy niechcący wygadałem się, iż wieczór spędziłem z kolegą, po prostu się wściekła. Powiedziałem więc, że jeśli zamierza się obrażać, to niech pójdzie sobie na “Farinelli” z kimś innym. Od tej pory Bela stała się zimna i niedostępna. Oczywiście już jej nie odwiedzam. A gdy kilkaktrotnie próbowałem zapytać, o co właściwie chodzi, w kółko powtarzała, że pożałuję, że się na mnie zawiodła, ale nie powie, dlaczego.

Kiedyś pochwaliłem się babkom w szkole, że jeśli komuś naprawdę chcę dokuczyć, to umiem to zrobić tak skutecznie, że się rozryczy, tak jak kiedyś Bela. W dwie godziny potem wpadła z furią do pokoju nauczycielskiego i fuknęła: “Żebyś się nigdy więcej nie odważył wycierać swojej mordy o moje nazwisko!” Zrobiła to głośno i publicznie. A mnie, chociaż jestem wyszczekany, tym razem naprawdę opadła szczena. Gdy po pięciu minutach doszedłem do siebie, Bela akurat coś jadła, bodaj czy nie pączka. Pozwoliłem sobie zauważyć, że jeżeli będzie jeść tak dalej, to nie tylko, że zostanie starą panną, ale jeszcze w dodatku grubą starą panną. Od tego czasu się do mnie nie odzywa.

A Lucyna od początku rżnęła równą kumpelę. Była nauczycielką angielskiego. Nosiła się z młodzieżowa, z natury była brunetką, ale miała ufarbowane kudły na brudny blond. A że były krótkie, więc przyczepiała do nich jakiś obmierzły kołtun zwany treską. Była to dziewczyna rozrywkowa. Szlajała się po pubach, uwodząc coraz to nowych frajerów. Jednego nawet przywiodła kiedyś do pokoju nauczycielskiego, dziesięć minut przed rozpoczęciem lekcji. „To jest mój narzeczony. A oto moje koleżanki i koledzy z pracy. Poznajcie się.” Schyliłem głowę nad dziennikiem, udając, że uzupełniam frekwencję, a tak naprawdę trząsłem się ze śmiechu. Zaraz po prezentacji zwróciła się do lubego tonem nie znoszącym sprzeciwu: „No dobra kochanie, no to pa.” Na następnej przerwie wywiad uczniowski raczył był mi donieść, że Lucyna zna narzeczonego od tygodnia. W ramach wcielania w życie równości i nowoczesności wtajemniczała bowiem uczniów w swe sprawy  sercowe.

Pewnego razu, gdy wracaliśmy razem ze szkoły, zajęczała, że źle się czuje. „Czy to coś poważnego?”, zagadnąłem współczująco. „Och, to tylko ciocia. Wzdęło mnie. Zawsze przy okresie mnie wzdyma…!” Po czym błyskawicznie porwała moją rękę i przyłożyła ją gwałtownie do swego brzucha. „Istotnie nabrzmiały”, wyjąkałem zaszokowany. I tak to się zaczęło. To chyba ja ją zaprosiłem. Z pewnością nie z myślą, żeby siedziała do północy. Kazała sobie puszczać co rusz to nowe płyty, a „Requiem” Mozarta chyba ze sto razy, ponieważ był to bodaj czy nie jedyny utwór, jaki znała. W sumie nieźle się plotkowało. Obgadywaliśmy znajomych, ile wlezie. Ale jej ulubionym tematem był seks. Aż momentami czułem się zażenowany. Paplała o tym jak najęta, jakby to były zwykłe zakupy w supermarkecie.

Na Dzień Nauczyciela dyrektor zafundował nam szwedzki stół. Bela, poprzednia moja narzeczona, przybyła w uroczystej sukni pod tytułem pochwa. Był nawet niezły wybór smakołyków, pamiętam że wizualnie najbardziej przyciągało uwagę coś, co wielkością przypominało arbuza. Była to oryginalna podstawa do koreczków. Lucyna troszkę się spóźniła. Wskazała palcem na ten dziwny ornament i zapytała mnie: „Co to?” Odpowiedziałem, że to pewnie cycek Beli. Lucyna zachichotała jak dziki osioł. Od tego czasu spotykaliśmy się codziennie. Przyjeżdżała około dwudziestej. Uporczywie się do mnie dobierała i kokieteryjnie próbowała rozpiąć mi rozporek, który ja przekornie zapinałem. Ekscytowało ją, że jestem taki twardy man, który jej się opiera. A tak naprawdę wcale mnie nie podniecała. Nie było więc to dla mnie trudne. Koniecznie chciała wiedzieć, kiedy w końcu zaczniemy. Przez dwa miesiące kiwałem ją, że kanapa się nie rozkłada. Raz nawet bezskutecznie palnęła streptease, odsłaniając przy tym nabyte na tę cześć dessous.

Kiedyś przyjechała na parę dni Ilona, z którą romansowałem w tym samym czasie, tyle że rzadziej, bo mieszkała w Austrii. Zamierzałem więc wziąć urlop od Lucyny i to z rozpędu na cały tydzień. A jednak nie wywinąłem się od spotkania. Lucy bowiem zachorowała i zażądała odwiedzin. Było już naprawdę późno. Przybywszy od razu walnąłem się na łóżko udając, że jestem strasznie śpiący, zresztą naprawdę byłem. Kazała się przytulić – przytulenie trwało prawie godzinę. Od wyczynów poważniejszych zdołałem się wymówić. Kiedy wychodziłem, syknęła przez zęby, srogo patrząc w przestrzeń: „Nienawidzę jej.” Z ulgą pojechałem kontynuować tydzień wolności.

Po tygodniu w końcu do mnie przyjechała, ale przez dwie godziny siedziała nadzwyczaj obrażona, prawie się nie odzywając. Tak się złożyło, że tego samego wieczoru zajrzał jeszcze Milan. Dopiero wtedy się ożywiła. Dostrzegła w nim wdzięczną publiczność dla swych bezczelnych zaczepek wobec mnie. Tymczasem Milan był bardzo tym wszystkim skrępowany. W końcu i ja nie wytrzymałem. Dokładaliśmy sobie w ogóle nie zwracając uwagi na świadka. Po czym do granic wkurwiony wywaliłem ją za drzwi. Milan miał ją odprowadzić do samochodu i wrócić niezwłocznie, żeby mnie pocieszyć. Tak to przynajmniej sobie wyobrażałem. Tymczasem po dziesięciu minutach przyleźli oboje. Następny skandal rozpoczął się już na klatce. „Czego tu chcesz, nie jesteś mi potrzebna! Odwal się ode mnie.” – „A właśnie, że się nie odwalę!” Wymieniłem spojrzenie z Milanem.

Na początku byłem niedostępny. Ona jednak tak się rozochociła, że walnęła kolejny streptease, tym razem już nieco skuteczniejszy. Doprowadziła mnie do sytuacji bojowej, z czego była niesamowicie dumna, bo udało jej się to po raz pierwszy. Oczywiście nie zamierzałem się poddawać i rżnąłem twardziela, który potrafi opanować się na chwilę przed. Jak jej to imponowało! Podobno jeszcze żaden facet tak jej się nie opierał. „Wielkie halo, co w tym trudnego”, pomyślałem. Nazajutrz byłem jednak tak wyprowadzony z równowagi tą sytuacją, tymi zazdrościami, i tym, że zrobiła awanturę w obecności mojego przyjaciela, że się przy Milanie zupełnie rozkleiłem.

Im bardziej Lucy chciała się kochać, tym bardziej ja się opierałem. Najbardziej jej jednak zależało, żeby pójść ze mną na jakąś szaloną imprezę sylwestrową Nie miałem na to wcale ochoty, bo nie dość, że musiałbym siedzieć do rana na jakimś kretyńskim balu, to jeszcze wywalić kupę forsy na wstęp i pewnie na nowy garnitur. A na dodatek tańczę jak pijana Godzilla. Więc bal w ogóle nie wchodził w rachubę. Nie mogłem jej tego jednak powiedzieć wprost, bo poszłoby powietrze. Wymyśliłem więc, że będę zgrywał ekscentryka, który ten jeden jedyny wieczór pragnie spędzić sam. W końcu wybrała się na bal z kimś innym. Myślała, że zrobi mi na złość. Po Sylwestrze barwnie relacjonowała, jak to się pysznie bawiła. Uzgodniliśmy, że ten związek nie ma sensu. Inaczej jednak niż w przypadku Beli, zdecydowaliśmy się kontynuować znajomość, gdyż zamierzałem uczyć się u niej angielskiego.

Lucy była ostra, zawzięta, złośliwa. Kazała mi opowiadać, co słychać u Ilony, oczywiście po angielsku. Na każdej lekcji odpowiadałem jej coś innego na te same pytania. Aż któregoś razu wybuchła: „A poprzednim razem mówiłeś, że…”. „Czy myśmy się umawiali na mój życiorys, czy na angielski?”, zaoponowałem. Kiedy chciała bywać u mnie zbyt często, wymigiwałem się tym, że muszę akurat uczyć się angielskiego. Aż któregoś razu pękła: „No dobrze, to zrobię ci lekcję za darmo. Dodatkowo.” Wiedziałem, na co się zanosi, i tak też stało. Płaciłem jej za jedną lekcję w tygodniu, a potrafiła zrobić ich ze cztery! Opłata była zupełnie innej natury. Kleiła się do mnie w bardzo jednoznaczny sposób i dobrze wiedziała, że teraz nie mam prawa odmówić.

Po lekcjach musiałem do końca wieczoru leżeć przy niej i ją przytulać. Zaczynało się tak: „No to pokiciaj mnie po plecach.” Po czym chcąc nie chcąc drapałem jej te plery z większym lub mniejszym zachwytem. Kiedy był mniejszy, od razu protestowała. Dlaczego jestem dzisiaj taki zimny. W końcu zdejmowała suknię i musiałem kicać jej gołe ciało. Miała na nim kupę pieprzyków. Nie była może taka brzydka jak Bela, ale cała jakby zatłuszczona.

Pewnego dnia miałem autentyczny kryzys i Lucy przyjechała, żeby mnie rozweselić. Pierwszym środkiem rozweselającym miało być przytaskane przez nią piwo. Skutek był taki, że stałem się raczej luźny niż wesoły. Lucy jednak uznała to za sukces i przysuwała się nachalnie, oczekując nagrody za polepszenie humoru. Wiedziałem, do czego zmierza. W końcu podsunęła mi karteczkę: „Jesteś bardzo pociągający i jeśli chcesz, będziesz mógł zrobić z tego wielki użytek.” Byłem już tak podpity, że dałem się sprowokować i użytek ten w końcu zrobiłem. Gładziła mnie potem czule, jaki to ja jestem cudowny. Ja zaś rozważałem, jak ją tu dyplomatycznie wypierdzielić za drzwi. Niestety, czas i alkohol działały na moją niekorzyść. Lucy była już bardzo pijana. Gdy tylko napomknąłem coś o zakończeniu tak miło rozpoczętego wieczoru, załkała: „Czy chcesz, żebym się rozbiła na drzewie?” Stanęło na tym, że zostaje na noc. Pościeliłem łóżko, zdradzając sekret kanapy. Ale tak naprawdę czułem do Lucy duże uprzedzenie. Zastanawiałem się, czy przypadkowo gdzieś się nie wynieść. Azylem mógł być jedynie drugi pokój. Leżąc obok niej przez pół godziny główkowałem, jaki znaleźć pretekst. Aż w końcu uświadomiłem sobie osobliwą dolegliwość Lucyny – chrapała jak zdezelowany parowóz. W końcu zasugerowałem, że nie chcę jej krępować swoją osobą, żeby mogła sobie pochrapać, ile wlezie.

Nazajutrz Lucy była słodka jak miód. Wzdychała i powodziła za mną wzrokiem. Stwierdziłem, że mam jej dosyć na najbliższych parę dni i mogę sobie zrobić urlop od angielskiego. Jeśli chodzi o urlop, to jednak się przeliczyłem.. Wydzwaniała do mnie jak najęta, informując o różnych głupotach. A co robisz, a czy nie masz ochoty się ze mną spotkać? Wykręcałem się, ile się dało, ale i tak z góry wiedziałem, że to jej nie odstręczy. Trzeba było przedsięwziąć jakieś drastyczne kroki, zdawałem sobie jednak sprawę, jak wiele mam do stracenia. Na szczęście problemy niekiedy rozwiązują się same. Siedziałem pewnego wieczora wyluzowany, w najlepsze słuchając muzyki, szczęśliwy, że nikt mnie nie nęka, gdy nagle zadzwoniła przyjaciółka Lucyny: „Bo wiesz, Lucyna jest u mnie. Opowiadała, jak to uczy cię angielskiego.” „Tak tak – potwierdziłem – jest świetnym dydaktykiem.” „Lucyna jest u mnie i chce z tobą porozmawiać.” „Czy to konieczne?” – wzbraniałem się. Oddała jej słuchawkę. „Kochanie, muszę się z tobą rozmówić.” „Jestem teraz zajęty – odburknąłem najbardziej szorstko, jak tylko potrafiłem. – Spotkajmy się jutro.” „Nie, teraz, mam ci coś ważnego do powiedzenia”, wyjąkała płaczliwie. „No to powiedz przez telefon.” „Kiedy nie mogę…” „Ale uwierz mi, naprawdę nie mam czasu.” „Jeśli się nie spotkamy, to głęboko tego pożałujesz!”. Nie wiedziałem, czy mam oczekiwać samobójstwa, czy utraty lekcji. „No dobrze, to przyjedź”, ustąpiłem na wszelki wypadek. Zjawiła się po dziesięciu minutach. Był upalny wieczór, na ulicy kupa ludzi, którzy sunęli na jakiś zafajdany festyn nad Odrą, na który i Lucy chciała mnie zresztą wyciągnąć. Przyszła w jajecznicowatej garsonce i czarnych koturnach. Usiadła w fotelu naprzeciw mnie. Przyjąłem ją oficjalnie jak w biurze. „Czym mogę ci służyć, słucham.” „No więc – zachichotała nerwowo. – Zacznę od samego początku. Powiedz, kochasz mnie?” Byłem tak wściekły, że wypaliłem jak kolubryna pod Częstochową: „Nie!”

Uwiędła momentalnie. „No to już nic więcej nie ma sensu, idę”. Chciałem ratować sytuację i przynajmniej kawałek ją odprowadzić. „Nie musisz, sama trafię do samochodu.” Po czym dziarsko wymaszerowała. Rano nie zadzwoniła jak zwykle. Obawiałem się, czy nie wpadła na jakiś dziwny pomysł typu podcięcie żył. Zadzwoniłem więc i zagadnąłem z głupia frant: „Co słychać?”. Ona na to: „To ty?”. Był to ton, jakim wita się zmartwychwstałego. „Czy wiesz, co się wczoraj stało? Gdy wracałam od ciebie, przejechałam przez czerwone światło. Dorwali mnie gliniarze i zapłaciłam 400 zł mandatu. To był znak Boży. Nie powinnam była do ciebie jechać. Bóg mnie za to ukarał!”

Lucyna cierpiała przez cztery najbliższe dni, łkając i modląc się na przemian. Oczywiście nic nie jadła. Pomyślałem, że w gruncie rzeczy dobrze jej to zrobi na linię. Skończyły się lekcje za darmo. Skończyło się rumakowanie.

Wyjdzie za mąż i zrobi tym na złość wszystkim koleżankom z pracy. Zemści się na wszystkich kochankach. Udowodni, że nie będzie starą panną, a na dodatek pierdolnie sobie dziecko. Poszukiwania frajera, który pomógłby jej sfinansować kolekcję futer zostały uwieńczone sukcesem. Kandydat przybył do naszej szkoły jako młody nauczyciel geografii. Od samego początku dał się poznać jako aktywista. Że czego to on nie zrealizuje, czego nie zmodyfikuje i nie usprawni. Na Lucynie zrobiło to wrażenie. Wkrótce zaczęli demonstracyjnie gruchać w pokoju nauczycielskim. Aż baby zaniemówiły. Na mnie te zaloty nie robiły większego wrażenia. Traktowałem je z przymrużeniem oka. Baby nie. Tym bardziej, że facet zaczął zachowywać się dziwnie. Namiętnie opowiadał uczniom, czego to on z Lucyną nie wyczynia. Lucy natomiast jak na zamówienie ogłuchła i oślepła na wszystkie rady osób postronnych. Bo baby ją ostrzegały. Że facet za smarkaty, za głupi, że ma za długi język. Myślała, że same chcą położyć łapę na jej zdobyczy.

Kilka miesięcy po ślubie odbyło się jedno ze spotkań adwentowo-kolędowych. Mimo, że nie mogłem na nie przyjść, Lucy uparła się, że muszę spróbować adwentowych ciast. Skwapliwie zaoferowała się, że przywiezie mi je do domu. Przytaskała smakołyki i flaszkę. Oho, myślę sobie, ładne kwiatki. Skąd ja to znam. Po czym zaczęła coś ściemniać na temat swojego życia intymnego: „Ty byłeś o niebo lepszy…” Do licha, pomyślałem sobie, on musi być rzeczywiście fatalny, skoro ta po jednym pijanym razie ze mną… Była tego wieczoru jakaś rozkojarzona, rozdrażniona. Czułem, że coś im się nie klei. Ale nie ciągnąłem jej za język, bo jeszcze by się rozbeczała, a ja bym ją znowu musiał pocieszać.

Wkrótce zjawiła się ponownie i wygęgała: „Wypieprzyłam go za drzwi. Rozwodzimy się.” Dowiedziałem się, że mąż zaraz po ślubie zamiast adorować ją, adorował komputer, meble, samochód i kolegów, w łóżku się nie sprawdził, nie miał fantazji, znał tylko jedną pozycję, nie zarabiał tyle, ile jej się wcześniej wydawało. A jeżeli zarabiał, to wydawał na zderzaki do samochodu. Nie dopuszczała go do siebie już od wakacji. Poza tym podejrzewała zdradę. Znalazła jakieś zaspermione majtki i wymachiwała mu nimi przed nosem. Najbardziej bolało ją, że pokazówa dla koleżanek się nie udała. Ale przynajmniej nie będzie już starą panną.

Znów jej się oczy zaczęły szklić na mój widok. Znów chciała się ze mną spotykać, więc nagminnie pozorowałem brak czasu. Kiedyś w końcu to do niej dotarło. Gdy zadzwoniłem z prośbą o przetłumaczenie jakiegoś zdania, z którym sam nie mogłem sobie poradzić, Lucy wypaliła: „Spierdalaj”.

Zadzwoniłem sobie wówczas do Milana.

nn

Brygida Helbig

 

O autorce:

Brygida-Helbig-Foto-Maria-Kossak

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Brygida Helbig – dr. hab. prof. UAM, pisarka polsko-niemiecka, literaturoznawczyni, mieszka w Berlinie. Od 1983 r. w Niemczech, ukończyła slawistykę i germanistykę w Bochum, od roku 1994 pracownik naukowy, potem docent prywatny Uniwersytetu Humboldtów w Berlinie (tam też w 2004 r. habilitacja), obecnie prof. w Polsko-Niemieckim Instytucie Badawczym w Słubicach (UAM Poznań, Viadrina). Zajmuje się m.in. komunikacją międzykulturową, literaturą autobiograficzną oraz problematyką gender. Autorka monografii o Marii Komornickiej “Strącona bogini” (Universitas 2010, wersja niem. “Ein Mantel aus Sternenstaub” 2005). Jej powieść “Niebko” w roku 2014 znalazła się w finale nagrody NIKE, tom opowiadań “Enerdowce i inne ludzie”(2011), również nominowany do nagrody NIKE, znalazł się w finale GRYFII. W berlińskim teatrze „Studio am Salzufer” wystawiany jest obecnie spektakl „Anioły i świnie w Berlinie” (“Pfannkuchen, Schweine, Heiligenscheine”) według powieści satyrycznej Brygidy Helbig.

Fot. Autorki: Maria Kossak

 

Podaj dalej!
Share on Pinterest
Share with your friends








Submit

Biuletyn – bezpłatna prenumerata

PAPIERY FOTOGRAFICZNE

Leave a comment

Your email address will not be published.


*


Error: Please enter a valid email address

Error: Invalid email

Error: Please enter your first name

Error: Please enter your last name

Error: Please enter a username

Error: Please enter a password

Error: Please confirm your password

Error: Password and password confirmation do not match