Zobacz

Artur Ułamek – Fragmenty dnia

screenshot-2016-12-23-10-23-02

.

(pierwszy fragment)

.

Wróciłeś po wielu nocach znad Hudson Bay, gdzie we wnętrzu igloo, pośród skór i ognia, kobieta podawała ci surowe płaty ryby, które odbierałeś z jej rąk, niczym świętą komunię. Pamiętasz jej płonące oblicze, złote piersi, i z brązu odlany brzuch, oraz owe wspaniałe, czarne łono, między silnymi udami. Wydawała dźwięki, jakich nigdy nie słyszałeś.
Była samą inkantacją.

Miała na imię… słońce albo niebo? O ile dobrze zrozumiałeś z jej gestów, które przynależą do języka domysłów.
Jednak opowiedziała ci dużo o historii swojego świata; wydawało ci się chwilami, że brniesz przez szalone labirynty mitów, które okazywały się być również macierzą jej języka, przesiąkniętymi spermą i krwią, lodowatymi grudami istnienia, wspartymi na czymś jednak więcej, niż tylko przysłowiach, takich jak, że śnieg jest duchem snów, albo że biel jest cieniem białości, albo że zimno parzy, jak miłość. Nad ranem, siedzieliście naprzeciwko siebie, i pokrzykująco, wdychaliście i wydychaliście sobie życie…
Tak, był to najwspanialszy cykl erotycznych chwil, jakie dane ci było przeżyć. Sam rozkoszny koszmar pamięci.

*

Zamiast wiecznego jutra, poniedziałek, w Toronto. Wyszedłeś z domu, unikając wycia alarmu lub testu, nie do zniesienia (nawet mając w słuchawkach, Dziewiątą…), i zobaczyłeś, że na klamce dalekiej sąsiadki z Patagonii, ciągle wisi, biała, papierowa torba z prezentami, a na progu, leży jeszcze kilka elegancko zapakowanych czerwonych paczuszek.
Scena powtarza się od lat, jak same lata. Po to są. Chyba że, jeszcze po coś innego, czego nie możesz wykluczyć, mając za mało danych życiowych, których jest zawsze za mało…

Stanąłeś twarzą w kierunku opadającej na południe, tej ,,najdłuższej ulicy na świecie”, oczywiście, długość ciągnie się na północ, z różnymi przerwami wątpliwości po drodze, a jej południe, kończy się tuż przed brzegiem jeziora, jak nic… w punkcie przewalonego zera.
Na chodniku rozejrzałeś się, aby stwierdzić, że świat jeszcze jest sam w sobie, po czym wyszeptałeś, na brzegu jednej z tych złotawych piaszczystych wysepek w archipelagu mózgu, z jakimś prawie zdziwieniem, że i tu żyją ludzie, tylko po to, aby umrzeć.

Z osłonecznionego budynku dawnego Kinko (z aluzyjnie greckim ornamentem na gzymsie), teraz Fedex, połyskującego niczym mała góra lodowa, tuż przed oderwaniem się od najbliższego bieguna, wychodził mężczyzna z kozią bródką, i w staroświeckich okrągłych okularach, z przewieszonym przez ramię białym workiem żeglarskim, na którym ciemniały jakieś napisy (pewnie adresy, z bogatej w dalekie podróże, biografii właściciela…).

*

Skręciłeś w lewo, do Noah’s ( między apteką, gdzie kupujesz aspirynę i tabletki na ból krzyża, a sklepikiem z przysmakami włoskimi, gdzie kupujesz salami i prosciutto, albo pomiędzy drzewkiem ginko a akacją, na chodniku), aby zaopatrzyć się w kilka energetycznych batonów na drogę. I jak zawsze, słyszałeś fragmenty rozmów, pomiędzy często zmieniającymi się lekkimi młodymi ekspedientkami, a zamożnie ubranymi klientkami, w wieku zadbanego przekwitania: o pieskach i kotkach, zdrowiu i ozdrowieniach, nowych miksturach, pastach, zdrowotnych produktach na odchudzenie, lekkostrawnych, poprawiających to i owo środkach.
Nieustające rady i porady, odkrycia, uniesienia i podziękowania.
Trochę irytująca atmosfera, jakbyś stał przed akuszerkami biur podróży, gdzie wszystko, co się wydarza, dotyczy wyłącznie przyszłości i przestrzeni do pokonania, ale w jak najlepszy sposób, za pomocą takiego a nie innego kremu, takiej odżywki, takiego suplementu albo innego, są ich całe półki – ambrozja na wyciągnięcie ręki.
Śnieżne, wypacykowane uśmiechy, głosami lotniczo wygłuszonymi, lekko, bardzo leciutko, prawie subtelnie, chociaż nie subtelnie, z klasą pewnych ludzi, o pewnych manierach, i o zapewnionej stabilizacji socjalnej, przynajmniej do śmierci, a właściwie to dobrze załatwionego pogrzebu i racjonalnie uregulowanej kompozycji spadkowej, dzięki spisanemu na czas testamentowi. Luksus pośmiertny – chociaż nie wiadomo, czy pośmiertność, może być jakimkolwiek luksusem?
Stare mity wiszą na ścianach muzeów i gnieżdżą się na setkach milionów stron książek o nich, czytane przez coraz mniejszą rzesze czytających w ogóle, a pośród nich, rozumiane przez jeszcze mniejszą, niemal sektę, hermeneutów słowa i języka.

*

Przed relatywnie zabytkowym skalnym blokiem miejscowej poczty (ze stojącymi na cokołach rzeźbo-odlewami lwa i jednorożca, a nad wejściem, odbity w popiele czasu, napis: Public Dominion Building), podobno już skazanej na wyburzenie, w imię postępu urbanistyczno-dochodowego, dostrzegłeś, Joe, rozmawiającego z postacią, wyglądającą jak kobieta, z drugiej wersji Et in Arcadia Ego.

Rzeczy zdarzają się nawet w rzeczywistości, dokładnie tak samo, jak złudzenia. Straszna i stara symetria. Na szczęście, ze snami rzecz ma się inaczej, są w totalnej asymetrii do rzeczywistości, albo gotyckimi karykaturami fraktali, albo ich na chwilę porozciąganymi zezami, w nieistniejącym kierunku, nigdy nie wydarzonej rzeczo-jawy, jakby ktoś się bawił powiększeniami fotografii zrobionych z ukrycia, kreując choreografie, jaka nie tylko nie miała miejsca, ale i nie mogła mieć… Te zbliżenia nigdy nie istniały.
Pamięć jest ślepym przewodnikiem, ale dostępnym jedynie tutaj, i niewiarygodnie tanim, każdego na to stać; pamięć jest czczą mutacją intencjonalności, choćby najbardziej niewinnej w swoich… pretensjach. Pamięć jest wiarą w pamiętane, a nie, pamięcią… Lecz jest to najczęściej, nie do udowodnienia; nie sposób odróżnić jednego od drugiego, za bardzo są od siebie uzależnione, i do siebie podobne.
Cóż, od pewnego momentu, chcąc nie chcąc, przyjmuje się na wiarę przekonania, gdyż pozwalają regulować nadmiar wrażeń i myśli, składać je w jakiś zeszycik, wydawany w odcinkach, własnym sumptem, albo za darmo – ofert nie brakuje. Blogi jak Uber, wyprą solidność i doświadczenie, stwarzając nowe definicje solidności i doświadczenia.
Odbiorcy kupią wszystko, po to są odbiorcami. Jak ich niełaskawie zdefiniowano, w połowie poprzedniego wieku, nazywając ich wyniośle: Klientami.

*

Ale o czymś przecież zgoła innym, miał mówić ów ciąg dalszy…

Ów rozwlekły jak mgła omen, nawinął się tobie, po raz pierwszy, przed bodajże dwudziestu kilku laty, później musiało rozwalić się w sobie, ileś marnych lat i zim, aby przejrzeć wreszcie na oczy, którejś wiosny; decydujących chwil najczęściej, nigdy się nie pamięta dokładnie, zresztą przyszłość zawsze bierze w posiadanie nie swoje rzeczy, i dookreśla ich znaczenie, podług swego widzi mi się…

Była… istnieniem uśmiechającym się wyjątkowo, ale również, potrafiącym śmiać się serdecznie i wspaniale, oraz nadzwyczaj namiętnie uwielbiała fontanny (na sam dźwięk tego słowa, szczególnie, kiedy sama je wymawiała, jej duże oczy roziskrzały się, jak gwiazdy (porównanie do Beta Lyra i Epsilon Lyra, byłoby rodzajem post-gotyckiej hiperbolii, gdybyś się na takową odwarzył…).

Kiedyś ludzie uśmiechali się z nieskończenie poważniejszych powodów, chodziło zawsze o prawdziwą śmierć albo prawdziwe życie, gdy teraz, ani o jedno ani o drugie. Na dawnych obrazach ludzie nie uśmiechają się szeroko ( na fotografiach również) – właściwie, do drugiej połowy poprzedniego stulecia – kiedy toporne rzemiosło dentystyczne przeobraziło się w przemysł, a ten stopniowo w świecką religie, z Białym, jak śnieg Bogiem… Nie było się czym uśmiechać (tylko gwiazdy kinowe czyniły to do obiektywów).
Ach, te przerażające historie z zębami biednych i bogatych ludzi, przez tysiąclecia i tysiąclecia. Bóle zębów były niekończącą się agonią dla wszystkich.

Cóż, ani czas się do ciebie nie uśmiecha (bo niby z jakiego powodu?), ani tym bardziej, ty do niego. W szachy nie grasz, dlatego, nie przemawia do ciebie porównanie życia, do szachownicy dni i nocy…
Niemniej, tamta chwila, rozciąga się w czasie, jak obraz w oku, ale żywy obraz jest przecież fałszerstwem, wyizolowaną chwilą, jest w drodze donikąd, na pewno nie w drodze od ciebie, gdyż nie istnieje, będąc jedynie krótkim zbiorem słów…
A jednak, czasami ci się wydaje, że pamiętasz jej twarz (co nie jest tym samym, co pamięć twarzy), nie potrafisz jednakowoż przywołać jej w sobie, jak zdjęcia, widzisz tylko, niestety, coraz bardziej rozwodnione fragmenty. Czas, ostatecznie, płynie, gdzieś w nieznane…
Fragmenty rozmyślań Heraklita, są same w sobie rzeką czasu, a ich tłumaczenia i interpretacje, płyną wraz rzeczywistością, zabierając po drodze wszystko, jak fale tsumami…

*

Przed wynalezieniem fotografii, ludzie wierzyli w swoją pamięć o twarzach swoich najbliższych jak i bliskich, czy tylko znajomych; teraz, nieuniknione porównanie do drobiazgowości fotografii i perfekcji adekwatności ruchu z filmu, zlikwidowało ową wiarę, jak i wiele innych rzeczy, stąd wynikających, raz na zawsze.
Dawne czasy, prawie o tym zapomniałeś, nie mając do tego za dużo powodów, poza jednym, który znaczy z każdym dniem, jednak coraz mniej.

*

Duża, posrebrzana bombkami choinka na małym skwerze, Yonge i Eglinton, kojarzyła ci się co roku, tylko z fenomenem umierających gwiazd, co jest o tyle uzasadnione, iż ów jest już przeznaczony do modernizacji, czyli zabudowywującego upiększenia (,,nie potrzebują piazzas, gdyż muszą być w domu, aby oglądać telewizje”, ktoś napisał z przekąsem, już w roku 1966, o tym kontynencie). Kilka lat poźniej, ta sama, ale już niewidoczna przestrzeń, kojarzyła ci się z bezgraniczną biedą przestrzeni, będąc harczącym placem budowy, zapowiadając nowe i jeszcze nie znane wyobrażenia, nowe konfiguracje refleksji i emocji, kojarząc się tylko przeszłością, jak pień z drzewem, którym był kiedyś.
Przestrzeń nie ma nic do wypowiedzenia, brakuje jej czasochłonnej językowatości bycia, kiedy czas, nie przepuszcza przestrzeni niczego za nic ( jak przebiegły bankier), tak jak Pan niewolnikowi – jakkolwiek Pan nie byłby panem, bez niewolnika.
Stara historia, jak węzeł gordyjski lub punkt archimedesowy. Analogia, jak każda inna, zgadzają się tylko łuki…

Ktoś powinien wreszcie napisać, jeżeli nie apologię przestrzeni, to przynajmniej jej obronę. Za dużo tych manifestów Czasu, tych utopii czasu; za dużo hołdów dla Czasu, tej czczej abstrakcji, której nikt nie rozumie, kiedy przestrzeń jest wszędzie dookoła i, bez niej, nie zrobilibyśmy ani jednego kroku, nie mówiąc, o zapisaniu jakiegokolwiek słowa; w samym czasie jest to niemożliwe, ale bez niego również, na tym częściowo polega, ów nieobejmowalny dylemat czaso-przestrzeni, gdyż nie fakt odczuwalny twoimi zmysłami.

*

Zimą nie rozbrzmiewa jęcząca gitara długowłosego post hippisa, odtwarzającego w lamentacyjnie nudnych wariacjach, kanon rockowy z przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, którego nikt, nie chce już więcej słyszeć, lecz z pewnością wielu na pewno przypomina sobie, z co najmniej, mieszanymi uczuciami; zawsze odziany w kostium z zaszłości, pół nagi manekin legendy, z krwi i kości. I jest coś w nim, z duchowości zwiędłego kwiatu w wazonie, z już nieprzyjemnie pachnącą wodą. Żenująco patetyczny weteran emocji, i niezbyt wielu rozmyślań, sprzed dziesiątek lat.

*

Niewidzialny podmuch wiatru przesunął na chodniku plastykowe opakowanie po korporacyjnym produkcie, aż pod tekturowe siedzenie miejscowego żebraka, przed bankiem (poprawna nazwa: houseless – ich temat powraca zawsze w mediach, ale tylko zimą, tuż przed Merry Christmas); tak, kiedyś byłby to jakiś suchy kulisty krzak, jak wiemy ze starych, bezwstydnie przekłamanych, dławiąco stereotypowych, filmów o ,,dzikim zachodzie,,.
Scena należy już do rozsypującego się archiwum pamięci: banku TD na rogu Yonge i Eglinton (powtórzenie miejsca wynika z narodzin tej wędrówki), już nie ma, przestrzeń otoczono czerwoną ścianą, z posklejanych wiórów śmieci, za którą wydarza się to, co zawsze i wszędzie, kiedy nie jest widziane: przeflancowanie za nic atomów, w obiecujących opakowaniach kubików nowej przestrzeni życiowej…

*

Szedłeś, nie wiedząc jeszcze gdzie; krok po kroku, i zawsze w cieniu wielkich czarnych szklanych ścian.
Skręciłeś w lewo. Na wystawie długiego parterowego Art Shoppe, zobaczyłeś, iż biednawej Mona Lizie doprawiono kilka tarasów uśmiechu, a w jednym nawet różę ściskaną zębami (chyba nie przypadkowo, najbardziej sponiewierany obraz w historii malarstwa…); trzy kroki dalej, mrugnięcie oka z Magritte, bo nikt tak dobrze się nie nadaje do okien wystawowych, jak jego okulistyczne fantazmaty. Więcej niż wątpliwy zaszczyt, z komercjalnego zinstrumentalizowania.
W rzeczywistości… miejsca już nie ma, gdyż widnieje nad ogrodzeniem czarna przepaska, z bardziej terminem, niż nazwą: Lions. Wyrok jest jednoznaczny: condominium.
Kolejna balustrada pieniądza, zamieniającą życie ulicy w lustrzaną sypialnie. Przechodnie bliskiej przyszłości będą mijać tę przestrzeń ze słuchawkami na uszach, zagapieni w ekraniki, obojętnie, nieobecnie, jakby przechodzili obok muru.
Abstrakcyjna śmierć każdego miasta.

Szedłeś bez żadnych planów na przyszłość (nie widzisz możliwości zaplanowywania Nieznanego, poza tym, przyszłości się również nie słyszy…); szedłeś przed siebie, coraz bardziej absorbując w siebie życie miasta, jakim jest i już nie jest, patrząc na ludzi, jakimi są, idąc, jakimi się pojawiają na chwilę, aby w tej samej chwili znikać: tłum miasta pochłonięty wirującymi potencjalnościami

*

Fragmenty mają to do siebie, iż są krótsze od całości, oraz słychać w nich bardzo różne głosy, jak w życiu, bo czyż nie mówimy do różnych osób całkiem różne rzeczy, oraz, i to jest ważniejsze, raz przed czasem, a raz… po czasie.
A przede wszystkim, im krócej, tym zawsze lepiej, gdyż bliżej końca, który każdemu jednak jakoś leży na sercu, tym bliżej wytchnienia, ulgi i ostatecznego rozwiązania.

*

Życie ludzkie jest chaosem fragmentów, żadnym diamentem, ani częścią fraktalu: powtarzalność zachowań nie generuje sensu, ani zachowań w przyszłości. Jutro jest enigmą dla pojutrza.

Krótko mówiąc, tyle na razie o tych fragmentach, których będziesz z natury rzeczy, tylko odłamaną częścią…

.

Artur Ułamek

Collage:  Artur Ułamek i Dina Belaia

.

O autorze:

Autor

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Artur Ułamek

Urodzony w 1961. Studiował literaturę polską na Uniwersytecie Gdańskim. Od 1989 mieszka w Kanadzie, w Toronto.

.

Podaj dalej!
Share on Pinterest
Share with your friends








Submit

Biuletyn – bezpłatna prenumerata

PAPIERY FOTOGRAFICZNE

Leave a comment

Your email address will not be published.


*


Error: Please enter a valid email address

Error: Invalid email

Error: Please enter your first name

Error: Please enter your last name

Error: Please enter a username

Error: Please enter a password

Error: Please confirm your password

Error: Password and password confirmation do not match